Przebudzenie Europy

Na dwa miesiące przed wyborami do Parlamentu Europejskiego rośnie przerażenie na brukselskich salonach. Wszystko z powodu popularności partii nie życzących sobie dalszej unijnej federalizacji

Przebudzenie Europy

  fot. Rama/ wikipedia.org/ CC BY-SA 2.0 FR

Na dwa miesiące przed wyborami do PE rośnie przerażenie na brukselskich salonach. Wszystko z powodu wzrostu popularności partii, które mówią głośno: „nie” dalszej unijnej federalizacji.

Przez ponad trzydzieści lat karty w EWG, a potem UE rozdawały trzy grupy polityczne. Na centroprawicy chadecka EPP, w centrum liberałowie z ALDE, a na lewicy socjaliści z S&D. Przy czym podziały mają w dużej mierze charakter umowny, bo w kluczowych sprawach mieliśmy do czynienia niemal z jednomyślnością wszystkich aktorów europejskiego spektaklu.

I to, obok nieskuteczności działań antykryzysowych oraz brnięcia w odrzucaną przez znaczną część mieszkańców Starego Kontynentu federalizację, sprawiło, że w nowym rozdaniu Parlament Europejski będzie mocno różnił się od poprzednich.

Chadecy, do których z Polski należą posłowie PO i PSL, dostaną znacznie niższe poparcie niż w 2009 r. Straty, choć nie tak duże jak EPP, mogą ponieść socjaliści, wśród których Polskę reprezentuje SLD. Ale w sumie okaże się to za mało, by bez porozumienia z jeszcze jedną grupą polityczną dysponować większością i mieć „swoją” komisję. Na ratunek skostniałym i coraz bardziej odrzucanym przez Europejczyków chadekom i socjalistom przyjdzie zapewne, głodne władzy po dłuższej odstawce, liberalne ALDE.

Pytanie, gdzie w wypadku sukcesu w wyborach oddelegować chce swoich przedstawicieli Europa Plus — Twój Ruch. W Brukseli może zrealizować się to, co dziś nie jest jeszcze możliwe nad Wisłą — wspólny blok i jednomyślność PO, PSL, SLD i Palikota.

Istotną zmianą jakościową po majowych wyborach będzie wzrost liczby posłów stanowiących prawicową opozycję wobec koalicji bezrobocia, regulacji, biurokracji, arogancji i korupcji — jak o chadekach, socjalistach i liberałach mówią politycy opowiadający się za koncepcją Europy ojczyzn. A więc tych, którzy Brukseli w obecnym kształcie mówią zdecydowanie: „nie”. Także w kwestiach światopoglądowych i związanych z zalewaniem Starego Kontynentu niekończącym się strumieniem emigrantów z innych części świata.

W eurowyborach w Wielkiej Brytanii w czołówce ma szansę znaleźć się Brytyjska Partia Niepodległości, opowiadająca się za opuszczeniem Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo. Jej sukces jest jak najbardziej możliwy wobec wzrostu nastrojów eurosceptycznych wśród Brytyjczyków. Co drugi mówi UE: „goodbye”.

Hasło stanowczego sprzeciwu wobec strefy euro i pseudointegracji zdobywa coraz więcej sympatyków we Francji. Liderem sondaży jest Front Narodowy, kierowany przez Marine Le Pen. Już co trzeci Francuz, mimo przeprowadzanych przez całą klasę polityczną i „niezależne” media frontalnych ataków na narodowców, utożsamia się z narracją tej partii. Postulat powrotu do narodowej waluty akcentuje mocno Ruch Pięciu Gwiazd we Włoszech, co spotyka się z akceptacją co czwartego mieszkańca Półwyspu Apenińskiego.

Nawet w Niemczech, a więc w jądrze Unii Europejskiej, zwanej także niekiedy IV Rzeszą, rośnie niezadowolenie z kierunku obranego przez brukselskich urzędasów. Powstała stosunkowo niedawno Alternatywa dla Niemiec mówi wprost o konieczności opuszczenia strefy euro. I również może mieć niebawem swoją reprezentację w Parlamencie Europejskim.

Narodowo-wolnościowa prawica może liczyć na sukces także w Austrii, Finlandii, Grecji, Szwecji, Holandii, Danii i na Węgrzech. A w Polsce? Odsetek tych, którzy plasują się w obozie eurosceptyków, stanowi około 20 proc. Do nich swoją ofertę kieruje najbardziej antyunijny Ruch Narodowy. W tym obozie są też Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego i Solidarna Polska. Także w dwóch innych partiach sytuujących się na centroprawicy znaleźć można krytyków UE — w Prawie i Sprawiedliwości oraz w Polsce Razem.

Problem jednak polega na tym, że eurosceptycy w naszym kraju nie mają jednego ugrupowania, a idąc oddzielnie do wyborów, RN, KNP czy SP osłabiają zdrowo myślącą część naszego społeczeństwa. Należy się cieszyć z przebudzenia wielu w Europie Zachodniej. Unijnego socjalizmu, multikulti z dyktaturą mniejszości seksualnych, niszczenia tradycji, religii i rodziny ma dosyć coraz więcej Francuzów, Brytyjczyków czy Włochów.

Polska też mogłaby przyłożyć się do przyspieszenia bankructwa brukselskiej hydry. Ale na przeszkodzie stoją ambicyjki liderów antyunijnej prawicy. Szkoda.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama