"Więźniów pocieszać"

O tym, co misjonarki i misjonarze mogą ofiarować więźniom przemocy i walk zbrojnych opowiada misjonarz, który od wielu lat pracuje w Demokratycznej Republice Konga.

Misje są miejscami pocieszenia dla więźniów. Bywa, że cały kraj, staje jakby jednym wielkim więzieniem dla swoich mieszkańców. Misjonarze wspierają ofiary przemocy, wojen domowych oraz konfliktów etnicznych. Są z ludźmi mimo grożących im niebezpieczeństw. Głoszą Ewangelię pojednania i przebaczenia, pokoju i miłosierdzia. W miarę możliwości finansowych i materialnych otaczają opieka ofiary konfliktów.

O tym, co misjonarki i misjonarze mogą ofiarować więźniom przemocy i walk zbrojnych opowiada o. Jerzy Kotwa, misjonarz, który od wielu lat pracuje w Demokratycznej Republice Konga.

„WIĘŹNIÓW POCIESZAĆ”

z o. Jerzym Kotwą, pallotynem, który pracuje w Demokratyczne Republice Konga.

"Więźniów pocieszać"

 o. Jerzy Kotwa

Czy wyjeżdżając do Konga ojciec miał obraz sytuacji, zagrożeń, czy dopiero na miejscu okazało się, że jest inaczej, niż się ojciec spodziewał?

Na początku rzeczywistość była inna, niż obecnie. Do 1990 roku nie było żadnych niebezpieczeństw; chyba, że takie, jak wszędzie. Kiedy rozpoczęły się przemieszczenia ludności, zaczęły się tworzyć bandy zbrojne. W Afryce jest łatwo o broń, bo jest przemyt ze wszystkich stron. Wtedy, gdy były przygotowywane już ofensywy na Rwandę, a jesteśmy po sąsiedzku od Rwandy. Wtedy już się zaczęły problemy. Natomiast nasiliły się one po ludobójstwie w Rwandzie.

U nas, po sąsiedzku, kiedy się przygotowywali do ataku na Rwandę, zaczęły się już gry i w niektórych miejscach było niebezpiecznie. Ale to jeszcze nie było to, co później nastąpiło. Było dużo gorzej, gdy uciekinierzy z Rwandy znaleźli się na terenach ówczesnego Zairu. Tworzyły się bandy zbrojne w celach rabunkowych i likwidacji osób, które były niewygodne.

Jakie było podłoże tego konfliktu? Czy to kwestia biedy, która generuje przestępczość?

Gdy chodzi o przestępczość w Kongo czy w innych krajach, na przykład w Brazzaville, na Wybrzeżu Kości Słoniowej czy innych miejscach, widzimy, że bieda pomaga jeszcze bardziej zwerbować tych ludzi, którzy w jakiś sposób chcą sobie pomóc w życiu czy zaradzić biedzie. On decydują się na wstąpienie do oddziałów zbrojnych czy bycie informatorami. Tych grup.

Jak w takiej sytuacji odnajdują się misjonarze? Czy mogą opowiedzieć się po którejś stronie konfliktu?  Jak są traktowani przez napastników i przez ludzi, którym mają pomagać?

Misjonarze muszą mieć świadomość po co tam się udali. Nasza praca to ewangelizowanie, pomoc tym ludziom, którzy jej potrzebują i na nią liczą. I dlatego naszym zadaniem nie jest opowiadanie się po stronie którejkolwiek z grup lub angażowanie się w konflikty. Ostatnio wiele się wydarzyło. Jesteśmy pod kontrolą grupy M 23 w Ruczulhu. Była godzina policyjna, były narzucane podatki, zbiórki dla wojska.

To słuszne, by nie angażować się po żadnej stronie konfliktu, ale czy na neutralność można sobie pozwolić?

To jest pytanie trudne, ale takie jest właśnie nasze zadanie. Oczywiście, nie możemy się usuwać. Na ile możemy się zaangażować? Na ile tym ludziom pomóc? Przytoczę kilka wydarzeń, które ostatnio miały miejsca na naszych terenach. Były trzy porwania. Został porwany inżynier, który zajmuje się elektrownią; dyrektor szkoły, który był odpowiedzialny również za szkoły w parafii i nasz sekretarz z parafii. Każdy z tych przypadków jest inny, ale trzeba było się zaangażować na tyle, na ile mogliśmy, żeby pomóc tym ludziom wyjść z opresji wyjść.

Czy misjonarze na takich trudnych terenach, gdzie występuje zagrożenie wolności i życia, są chronieni przez jakieś instytucje, agendy europejskie?

Jeśli misjonarz wyjeżdża to tylko do pracy dla Pana Boga i wyłącznie przez Niego jest chroniony. Już w 1996 roku ledwo z życiem uszedłem. Tak samo kolega, z którym pracowałem, w 2008 roku najpierw miał zawał serca, a później został przestrzelony kulą. To było zagrożenie, próba zastraszenia. W moim wypadku była pomyłka co do osoby. Z tego, co później się okazało chodziło o kogoś innego. Chodziło o to, czy ktoś ulegnie zastraszeniu, czy się podda? Będzie starał się uciec. Również i w wypadku tych porwanych ludzi, oni też mówili im: „możemy wszystko z tobą zrobić”, „jesteś w naszych rękach”. Patrzyli, jak on zareaguje. Jeden z tych ludzi ucierpiał bardzo dużo. Miał kłopoty ze zdrowiem, a oprawcy bardziej mieli na niego oko. Zauważyli, że bardziej się boi. Natomiast sekretarz był gotowy na wszystko i odpowiadał im, jakby znajdował się w innej sytuacji. To nie jest łatwe. Trzeba mieć jasną świadomość tożsamości motywacji, jak nasz sekretarz. On jest również ewangelizatorem. Współpracuje z nami bardzo blisko przy ewangelizacji parafii. Mówił, że to mu się przydało, bo miał okazję złożyć świadectwo wobec tych, którzy go porwali.

Misjonarze są trudnym orzechem do zgryzienia dla gangów, mafii czy karteli narkotykowych. Czy znajduje się taki moment zagrożenia, ze względu na wiarę można było trafić do więzienia albo stracić życie?

Tam, gdzie jest trudno o sprawiedliwość lub służby policyjne funkcjonują na innych zasadach, (policja jest ciągle poddana pod presję wojska), jest ciężko. Jestem na misjach przeszło 30 lat, z czego ponad 20 w jednym miejscu. To zupełnie inna sytuacja. Tych wszystkich ludzi się zna. Wyjątkowo trafiłbym na kogoś, kto mnie nie zna, jak to się zdarzyło w wypadku niektórych księży. Należy uważać na drodze, w niektórych okolicach. Trzeba słuchać i wypytywać, czy jest możliwość uniknięcia niebezpieczeństw. Mieliśmy przypadek, że ksiądz z sąsiedniej parafii jechał do Gome. Po dwudziestu kilometrach został zaatakowany samochód. Napastnicy przestrzelili tylną i przednią szybę samochodu. Nikomu się nic nie stało. Wyszli z tego cało, ale po godzinie czasu ten ksiądz zmarł.

A dzieło pojednania? Co Kościół może zrobić dla pojednania zwaśnionych?

W parafii, w której pracuję są różne rodzaje działalności. Pierwszą z nich jest „adopcja serca”, pomoc skrzywdzonym dzieciom, które nie są w stanie pójść do szkoły. Nie stać ich na jej opłacenie i zakup książek i zeszytów. Pomagamy obejmując opieką przy współpracy sekretariatu misyjnego w Polsce, jak również i w innych krajach, jak Słowacja czy Czechy. Bierzemy w opiekę dziecko pomagając mu się wykształcić. Są to dzieci ze szkoły podstawowej i średniej, jak również niektórzy studenci. Tych dzieci mamy już zaadoptowanych około tysiąca.

            Następną pomocą jest sama ewangelizacja, duszpasterstwo. Jest ono bardzo potrzebne. W naszej parafii mocny akcent stawiamy na miłosierdzie Boże. To jest kult na nasze czasy. Jak powiedziała św. siostra Faustyna, jest to deska ratunku rzucona ludziom w obecnym czasie. Na tych terenach, gdzie są konflikty zbrojne kult miłosierdzia Bożego jest bardzo żywy. Miłosierdzie Boże jest odpowiedzią na wiele problemów związanych z tym, że niektórzy są sierotami, stracili wszystko, są ciągle okradani. Oni właśnie w miłosierdziu Bożym znajdują odpowiedź i nadzieję. Mają siłę, żeby można było przebaczyć tym ludziom, którzy zbłądzili czy są na złej drodze. Ci z tych grup zbrojnych, ci, którzy doprowadzają do tego, że muszą się przemieszczać, opuścić dom, pójść w inne miejsce. Oczywiście, to wszystko są to zranienia, które daje się odczuć bardzo mocno. Jeżeli ktoś jest wierzący i przyjmuje to wszystko w duchu oświeconym wiarą, wtedy jest łatwiej. Nie ma chęci odwetu i zemsty. To jest już dużo. Rzeczywiście, ludzie bardzo cierpią i nieraz słowa niewiele potrafią pomóc.

Czy nie odczuł ojciec zniechęcenia wobec ogromu cierpienia ludzi, wśród których żyje. Nieraz ma się wrażenie, że ci ludzie to są więźniowie swojego kraju.

Nas to nie może zniechęcać, dlatego, żeśmy po to tam pojechali. Nasza praca jest tam bardzo potrzebna. Ci ludzie mówią, że gdybyśmy wyjechali my lub siostry, to oni też musieliby chronić się gdzieś po lasach. Jest to pomoc, polegająca na tym, że mają się do kogo zwrócić, z kimś podzielić. Oni sami mówią, że jeśli my jesteśmy tam, to znaczy, że jeszcze nie wszystko stracone.

            Rzeczywiście sytuacja ciągle jest nie rozwiązana. Walki na nowo się rozpoczęły wokół Gomy. Ludzie ginęli. Chcę wrócić. Trzeba tylko się podreperować fizycznie i psychicznie. Potrzeba spokoju. Tam gdzie pracowałem, nie było spokoju. Taka sytuacja jest chlebem powszednim. Gdzie człowiek kładzie się spać i wstaje i pyta, jaki będzie następny dzień. Ludzie też mówią: „Dzięki Bogu przeżyłem”. Kiedy codziennie się spotykaliśmy i pytaliśmy o to, co słychać, odpowiadali: „Żyję. Pan Bóg jeszcze mi daje jeden dzień więcej”.

Życzymy, aby ksiądz nabrał sił.

DZIEŁO POMOCY "AD GENTES"
Kontakt
Ilustracja kontaktu
ul. Byszewska 1
skr.pocz. 112
03-729 Warszawa 4
adgentes@misje.pl
tel. + 48 22 743 95 24
fax. + 48 22 743 95 27
www.adgentes.misje.pl

opr. ab/ab

Copyright © by Dzieło Pomocy "AD GENTES"

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama