Kochany ksiądz Ignacy!

O stowarzyszeniu "Ignis" i działalności wychowawczej ks. Ignacego...

— tak mówią o nim nie tylko dzieci, najlepiej oceniające szczerość ludzkich intencji. Co roku jest ich kilkaset. Z roku na rok coraz więcej...

Przyjeżdżają na wakacje do jednego z ośrodków stowarzyszenia „Ignis” na Podbeskidziu z różnych stron Polski, a także z Ukrainy, Mołdawii, czasem Białorusi czy Estonii. Przychodzą do świetlic. Bywają chore, spragnione ciepła i miłości, zawsze są pozbawione uroków dostatniego życia. Takie dzieci zaprasza ks. Ignacy Czader, prezes i założyciel charytatywnego stowarzyszenia „Ignis”, dbający o spełnienie przynajmniej niektórych dziecięcych pragnień. Są więc rozmaite atrakcje rekreacyjne, a także dobre jedzenie, łakocie i mnóstwo wspólnej zabawy. Na pytanie, co się dzieciom najbardziej podobało, padają różne odpowiedzi. Na przykład takie: „te kolonie różniły się od innych, bo były złożone z miłości, radości i pomocy jeden drugiemu”. Czasem polszczyzna zagranicznych gości nieco kuleje, więc słowa wdzięczności zastępują malowane kwiatki z serdecznym podpisem: „dla ksiendza Ignacego...”.

Pozwólcie przyjść dzieciom...

Dzieci pojawiły się wokół księdza Ignacego już na początku jego kapłańskiej drogi, choć wcale tego nie planował. Stawiając pierwsze duszpasterskie kroki zauważył właśnie je: zaniedbane, brudne, głodne. Uznał, że musi im pomóc.

Potem przyszło zetknięcie z dziećmi niepełnosprawnymi i miłością ludzi otaczających je opieką. Wprawdzie tych kilkanaście lat temu zwykle niepełnosprawni zamknięci byli w czterech ścianach swoich domów, on jednak dostrzegł ich problemy i chciał im pomagać...

Wtedy Bóg postawił na jego drodze Marię Klimowicz, dobrą lekarkę i wspaniałą wolontariuszkę. „Ona podzieliła się nie tylko swoimi doświadczeniami, ale pokazała też, jak bardzo w inicjatywach charytatywnych potrzebne jest współdziałanie kapłana — wspomina ks. Ignacy. — Kiedy wyjeżdżaliśmy z grupą niepełnosprawnych na wakacje, w zarezerwowanym wagonie od razu wskazała mi przedział przeznaczony na konfesjonał, by na miejsce wszyscy dojechali już po spowiedzi...”.

Inny rodzaj biedy

Trafił na nią tak po prostu, jako katecheta w ośrodku szkolno-wychowawczym w Bielsku-Białej, przeznaczonym dla dzieci pozbawionych należytej opieki rodzicielskiej. Do dziś lekko wzdryga się na wspomnienie pierwszych lekcji i eksperymentów, którym był wtedy poddawany. Ze złośliwą satysfakcją czekali, jak zareaguje na informację, że... napluli do pojemnika z wodą, w której płukał gąbkę do ścierania tablicy. A on zabrał ich na wycieczkę, zaprosił na Mszę świętą i zaproponował, by byli ministrantami. Odkryli, że po raz pierwszy ktoś w nich uwierzył. Wtedy sami dopilnowali, żeby do spowiedzi poszedł nawet najbardziej oporny z nich...

Później pojawiły się dzieci zza wschodniej granicy, doświadczone ubóstwem znacznie dotkliwszym niż u nas. To dla nich zorganizował „wakacyjną adopcję”, dzięki której co roku mogą przyjechać do Polski. To właśnie mołdawskie dzieci pozostawiły wspomnienie wzruszającego świadectwa miłości, gdy postanowiły zrezygnować z jedzenia słodyczy, by zawieźć je w prezencie swoim rówieśnikom, pozostawionemu w domach rodzeństwu...

Bliżej Kościoła

Choć wakacyjne turnusy kolonii organizowanych przez ks. Ignacego nie są oficjalnie rekolekcjami, niewątpliwie mają one w znacznym stopniu taki właśnie charakter. Wspólna codzienna Msza święta i modlitwa to ważne punkty kolonijnego porządku dnia, na które dzieci zawsze czekają. Z wielkim zapałem przygotowują się do każdej liturgii, uczą się nowych pieśni, a później z uwagą słuchają słów homilii, tego, co ksiądz Ignacy mówi im na temat Boga, innych ludzi, miłości...

„To dla mnie bardzo ważne, gdy nie zapominają, że jestem księdzem, gdy czekają na Mszę, proszą o spowiedź. Gdybym był tylko organizatorem kolonii, który stara się o pieniądze i załatwia różne sprawy, dawno bym tym rzucił” — mówi ks. Czader. „Sakramenty, bliskość Kościoła — to najcenniejsze, co otrzymujemy w Polsce podczas każdego przyjazdu” — potwierdza pani Magda z Kiszyniowa, współorganizatorka kolonii „Ignis” dla dzieci mołdawskich.

Każdy kocha

„Wszyscy są zdolni do miłości i chcą dzielić się nią z innymi” — ten pogląd ks. Ignacego rodzi podejrzenie o nadmierny optymizm. Sam, jako główny jałmużnik stowarzyszenia „Ignis”, wie przecież najlepiej, że coraz trudniej znaleźć dziś sponsora charytatywnej działalności. „Niewątpliwie poszukiwanie funduszy uczy pokory — przyznaje. — Jednak ciężko zachęcić do okazania miłości tych najbardziej majętnych”. „Ignis” staje się inspiracją do okazania wrażliwości. Tak trafiają do stowarzyszenia pieniądze, dary rzeczowe, a także wolontariusze i... kolejne zgłoszenia dzieci, którymi trzeba się zaopiekować. Dzięki
pomocy ks. Ignacego wielu ludzi odnajduje swoją drogę głoszenia Ewangelii.

Kiedyś, po kolejnych pracowitych wakacjach, ks. Ignacy poczuł się gorzej. Wszyscy z niepokojem czekali na diagnozę lekarzy. Dla najbliższych współpracowników zabrzmiała jak wyrok przekreślający całą przyszłość: stwardnienie rozsiane. Tymczasem w życiu ks. Ignacego niewiele się zmieniło. Pracuje dla „Ignis” jak dawniej. Jest także wicedyrektorem Caritas Diecezji Bielsko-Żywieckiej i duszpasterzem w parafii NMP Królowej Polski w Pogórzu koło Skoczowa.

„Praca jest dla mnie błogosławieństwem. Bywają momenty słabości, ale staram się je pokonywać, bo przecież ciągle czeka na mnie tyle spraw... A kiedy zapominamy o sobie, robi się w nas miejsce dla Pana Boga” — tłumaczy sobie i innym.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama