Jest taki dzień

Jak dawniej przeżywano wigilię Bożego Narodzenia? Opowieść o przygotowaniach pewnej rodziny ze wschodniej Polski do Świąt.

Jakoś tak jest, że właśnie święta Bożego Narodzenia przywołują najwięcej wspomnień. Zatem - powspominajmy

- Mamo, a te klucze to od czego są? - rzuca znad rozbebeszonej szuflady moja siostra bliźniaczka. - Do śmieci je?
- Nie wiadomo, od czego, ale się może przypomni. Na samo dno je połóż.
- Wyrzucę. Już i w tamtym roku miało się przypomnieć - buntuje się Mania, ale kładzie klucze we wskazane miejsce. - A ta tasiemka?
- Też się może przydać.
No i Mania już wie, że sprawa szuflady dalej pozostanie otwarta.

W kominie wesoło buzuje ogień, na szybach ani śladu mrozu. Choć jeszcze tydzień do świąt, całe grubsze sprzątanie za nami, nawet ramki od świętych obrazków, co na ścianie wiszą, żeśmy świeżą pozłotką pomalowali. Na taki wydatek to nie ma co ani grosza, ani zachodu żałować.

Pędzi, pędzi…, ale wcale nie kulig

Jakieś tupanie na schodach, potem w sieni. To Józefinka, sąsiadka. Mówią, że kwiat paproci znalazła, bo pierwsza wie. Teraz też na pewno z ważną wiadomością śpieszy - nawet butów dokładnie omieść nie zdążyła.
- U Felkowego Ryśka milicja dzisiaj była - buduje napięcie i po domownikach patrzy.
- I po co przyjechały? - nie wytrzymuje napięcia mama.
- Za bimbrownią. Podobno wszystko zabrały. I wódkę, i świeży zacier. Nie ma mowy, tylko musiał ktoś na Ryśka donieść.
- O, pewnie, zaraz musiał - denerwuje się babcia. - Toż cała okolica, a najprędzej sama milicja wie, że on już tyle lat, jak pędzi.
- Wiedzieć wie, ale jak nikt nie doniesie, to milicja z rewizją za bardzo nie przychodzi. Same zresztą u niego kupowały. Ale co innego prywatnie, a co innego służbowo. Wtedy już muszą przeszukać.
- Szkoda - dzieli się refleksją dziadek. - Bo on dobry robił i nie oszukiwał.
- Tyle ludzi u niego pozamawiało, bo to w sklepach przecież na kartki, a teraz o, bez wódki na te święta będą - idzie mu w sukurs sąsiadka. - I jeszcze nie wiadomo, czy go w areszcie nie zamkną.
- Faktycznie, że może tak być. Teraz, w stanie wojennym, to wszystko mogą zrobić.
- Ale skąd on ciągle bierze tyle kartek na cukier? - rzuca w przestrzeń praktyczne pytanie dziadek.

Mości gospodyni, domowa mistrzyni

Dzień przed Wigilią wielkie pieczenie placków. Będzie sernik, piernik i dwie blachy drożdżowego. Żeby do Nowego Roku albo nawet do samych Trzech Króli starczyło. Bo drożdżowego się tak dużo nie je. Sernik, o, ten to najlepiej idzie. Mania trzy razy ser w maszynce miele. Się trochę z noszonego do mleczarni mleka urwało i na twaróg jest. Ale taki sernik to się rzadko piecze, bo kosztowny on. Strasznie dużo jajek do niego wbić potrzeba. Przynajmniej tak na kole gospodyń uczyli. A wiadomo - za jajka, jak do sklepu zaniesiesz, i chleb, i cukier, i wszystko.

Jajka ja ucieram. Mama kątem oka spogląda, czy nie podjadam. Taki z cukrem kogel-mogel - oj, jaki dobry jest! Ale na razie nie tykam. Dopiero na sam koniec, jak się już ciasto do pieca usadzi, sprawiedliwie się ze wszystkimi tym, co na garnku zostało, podzielę.

A z placków się cieszymy, bo ładnie wszystko wyrosło. Jak już w tym przepastnym piecu wylądują, nasz najmłodszy - Jerzyk - będzie drzwi pilnował. Bo nie daj Boże, żeby nie w porę ktoś je choć ździebełko uchylił - wtedy po ptokach jest…

Nim błyśnie gwiazda w Betlejem

Nikt nas nie musi dziś budzić. Sami wcześniej wstajemy, bo wiadomo, jaka Wigilia, taki cały rok. Nie ma co ryzykować. Chodzimy po dopiero co wyszorowanej ryżową szczotką i przykrytej chodnikami i workami po nawozach podłodze. Przed samym pośnikiem się te worki zdejmie - szkoda, żeby tyle roboty gdzieś na marne poszło. Babcia obiera kartofle, dziadek przebiera groch. Mama zagniata ciasto na pierogi - świeże muszą być. Ja i Mania pomagamy w lepieniu. W domu jak w kościele. Kołchoźnik wyłączony, jak już coś mówimy, to i cichutko, i grzecznie. Zasługujemy się na ten nowy rok. Żeby przyjazny był. Nie kłótliwy. Spokojny.

Ojciec z Jerzykiem wieszają u sufitu dopiero co przyniesiony z naszego lasu świerk. Powędrują na niego przechowane w komorze stroiki.

Delikatnie wyciągamy bombki. Najładniejsze są te smukłe, z wklęśnięciem, Trzeba bardzo uważać, bo wystarczy tylko leciuteńko dotknąć, a już się dziura zamiast niego robi. Mamy też powycinane z kolorowego papieru koszyczki i długachne łańcuchy z karbowanej bibuły. Jeszcze mikołaje z wydmuszek i gwiazdki ze złotka po zapomnianej już w smaku czekoladzie. A na to wszystko błyszczące anielskie włosy. Ale najpierw mocujemy lichtarzyki. W środek wkręcamy kolorowe świeczki - zapłoną prawdziwym ogniem, kiedy nadejdzie pora.

Skąd ta łuna bije

Siadamy. Wszystko już jest na stole. Pod bieluśkim obrusem w sianku czekają monety - każdy włożył tam swoją. Się je ofiaruje na Pasterce na tacę, kto wie, może przy takiej okazji nastąpi cud rozmnożenia. Na najładniejszym talerzyku - opłatek. W dużej misce parują ziemniaki, obok wigilijna kapusta mocno przetykana grzybami. Przy niej groch i pierogi. I ciepłe jeszcze racuchy, żeby na słodko było. A, i jeszcze śledzie, wystane przez Jerzyka w jedynym we wsi sklepie. Na popijkę mamy kompot z suszu. Z naszych własnych jabłek, gruszek i śliwek.

Ojciec zapala świeczki. Stoimy - każdy przy swoim krześle. Jedno puste. To dla naszego wędrowca. Student. Duma rodziny. Nie ma co dalej czekać, może go nie wypuścili, może patrol go jaki złapał albo zwyczajnie - autobusu nie było, bo tyle śniegu nawiało. I cały czas sypie. Ojciec podnosi rękę, żeby - jako najważniejszy w domu - zacząć Wigilię od pacierza. - Ciii… - zdecydowanie zatrzymuje go mama. - Ciii…

Nadstawiamy uszu. Śnieg miarowo chrzęści - najwyraźniej pod ciężarem czyichś butów. A Łajka wcale nie szczeka. - Stasiek! - i już drzwi: te do sieni i te z sieni na dwór na oścież się otwierają. Wędrowiec starą miotłą omiata buty przed domem, śnieg z jesionki strząsa. Ziąb przez izbę leci, duch cały, co był od dzisiejszego ciągłego palenia ucieka, ale co tam… Stasiek - nasz Stasiek. Obłapiony przez wszystkich w progu, ledwie wyrywa rękę, wyciąga ją w stronę choinki i: „Pali się” gromkim głosem woła.

Któż pobieży

To włosy anielskie od płomienia się świeczki zajęły, ale zaraz je ojciec fachowym ruchem zagasił. Nowe krzesło dostawiamy, bo - wiadomo? - może jeszcze kto przyjdzie. Możemy wieczerzać. Wedle obowiązującej w domu hierarchii się opłatkiem podzielić. I wreszcie serdecznie się najeść, bo przez cały dzień uczciwie żeśmy pościli. Stasiek trzy pomarańcze z torby swojej wyjmuje. - Trzy razy - mówi - do kolejki stawałem, bo po jednej dawali. Ładne, oczy cieszą. Od razu widać, że warszawskie. Muszą pewnie z Ameryki być. My też mamy jedną. Cudem jakimś Jerzyk ją u sklepowej wyprosił, bo pięć tylko do naszej wsi przywieźli. Ale nasza pomarańcza inna. Taka cała zielona. Mówią, że to z zaprzyjaźnionej z nami Kuby. Stasiek proponuje, żeby zjeść te jego, ale mama nie jest pewna, czy one pod post podchodzą. - No to chociaż zjedzmy tę zieloną - wpada na pomysł Jerzyk. - Zielona może być - zgadza się mama i dzieli sprawiedliwie pomiędzy nas wszystkich. A każdy długo swój kawałek żuje, żeby nawet jedna kropla w miąższu nie została, kiedy będzie trzeba go wypluć. - Moje - chwali się Stasiek - to będzie można calusieńkie zjeść.

Kiedy już wszyscy odchylimy się od talerzy na znak, żeśmy sprawiedliwie pojedli, kiedy już nawet chwilę odczekamy, rozlegnie się śpiew. „Bóg się ro-odzi, moc truchle-eje…” to - jak zawsze - najpierw. Dostojnie. Potem rzewne „Jezus malusieńki”, skoczne „Z narodzenia Pana” i o-ho-ho, ile jeszcze innych. Pod samo niebo uleci radość nasza wielka. Poprowadzi nas do odległego o pięć kilometrów kościoła - naszej ubogiej stajenki. Tam pokłonimy się Dziecinie - Bogu, który będzie rządził światem. Tylko On.

AWO

opr. nc/nc

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama