Łzy wsiąkają w sutannę

O pracy kapelanów szpitalnych

Łzy wsiąkają w sutannę

Ks. Marian Wróblewski z chorą w szpitalu psychiatrycznym w Toszku. Autor zdjęcia: Henryk Przondziono

Można ich spotkać w większości szpitali. Służą chorym i bardzo pomagają lekarzom. Co robią szpitalni kapelani?

Ksiądz Jacek, kapelan Centrum Zdrowia Dziecka, był już o godz. 19.00 zmęczony. Schował Pana Jezusa do tabernakulum w szpitalnej kaplicy i odwrócił się, żeby wyjść. Na drodze stał mu jednak młody mężczyzna.

Ja muszę się wyspowiadać — rzucił mężczyzna.

— Nie dzisiaj, jestem bardzo zmęczony, proszę przyjść jutro — odpowiedział kapelan. Jednak mężczyzna przerwał mu zdecydowanie: — Ale ja muszę. Ja księdza przedtem nie wypuszczę.

Bóg działa w szpitalu

— Zapytałem tego pana o motyw, dlaczego mnie o tej porze trzyma w szpitalnej kaplicy — wspomina dziś ks. Jacek Bazarnik. — Opowiedział mi o śnie jego córki Ewelinki, która leżała w naszym szpitalu. Córka powiedziała mu, że przyszła do niej Matka Boża i powiedziała: „jak twój tatuś się nawróci, to ja ci przywrócę zdro-wie”.

Mężczyzna po raz pierwszy od kilkunastu lat przyjął Komunię św. — No i się rozstaliśmy. Trzy dni później ten mężczyzna przyszedł do kaplicy z kwiatami, ze łzami. Rezonans magnetyczny wykazał, że po nowotworze Ewelinki nie ma śladu. To się zdarzyło rok temu. Nie wrócili już do nas, więc

myślę, że to uzdrowienie było trwałe — mówi ks. Jacek Bazarnik.

Długoletni kapelani szpitalni, którzy podchodzą do swojej pracy poważnie i dają się w niej prowadzić Panu Bogu, opowiadają o wielu sytuacjach, w których zobaczyli, z jaką olbrzymią mocą działa Pan Bóg. Widzieli, jak przez sakrament chorych, którego udzielają, Pan Bóg daje łaski nie tylko duchowe, ale też, jeśli taka jest Jego wola, jak najbardziej fizyczne. Ks. Krzysztof Tabath, kapelan kliniki w Katowicach-Ochojcu, spotkał kiedyś pacjenta w ciężkim stanie, który na propozycję przyjęcia Komunii warknął: „I tak zdechnę”. Na szczęście ksiądz po chwili wrócił do niego i zaproponował sakrament chorych. Pacjent ostatkiem sił kiwnął głową i stracił przytomność. Ksiądz Tabath udzielił mu namaszczenia i poszedł. Następnego dnia spotkał tego samego pacjenta stojącego przy oknie. Mężczyzna prawie podbiegł do księdza i rzucił: — Co ksiądz ze mną zrobił? Ksiądz mnie uzdrowił! — Ja? Nie. Pan Jezus — odpowiedział ks. Tabath. — To niemożliwe, bo ja w Niego nie wierzę. — A wierzy pan w tego, co pana uzdrowił? — Tak. — No to to jest Pan Jezus.

Zakończyło się to spowiedzią tego człowieka i jego uzdrowieniem wewnętrznym.

Kapelan trzyma kciuki

Praca kapelana szpitalnego jest bardzo trudna. Nie każdy ksiądz ma do niej zdolności. — Moi znajomi klerycy z Opola tylko udzielali w szpitalu Komunii św. i po godzinie mnie pytają: „Jak to ksiądz wytrzymuje?”. A to po prostu trzeba lubić, mieć łaskę i trzeba być do tego powołanym — tłumaczy ks. Marian Wróblewski z diecezji gliwickiej, kapelan od ośmiu lat. Pracuje w szpitalu psychiatrycznym w Toszku.

Wielu z nas, zwykłych wiernych, spotykało w szpitalach zarówno kapłanów, po których widać, że do pracy w szpitalu zawołał ich Pan Jezus, jak i kapłanów, którzy nie sprawiali takiego wrażenia. Kiedy przed kilku laty ojciec autora tego artykułu poprosił o sakrament chorych przed poważną operacją, usłyszał od kapelana szpitalnego: „Teraz nie mam czasu, ale ja będę za pana trzymał kciuki”.

Na szczęście zdecydowana większość polskich kapelanów ponad trzymanie kciuków przedkłada modlitwę. Ks. Jacek Bazarnik z Centrum Zdrowia Dziecka jest oceniany jako świetny kapelan, choć sam się do tej pracy nie rwał. Chciał wstąpić do zakonu trapistów, znanego z najsurowszej reguły. Odbył nawet u trapistów we Włoszech roczną próbę. W nowej diecezji warszawsko-praskiej brakowało jednak księży, więc biskup poprosił go, żeby przed wstąpieniem do zakonu popracował trochę jako kapelan. „Jak długo?” — pytał ks. Jacek. „Jakieś dwa, trzy lata” — odparł biskup.

— I tak minęło tych lat pięć, osiem. Zmienił się biskup i jestem kapelanem od 16 lat — śmieje się ks. Jacek Bazarnik. — Jednak doświadczenie cierpień dzieci i łez rodziców stworzyło we mnie coś nowego. Coś, do czego zawołał mnie Pan Bóg. Tak to odczytuję — mówi.

Nieraz w jego albę lub w sutannę wsiąkają łzy rodziców dzieci, które umierają. Swoje doświadczenia opisał w książce „Cierpienie dziecka.

Czy Bóg tego chce?”. Jeśli rodzice chcą o tym porozmawiać, opowiada im na przykład o św. s. Faustynie, która zapytała o to Pana Jezusa w czasie wizji mistycznej. — Napisała w „Dzienniczku”, że Jezus miał wtedy łzy w oczach. Odpowiedział Faustynie, że te dzieci jeszcze utrzymują świat w istnieniu. To jest taka wizja odkupieńcza: dziecko jak drugi Chrystus, które pomaga zbawić świat. A Jan Paweł II napisał w liście do dzieci z naszego szpitala: „wasz szpital jest sanktuarium odkupieńczego cierpienia” — mówi ks. Jacek.

Pocałunek Ducha

Ksiądz Bazarnik widzi wśród tego cierpienia wiele cudów. — Widzę, że jeżeli rodzice otwierają się na miłość Bożą, zwłaszcza tutaj, na modlitwie w kaplicy, przez spowiedź i Komunię św., to w tym cierpieniu bardzo wyraźnie widać tę wartość odkupieńczą. Oni od tej pory inaczej patrzą na siebie, na swoją rodzinę, na życie — twierdzi. — Poza tym mam takie doświadczenie, że chrzest i namaszczenie chorych nieraz powodowały też łatwiejsze leczenie. Jest na przykład taki Piotruś, który po wypadku nie chodził, nie rósł, nie mówił. Dopiero po przyjęciu tego sakramentu, z pomocą ludzką, przez rehabilitację, zaczął szybko nadrabiać zaległości. W odczuciu matki był to ewidentny przełom w jego leczeniu. Bo sakrament chorych to jest taki pocałunek Ducha Świętego. Apostoł napisał przecież, że Duch Święty przychodzi z pomocą w każdej naszej słabości — mówi ks. Bazarnik. O przypadkach namacalnego działania Bożej mocy w szpitalu, których doświadczył przez te 16 lat, może opowiadać bez końca.

— Ale gdyby mógł ksiądz odejść do trapistów, to by ksiądz do nich wstąpił? — podpuszczam księdza kapelana. — Tak! — ks. Jackowi świecą się oczy. — Tam doświadczyłem obecności Boga... tak — ściska mnie za rękę. — No i działanie Boga przez ludzi... Tam się doświadcza świętości — mówi.

On cię pociesza

Ksiądz Marian Wróblewski lubi być kapelanem, choć praca w szpitalu psychiatrycznym jest szczególnie trudna. — Zdarza się, że bardzo chcesz komuś pomóc, a nie potrafisz. Miałem porozmawiać z młodą dziewczyną, która groziła samobójstwem. Ale mówiła tak cicho, że nic nie zrozumiałem. Porażki w nawiązaniu kontaktu z chorymi i ich rodzinami ponosiłem też, kiedy byłem nadęty i miałem do ludzi urzędnicze podejście. Kiedy jestem ciepły i po prostu ludzki, jest zupełnie inaczej — mówi.

Czasem pacjenci mówią tak niezrozumiale, że ks. Marian może ich tylko słuchać i kiwać głową. Pyta ich: „Czy chcesz się wyspowiadać?”. Jeśli pacjent potwierdzi, pyta dalej: „Czy żałujesz za swoje grzechy?”. — Niektórzy pacjenci na pytanie: „czy pamiętasz swoje grzechy”, kręcą głową przecząco. Wtedy za wyznanie ich grzechów traktuję samą chęć spowiedzi. Udzielam im rozgrzeszenia — mówi.

Nawet u tak ciężko chorych ludzi często widać po spowiedzi uspokojenie, uśmiech. — Czasem ktoś wyraża swoje emocje, całując mnie po spowiedzi w policzek, w rękę albo próbując klękać przede mną — mówi. — Wśród chorych psychicznie są jednak też ludzie, którzy intelektualnie cię prześcigną. Kiedyś spowiadałem kobietę po studiach teologicznych — przez dziewięć godzin, z przerwami co trzy godziny. Dopiero na koniec udzieliłem rozgrzeszenia. Jeśli pacjent chce rozmowy, a nie spowiedzi, też cierpliwie go słucham. Cykliczne wizyty na oddziałach zapowiadam kilka dni wcześniej, żeby tego dnia mieć dla pacjentów dużo czasu. Czasem na oddziale jest tylko jedna osoba chętna do rozmowy, czasem pięć osób, a czasem nikt. Zdarzają się też spowiedzi „z biegu”, bez zapowiedzianej wizyty, na prośbę pacjenta — mówi.

— Obecność kapelana w szpitalu jest niezbędna — uważa dr Marzena Wawrzyńczyk, ordynator oddziału sądowego w szpitalu psychiatrycznym w Toszku. Na jej oddziale zamknięci są chorzy, którzy w stanie psychozy popełnili przestępstwa, na przykład zamordowali własną matkę, siostrę, dziecko. W czasie Mszy św. na oddziale wyciszają się, za wyjątkiem najciężej chorych. Podczas pobytu na oddziale stopniowo dociera do nich, co tak naprawdę zrobili. — Ze swoim poczuciem winy i uwikłania łatwiej im przyjść do księdza niż do lekarza i terapeuty. Ksiądz potrafi im uświadomić, że istnieje przebaczenie i miłosierdzie wyższe. Że tę sytuację można przeżyć. Kapłan podtrzymuje u pacjentów chęć życia. Tego nie dokona żaden lekarz — mówi doktor Marzena Wawrzyńczyk.

Księża kapelani, pracujący we wszystkich typach szpitali, są świadkami takich właśnie sytuacji.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama