Młodość to czas powtórnych narodzin

Rozmowa na temat wychowania i duszpasterstwa młodzieży

Narodziny zawsze kojarzą się ze zmaganiem, bólem i krzykiem. Nie dokonuje się ono na zasadzie przemiany z poczwarki w motyla, ale w tym czasie mogą zdarzać się przedziwne sytuacje, w których popełniając różne błędy, młody człowiek szuka swojej tożsamości.

Z Rafałem Szymkowiakiem OFMCap o dojrzałym i odpowiedzialnym wychowywaniu młodzieży rozmawia Cezary Sękalski

Cezary Sękalski: Na ogół wydaje się, że młodość to czas beztroski — tak przynajmniej mówią o niej ci, którzy mają ją już za sobą. Natomiast psychologia rozwojowa określa ten okres życia jako bardzo burzliwy, pełen konfliktów. Jak Ojciec odkrywał, że młodzi to zazwyczaj ludzie z problemami?

Rafał Szymkowiak: Kiedy słyszę, że młodzi to ludzie z problemami, włącza mi się niepokojący dzwonek ostrzegawczy. Dorosłemu człowiekowi słowo „problem” kojarzy się z jakąś odbiegającą od normy sytuacją, którą trzeba pokonać. Natomiast dla młodego człowieka w jego okresie rozwojowym jest to coś zupełnie naturalnego.

Mówi się też, że wiek młodzieńczy to czas powtórnego narodzenia, a narodziny zawsze kojarzą się ze zmaganiem, bólem i krzykiem. Nie dokonuje się ono na zasadzie przemiany z poczwarki w motyla, ale w tym czasie mogą zdarzać się przedziwne sytuacje, w których nieraz w bólu, popełniając różne błędy, młody człowiek szuka swojej tożsamości. Jeśli np. ktoś w tym czasie sięgnie po narkotyki albo podejmie próbę samobójczą, będzie to miało wpływ na jego dalsze życie. Zmagania te w efekcie prowadzą do uformowania się dojrzałej osoby. W procesie tym biorą udział różne czynniki, takie jak: rodzina, środowisko rówieśnicze oraz indywidualne skłonności osobowościowe. Byłoby wielkim nieporozumieniem założenie, że wiek młodzieńczy powinien minąć bez problemów. Oczywiście zdarzają się osoby, które potrafią ten czas przejść bez większych doświadczeń negatywnych, natomiast wydaje mi się, że kształtowanie się tożsamości człowieka zawsze związane jest z pewnymi tarciami. Nie muszą się one ujawniać, ale są obecne we wnętrzu człowieka.

Z tego, co słyszę, obce są Ojcu, skądinąd często spotykane, utyskiwania na tę dzisiejszą młodzież...

Myślę, że każdy wiek i każde pokolenie będą nosiły w sobie taką nutkę nostalgii, a tak naprawdę w świecie młodych zawsze zachodzą podobne procesy, choć w różnych sytuacjach społecznych. W latach 60. XX wieku ujawniły się one w postaci kryzysu wartości. W Stanach Zjednoczonych z jednej strony mieliśmy wojnę w Wietnamie, a z drugiej środowisko „dzieci kwiatów”. Pamiętam okoliczności polskich przemian politycznych w latach 80. XX wieku — jednym ze sposobów odpowiedzi na nie przez młodych ludzi był festiwal w Jarocinie, na którym wyrażali swoje niezadowolenie.

Dziś wśród młodych ludzi też pojawia się bunt, który w naszych realiach trafia na konkretny grunt. Zestawienie naszej sytuacji społecznej z reakcjami młodych ludzi powoduje określoną reakcję. Dla wielu przedstawicieli starszego pokolenia zachowanie młodych wydaje się nie do przyjęcia. Z kolei ich zachowanie w młodości też było nie do przyjęcia dla ludzi starszych.

Syndrom kapitana Nemo

Wspomniał Ojciec o trzech obszarach, w których ujawniają się trudności młodych. Jest to problem ze sobą samym, ze środowiskiem rówieśniczym oraz z własną rodziną. W jaki sposób ujawniają się trudności w pierwszym z tych obszarów?

Ja nazywam to syndromem Nemo. Wielbiciele twórczości Juliusza Verne'a z pewnością pamiętają postać kapitana z „Tajemniczej wyspy”, który pod koniec życia odizolował się od świata, ponieważ uważał, że świat niszczy sam siebie. Podobnie dzieje się wśród młodych ludzi. Nie rozumieją oni tego, co się z nimi dzieje na płaszczyźnie biologicznej i psychicznej, zwłaszcza jeśli mają za sobą traumatyczne doświadczenia, np. śmierć bliskiej osoby (choć jest wiele innych sytuacji sprawiających, że młody człowiek postrzega świat jako obcy).

I alienuje się?

Tak. Sposoby tej alienacji mogą być różne. Ujawnia ją choćby wywieszka z napisem „Obcym wstęp wzbroniony!” i z symbolem trupiej czaszki, umieszczona na stale zamkniętych drzwiach własnego pokoju, nieustanne przesiadywanie przed telewizorem albo zakładanie bez przerwy słuchawek od odtwarzacza muzyki na uszy. Inną formą ucieczki od świata są narkotyki, alkohol, a nawet Internet — wchodzę w wirtualny świat, bo realny mnie nie interesuje.

Zwykle dzieje się tak, gdy pojawia się problem, który trzeba rozwiązać. Ponieważ wymaga to trudu, a czasem szukania pomocy na zewnątrz, więc młody człowiek, nie wiedząc, co z tym zrobić, zaczyna uciekać w świat nierzeczywisty.

Jak rozróżnić, czy gra komputerowa jest zwykłą rozrywką, czy też niepokojącym symptomem alienacji?

Na ogół rodzice widzą, czy mają kontakt z dzieckiem. Jeżeli dziecko ucieka od nich, nie chce z nimi przebywać, to może niepokoić. Oczywiście wiadomo, że nastolatek już mniej chce przebywać z rodzicami, np. nie chce z nimi jechać na wakacje, natomiast kiedy całkowicie zamyka się także w innych sytuacjach, wówczas pojawia się problem.

Czasem jednak rodzice nie zwracają na to uwagi, bo są zagonieni i zapracowani, a nawet niekiedy cieszą się, że kupili dziecku komputer i mają z nim spokój na długie godziny.

Czy ostatnim krokiem w procesie izolowania się od życia i problemów może być samobójstwo?

Jeden z krakowskich katechetów przeprowadził na ten temat badania wśród maturzystów i okazało się, że pięćdziesiąt procent jego uczniów myślało o samobójstwie. Więc ta myśl pojawia się wśród młodych, ale na pewno nie jest tak, że każdy z uczniów to potencjalny samobójca.

Znałem dziewczynę, która była dwa razy w naszej wspólnocie, a w ogóle nie zauważyliśmy w niej nic niepokojącego. Tymczasem nagle musiałem ściągać ją z dachu. Samobójstwo może być konsekwencją wielu różnych sytuacji i doświadczeń, a dochodzi się doń poprzez pewne etapy. Niekiedy młody człowiek wspomina o takim rozwiązaniu, bo chce być zauważony.

Jak pomóc młodym ludziom, którzy doświadczają alienacji?

Jeśli w jakikolwiek sposób uda nam się z taką osobą zbudować relację, jest to już wygrana. Więzi te można tworzyć przez grupy rówieśnicze skoncentrowane na konkretnej aktywności, np. nauce tańca albo grze w kosza. Chodzi o to, żeby młody człowiek spotykał się z innymi.

Druga sprawa to budowanie relacji z rodzicami poprzez rozmowy, próbę bycia razem z dzieckiem. Jeżeli ojciec spędza z dzieckiem w tygodniu przeciętnie około godziny (tak pokazują badania dotyczące Polski), jest to przecież kropla w morzu potrzeb. Relację z dzieckiem buduje się od samego dzieciństwa. Gdy ojciec wspiera dziecko w nauce jazdy na nartach albo cieszy się, że zaczęło grać na gitarze, wówczas ta relacja tworzy się niejako automatycznie. Wszelkiego rodzaju wspieranie młodego człowieka w odkrywaniu zainteresowań i ich podsycaniu, w wyciąganiu go z domu, przynosi dobre skutki.

 

Między patologią a hiperpoprawnością

Z jakimi problemami spotykają się młodzi ludzie w kontaktach z rodzicami?

Problemy z rodzicami można podzielić na dwie grupy. Alienacja na pewno pojawia się w rodzinie patologicznej, np. tam, gdzie jest alkohol albo rozbicie rodziny. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielkie problemy rodzi sytuacja, kiedy w jakiejś rodzinie następuje poważne pęknięcie. Oczywiście nie można twierdzić tego nazbyt kategorycznie, ale już sam brak relacji matki z ojcem — mimo że oboje mieszkają razem — może powodować alienację dziecka i trudności w porozumieniu się z nim. Nie wspominam nawet o sytuacjach, w których ojciec bije córkę, zabrania jej wszystkiego albo na każdym kroku chorobliwie ją kontroluje...

W takich przypadkach patologia jest oczywista i wiadomo, że dziecko potrzebuje fachowej pomocy. Wiadomo też, że na jego rodzinę nie można liczyć. Sytuacja zatem jest jasna.

Istnieje jednak i druga grupa rodzin, których sytuacja jest bardziej skomplikowana. Weźmy np. rodziców, którzy na wszystkie sposoby starają się, aby dziecko rozwijało się w sposób prawidłowy. Wydaje się im, że dają dziecku miłość, a okazuje się, że coś nie gra. W tej grupie często występuje brak zrozumienia procesów zachodzących w czasie dojrzewania. Mierzy się ten etap własną miarą osoby dorosłej.

Nieraz rodzice nie stawiają dziecku wymagań. Ich brak sprawia, że nie pojawiają się też pewne ważne cechy charakteru czy zdolności. Czasem matka mówi: — Ponieważ my tego nie mieliśmy, chcielibyśmy, żebyś ty miał wszystko... Taka postawa nie ma jednak nic wspólnego z prawdziwą miłością, bo ona wiąże się z wymaganiami. Bywa, że nie daje się dziecku żadnej możliwości rozwoju albo jego działania ogranicza się tylko do realizowania planu nakreślonego przez rodziców: np. oni chcą, żeby dziecko ukończyło najlepszą szkołę i sami, bez porozumienia z nim, ją wybierają: — My chcemy, żeby tobie było dobrze. My wiemy najlepiej, co dla ciebie jest najlepsze. Dziecko staje się wtedy marionetką w rękach rodziców.

Takie tendencje pojawiają się szczególnie w rodzinach pozornie bardzo ułożonych, nieraz z tradycjami: — Bo co by to było, gdyby dziecko znanego lekarza lub adwokata wylądowało w zawodówce! — Co to będzie, jeśli moja córka nie spełni pokładanych w niej nadziei?! W ten sposób nie daje się dziecku możliwości żadnego wyboru. Rodzice boją się dać mu wolność, bo niesie to ze sobą ryzyko popełnienia błędu. I właśnie tutaj tkwi podstawowa pomyłka wychowawcza, bo człowiek uczy się życia na błędach, najlepiej na swoich. W rezultacie takiej postawy rodziców dziecko do pewnego momentu żyje pod kloszem, ale potem idzie na studia, gdzie już nie ma kontroli rodziny, i wtedy dopiero zaczynają się problemy.

Nieraz rozmawiam z rodzicami, którzy pytają: — Proszę ojca, co zrobić, bo nasz syn ma dwadzieścia pięć lat, a siedzi w domu, nie dzieli się z nami zarobionymi przez siebie pieniędzmi i nie czuje potrzeby, żeby cokolwiek zrobić dalej ze swoim życiem, np. założyć rodzinę, bo mówi, że tak mu jest dobrze... Ja wtedy odpowiadam: — Jest mu dobrze, bo całe życie był utrzymywany i kierowany przez rodziców, i wyrósł z niego typowy homo sovieticus.

Mam wrażenie, że tej drugiej grupie rodzin o wiele trudniej przyjść z pomocą. Cały problem polega bowiem na tym, że rodzicom wydaje się, że dali dziecku wszystko, a nie widzą, że nigdy nie wsłuchali się we własne dziecko. Co więcej, oni zwykle do końca nie chcą się przyznać do tego, że z dzieckiem dzieje się coś złego. W tym przypadku negatywne procesy bywają zauważane bardzo późno.

Po jakich symptomach można rozpoznać zaburzenia relacji dziecka z rodzicami?

Kiedyś wyliczyliśmy aż dwadzieścia różnych sytuacji, które powinny budzić niepokój rodziców, np. notoryczne spóźnianie się dziecka, pomimo że miało wyznaczoną godzinę powrotu, zamykanie się w swoim pokoju, niechęć do jakichkolwiek rozmów z rodzicami, nasilające się kłótnie, ukrywanie przed rodzicami nieraz bardzo prostych spraw. Utrata relacji z dzieckiem ujawnia się też np. w sytuacji, gdy dziecko o pewnych sprawach potrafi powiedzieć koleżance, a rodzicom nie. Jeżeli matka dowiaduje się od córki, że ta ma chłopaka, wtedy jest dobrze, ale kiedy spotyka ją z chłopakiem na ulicy i dopiero wtedy dociera do niej ta informacja, powinno wzbudzić to jej niepokój...

Jak rozwiązywać takie problemy?

Potrzeba ciągłej próby przełamywania trudności w kontakcie z dzieckiem. Ważna jest pamięć o jego urodzinach czy imieninach, o wspólnym wyjściu do kina... Dziecko musi czuć się w rodzinie akceptowane, przyjmowane takim, jakie jest. Trzeba okazywać, że się je kocha nie tylko wtedy, kiedy wszystko jest z nim w porządku, ale także wtedy, gdy doświadcza porażek. Kiedy dziecko przynosi ze szkoły bardzo dobre stopnie, rodzice mówią: — Moja kochana córeczka, mój kochany synuś, ale gdy tylko zaczyna mieć problemy z nauką, odsuwają się od niego; albo też bardzo negatywnie odnoszą się do sytuacji, w których dzieci popełniają błędy. A przecież miłość rodzicielska jest na dobre i na złe. W efekcie dziecko, gdy ma pewność, że z powodu trudnej sytuacji, w jakiej się znalazło, na pewno zostanie przez rodziców odrzucone, rezygnuje z relacji z nimi. A sytuacje zdarzają się przeróżne.

Miesiąc temu dzwoni do mnie chłopak i mówi, że ma dziecko z siedemnastolatką. Dla mnie znakiem zapytania było już to, dlaczego ja pierwszy się o tym dowiaduję, a nie jego rodzice. Potem okazało się, że im o tym powiedział i na szczęście oni zareagowali w sposób właściwy, bo nie zostawili go samego z tym problemem. Ilu jednak rodziców w takiej sytuacji odrzuca swoje dziecko, mówiąc: — Jak nawarzyłeś piwa, to sam sobie radź!.

Myślę, że dobrą próbą nawiązywania kontaktu z dzieckiem jest ustalenie wspólnych zasad funkcjonowania w domu, żeby ono wiedziało, co może, a czego nie może itp. Trzeba też umieć z nim dyskutować na ten temat: — Zobacz, zdarzyło się to i to, i ja teraz muszę być wierny zasadom. Ty się na mnie nie złość, bo przecież razem je ustaliliśmy.

I najważniejsza sprawa! W budowaniu relacji na pewno przeszkadza brak spójności wychowawczej między matką i ojcem. W takiej sytuacji dziecko zaczyna lawirować. To łamie relację, bo staje się ona nieprawdziwa.

Banda czy wspólnota?

Jakie problemy pojawiają się w relacji młodego człowieka z rówieśnikami?

Kontakty rówieśnicze można rozpatrywać jako element pozytywny albo negatywny. Całe wychowanie zmierza właściwie do jednego celu: uspołecznienia młodego człowieka. Chodzi o to, aby wszedł on w dorosłe życie i funkcjonował normalnie w społeczeństwie. Od dzieciństwa człowiek się do tego przygotowuje. Kiedy idzie do żłobka, do przedszkola, później do szkoły, wszędzie napotyka swoją grupę rówieśniczą.

W początkowych okresach najbardziej słucha rodziców, potem dochodzą nauczyciele, ale począwszy od pierwszej klasy gimnazjum, środowiska rówieśnicze stają się dla młodego człowieka coraz ważniejsze: dziewczyny chodzą wspólnie na aerobik, chłopaki grają w piłkę albo działają w kółkach zainteresowań. To jest naturalne.

Nie wyobrażam sobie harmonijnego okresu rozwojowego bez środowiska rówieśniczego. Błędem byłoby izolować dziecko od rówieśników. Pytanie tylko, w jakie środowisko posłać swoje dziecko? Mądry rodzic jest w stanie zaproponować mu dobrą grupę. Z tego wypływają też konkretne zadania dla Kościoła.

Socjologia małych grup potwierdza, że w pewnym wieku proces wychowawczy przebiega najskuteczniej w nakierowanych na pewne wartości grupach rówieśniczych. W czasie, kiedy młody człowiek nie chce słuchać dorosłych autorytetów, osobą znaczącą dla niego może być kolega, który żyje jakimiś zasadami i staje się przez to osobowościowo atrakcyjny.

Mogę potwierdzić to na własnym przykładzie, ponieważ moje doświadczenie wiary pochodzi właśnie z takiego środowiska rówieśniczego. Wprawdzie podstawy wiary tradycyjnej wyniosłem z domu, ale gdybym na tym poprzestał, nie doszedłbym do momentu, w którym jestem. To rówieśnicy w duszpasterstwie czy na pielgrzymkach pokazali mi, że istnieje inny świat — co było doświadczeniem pozytywnym. Wiemy jednak, że środowiska rówieśnicze mogą być różne. Kiedy dwóch lub trzech gromadzi się w imię Jezusa, pojawia się Kościół, wspólnota oparta na miłości. Ale uwaga! Pewnego razu, wskazując na grupę rówieśniczą, zapytaliśmy przedszkolaków, co to jest? W odpowiedzi usłyszeliśmy, że to banda. A więc grupa rówieśnicza może pójść i w taką stronę. Kiedy dziecko w domu czuje się nieakceptowane, może być podatne na różne negatywne wpływy.

Pamiętam, jak na Przystanku Woodstock spotkałem siedemnastolatkę, która czuła się odepchnięta przez matkę, bo ta przede wszystkim zajmowała się swoim najmłodszym dzieckiem. Dziewczyna była w towarzystwie długowłosych facetów z tatuażami, ubranych w skóry i wyglądała przy nich wręcz kuriozalnie. Spytałem ją: — Co ty tutaj robisz? Odpowiedziała na to: — Jestem tutaj i czuję się dobrze, bo oni mnie akceptują...

Destrukcyjne środowiska najczęściej przyciągają właśnie ludzi szukających akceptacji. Młody człowiek wchodzi w nie, bo czuje, że tam może być sobą. Ubierze skórę, podarte spodnie, glany. Nauczyciele w szkole nie dają mu takiego poczucia. W domu, kiedy ciągle jest krytykowany za włosy postawione na cukrze, jeszcze bardziej czuje się wyobcowany. W takiej sytuacji naturalna potrzeba bycia w grupie rówieśniczej sprzęga się z poczuciem braku akceptacji w domu i w szkole. Wtedy, nawet gdyby gołym okiem było widać, że dane środowisko niesie ze sobą destrukcję, młody człowiek i tak tam pójdzie.

Różnica między dobrą grupą a bandą polega na tym, że pierwsza prowadzi do rozwoju, a w drugiej za cenę akceptacji prędzej czy później trzeba będzie podporządkować się ludziom, którzy w taki czy inny sposób mogą chcieć człowieka wykorzystać. Taki mechanizm działa np. w przypadku sekty.

To prawda. Sądzę jednak, że w naszych realiach częściej niż na sekty natkniemy się na grupę chłopaków z ławki przed blokiem albo koleżanek, które spędzają dni na wagarach czy piją piwo w supermarkecie. Kiedy w Krakowie otwarto Galerię Krakowską (duże centrum handlowe), okazało się, że mnóstwo nastolatków „urywało się” ze szkoły i właśnie tam spędzało czas — mogli usiąść, wypić kawę, obejrzeć wystawy.

Sekty też od czasu do czasu przeprowadzają werbunek, ale one najczęściej działają w dużych skupiskach ludzkich. W przysłowiowym Pcimiu czy Wąchocku niełatwo spotkać sekciarzy, chyba że ktoś stamtąd pojedzie na Woodstock.

Pamiętam dziewczynę, która była związana ze środowiskiem oazowym, nie piła alkoholu, nie paliła papierosów, nie chodziła na dyskoteki. W nowej szkole z powodu swojej postawy tak bardzo jej nie akceptowano, że koleżanki były gotowe spłukać jej głowę w ubikacji. Dopiero kiedy przełamała się i zaczęła żyć jak jej rówieśnice, mogła stać się ich koleżanką. Inna z moich uczennic napisała do mnie: „Proszę Ojca, co mam robić, bo moje koleżanki chcą po raz pierwszy kupić sobie „trawę”: mam z nimi iść czy nie?”. Odpisałem: „Oczywiście, że nie”. „Ale jeśli tego nie zrobię, będę skazana na brak akceptacji z ich strony i na samotność...”

Młody człowiek postrzega świat w sposób specyficzny. Kiedy jest w klasie, ta rzeczywistość staje się dla niego niejako zamkniętym światem. Nie widzi tego, że niebawem pójdzie na studia i tam będzie miał zupełnie nowe środowisko. Dla niego tu i teraz jest najważniejsze.

Jak pomóc ludziom z takimi dylematami?

To dziś nie jest łatwe. Ale też istnieją różne grupy wsparcia. Wspólnota, którą stworzyłem w Krakowie z młodymi ludźmi, nazywa się „Alternatywni” i funkcjonuje w takim kluczu: Zawsze jest alternatywa! Nie musisz brać narkotyków razem z rówieśnikami! Przyjdź do nas, tu nikt ci tego nie zaproponuje! Zawsze możesz pójść inną drogą.

W 1996 roku biskupi rzymscy wydali dokument „Rzeź sobotnich nocy”, poświęcony problemowi tragicznych śmierci młodych ludzi, którzy przemieszczają się w sobotę autostradami z dyskoteki na dyskotekę. Zjawisko to było tak powszechne, że biskupi zareagowali. Nazwa dokumentu nawiązywała do słynnego filmu z Johnem Travoltą „Gorączka sobotniej nocy”. Jeden z apeli zawartych w tym dokumencie zachęcał do tworzenia zdrowych środowisk rówieśniczych: najpierw wychowania liderów, stworzenia z nimi świata wartości, a później wyjścia z tą propozycją do innych młodych ludzi.

Wiadomo, że mnie — księdza — młodzi mogą nie posłuchać, bo jestem z „kasty rządzących światem ducha” (śmiech), ale z młodym człowiekiem, który ma coś do zaproponowania, chętnie porozmawiają. Myślę, że jest to jakaś próba zaradzenia problemowi młodych ludzi.

Jeśli młodzi interesują się muzyką rockową, to trzeba stworzyć dla nich grupę, która pomoże rozwijać im te zainteresowania, a jednocześnie poprowadzi do świata wartości. Doświadczyliśmy tego właśnie na przykładzie „Alternatywnych”. Wcześniej w Krakowie nie było takiej grupy, a ludzi zainteresowanych rockiem jest mnóstwo i dla nich nasza wspólnota stała się jedyną alternatywą.

Steve Walet, pastor protestancki, powiedział mi kiedyś: — Przysyłam do ciebie ludzi, bo my nie mamy takich możliwości jak wy... Nieraz słyszałem od młodych, że kiedy pojawią się ze swoimi poglądami, wyglądem i sposobem życia w innej chrześcijańskiej grupie religijnej, bywają izolowani i wypychani na zewnątrz. Po prostu tam nie pasują. Natomiast w grupie „Alternatywnych” widzą podobnych sobie ludzi (z kolczykami w uszach, nosie, brodzie, z włosami zrobionymi na afro) i pośród nich czują się normalnie. Nikt ich nie wyrzuca.

Ostracyzm ze strony grupy stanowi problem. Mówimy o budowaniu środowisk rówieśniczych, ale jaką alternatywę mają młodzi w małych miasteczkach lub wioskach?

Rzeczywiście, w tym okresie rozwojowym młodzi bardzo potrzebują takich grup.

Młodzi nie bardzo chcą rozmawiać z osobami starszymi. Matka w konkurencji z rówieśnikiem przeważnie przegrywa, choćby była najlepsza.

Dzisiaj niesamowicie trudno dociera się do młodych ludzi z treściami religijnymi. W ogóle stan religijności polskiej, tej realnej, wynikającej z dojrzałej decyzji, a nie wirtualnej — z chrztu, staje pod znakiem zapytania. Na to nakłada się atak ideologiczny, który promuje świat bez religii.

Nastolatek, który ma swoje konto e-mailowe np. na Wirtualnej Polsce, codziennie natyka się na informacje o tym, że religijność jest „do luftu”. Wystarczy spojrzeć na główne newsy, które preferują afery w Kościele itp. Młody człowiek tym przesiąka.

Przez siedem lat mojego pobytu w Krakowie najczęściej prowadziłem rekolekcje dla szkół katolickich. Największym problemem, jaki tam się pojawiał, była trudność w przyznaniu się młodych ludzi do tego, że są... katolikami. Bo katolicyzm w ich środowiskach od razu utożsamiany jest z Radiem Maryja. My, dorośli, możemy to różnie rozumieć, podczas gdy siedemnastolatek nie chce być zaliczany do „moherowych beretów”. A taka wizja Kościoła w Polsce jest mocno promowana w mediach. Bycie katolikiem wśród młodych ludzi nie jest dziś modne.

Ojciec powiedział kiedyś, że mówi się o pokoleniu JP2, a może się okazać się, że mamy pokolenie MP3...

Nie twierdzę, że żyjemy w zakłamaniu, bo to może za duże słowo, ale często nie chcemy się nawet przed sobą przyznać, jak wyobrażamy sobie wychowanie religijne w rodzinach, które założą kiedyś dzisiejsi gimnazjaliści... To może być bardzo ciekawe...

Nieraz spotykałem się z rodzicami, którzy swoje nawrócenie przeżyli w Oazie albo w Odnowie w Duchu Świętym i chcieli przekazać pewne wartości duchowe swoim dzieciom, a one odpowiadały: — Mamo, coś ty! Przecież ja nie będę czytał Pisma Świętego przy świeczce! Tu pojawia się problem.

Potrzeba nowych form ewangelizacji?

We wspólnotach kościelnych jest coraz mniej ludzi. Widać kryzys. Wynika stąd, że nowe wino wymaga nowych bukłaków.

Rozmawiałem niedawno z kolegą, który uczy katechezy i powiedział mi, że często na lekcjach religii katecheci odpowiadają na pytania, których nikt nie zadaje... Może te pytania były kiedyś ważne, ale dziś młodzi mają inne, a my nie potrafimy poruszać się w tym obszarze. Dodatkowo utrudnia to brak umiejętności dobrej komunikacji między pokoleniami. Nie wiadomo, czy to my nie mamy odpowiedniego pasa transmisyjnego, czy też młodych to w ogóle nie interesuje. Myślę, że w dziedzinie przekazu również musimy brać przykład od ludzi tego świata.

Kiedy niedawno byłem w Chicago zostałem — o zgrozo — zaproszony na koncert Madonny. W ogromnej sali United Center zgromadziło się ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Madonna, która od lat śpiewała swoje piosenki przy gitarze, teraz wykonywała je z tancerzami przy najnowszych rytmach „diho”. Do tego światła, dymy i najróżniejsze efekty wizualne. Kiedy wyszedłem stamtąd po półtorej godziny, wszystko we mnie skakało. Okazało się, że piosenkarka, która śpiewa od wielu lat, stworzyła show nie dla swojej dawnej publiczności, ale dla dwudziestolatków.

Pojawia się zatem pytanie, w jakim opakowaniu my powinniśmy „sprzedawać” młodym ludziom nasze drogocenne perły?

Rafał Szymkowiak OFMCap — dr teologii, wykładowca WSD kapucynów w Krakowie, zajmuje się pracą z młodzieżą trudną i subkulturami oraz profilaktyką uzależnień. Autor książek metodycznych do katechezy.

„Głos Ojca Pio” (nr 55, 1/2009)

www.glosojcapio.pl

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama