Gesuiti falsi

Refleksje nad rolą jezuitów w Kościele i ich - często skrzywionym - postrzeganiu przez ludzi

 

Jadwiga Żylińska

GESUITI FALSI

 

Jadąc z Via del Monti Tiburtini na Universitas Gregoriana, by odwiedzić naszego przyjaciela jezuitę, mknęliśmy szerokimi arteriami, ażeby wysiąść na uliczce przy Piazza della Pilotta. Dochodząc do uczelni, odczytywaliśmy reklamy kina porno i pornoshopu, aż wreszcie nabazgrane na murach samego uniwersytetu "GESUITI FALSI".

A więc idzie to za nimi od czasu kasaty - a może dużo wcześniej - po dzień dzisiejszy.

W dniu audiencji u papieża Jana Pawła II spotkaliśmy się w kwaterze uprzywilejowanej (było to jeszcze przed zamachem) z Polakami z kraju i emigracji. Wśród tych ostatnich z panią Aleksandrą Orlicz Dreszer, córką generała, którego znałam jako dziewczynka. Pani Aleksandra była w asyście dwóch kawalerów o aparycji świadczącej o wychowaniu w jakimś elitarnym zakładzie: mieli gładkie i skupione, otwarte i nieprzeniknione twarze gwardii doborowej. Pani Aleksandra przedstawiła ich:

- A to moi podopieczni. Młodzi jezuici.

- Panowie są w seminarium?

- Nie. Skończyliśmy już studia. Jesteśmy jezuitami.

A więc moje pierwsze wrażenie było bezbłędne. Obaj młodzi ludzie należeli do korpusu elitarnego. Tu chyba miejsce na wyjaśnienie, że z Zakonem Jezuitów jestem zżyta od dziecka: dwaj bracia mojego dziadka byli jezuitami. Jeden był kaznodzieją, drugi filozofem i teologiem: pisał komentarze do Apokalipsy św. Jana.

Jezuici od początku swego istnienia wzbudzali zawiść i kontrowersje. Podobnie jak swego czasu templariusze. Początki też mieli podobne. Założyciele ich należeli do klasy rycerskiej: Íńigo de Loyola, zaczynał stosownie do epoki - był wiek szesnasty - jako dworzanin, później był dyplomatą, na końcu żołnierzem, obrońcą straconej twierdzy.

Oba Zakony były przeznaczone dla elity i oba były bezpośrednio podległe papieżowi. Zgodnie z kodeksem rycerskim, kawalerowie otaczali szczególną czcią damę, a że templariusze i jezuici byli zakonnikami, cześć tę odnosili do Marii, Matki Zbawiciela. Św. Bernard mienił ją Różą. "Hortus conclusus tu es Dei Genitrix, ad quem deflorandum, manus peccatoris numquam introivit (...) Hi sunt quorum odore suasissimo totam domum Dei reples, o Maria, viola humilitatis lilium castitatis, rosa charitatis (...) vere paradisus Dei tu es..." Dewizą templariuszy było: "Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam." Dewizą jezuitów - "Omnia ad maiorem Dei Gloriam."

Pomimo kultu Matki Bożej i działania wyzbytego osobistej ambicji, oba zakony wzbudzały zastrzeżenia i podejrzliwość, które doprowadziły do ich likwidacji. Templariuszy z wyroku papieża Klemensa Czwartego w roku 1312. Jezuitów przez papieża Klemensa Czternastego w roku 1773. Obaj papieże uczynili to pod presją władców świeckich.

Templariusze zostali unicestwieni dosłownie - spaleni na stosie. Jezuitów - czasy były inne - wypędzano kolejno z jednego królestwa po drugim, aż ostatecznie Zakon został skasowany. Obu Zakonom zarzucano odstępstwo od doktryny katolickiej, a nawet odejście od chrześcijaństwa. Przypuszczam, że sformułowanie tych zarzutów było możliwe, gdyż oba Zakony zarówno swoją wiedzą, jak postępowaniem wyprzedziły swój czas, a to zawsze grozi katastrofą.

O templariuszach wiemy zbyt mało, ażeby ocenić ich zamysły i stopień osiągniętej wiedzy. Przecież w Le Berceau des Cathédrales znajduje się potwierdzenie powyższego sądu: "Templariusze, pionierzy nowego świata, co zakiełkował na ziemi francuskiej z tajemniczego ziarna przyniesionego ze Wschodu... Ten wzrost był zbyt gwałtowny, być może dla niektórych zbyt niebezpieczny, może nawet przedwczesny" (Maurice Guingard).

O jezuitach możemy powiedzieć podobnie: ich wiedza, ich horyzonty myślowe i niekiedy postępowanie były dla współczesnych nie do przyjęcia i doprowadziły do ich upadku. Ale najpierw chciałabym wrócić do początków tego Zakonu.

Íńigo de Loyola, syn możnej rodziny baskijskiej z siedzibą w Azpeitia, zaczął swoją karierę życiową w wieku lat szesnastu w Arevala jako dworzanin pana Juana Velasqueza, ministra finansów króla Ferdynanda Katolickiego. Jakie pełnił funkcje? Sekretarza? Koniuszego? W każdym razie przekroczył już wiek pazia. W osiem lat później, podczas jednego z wypadów w strony rodzinne, popełnił jakiś czyn kryminalny, za co groził mu sąd królewski. Uciekł zatem do Pampeluny i oddał się w ręce sądu duchownego, który go wyciągnął z opresji. Nie wiemy, co takiego Íńigo zbroił, skoro groziła mu kara śmierci. Jéróme Nadal, zaufany Íńiga, napisał po jego śmierci, że w czasie burzliwej młodości miał niejeden grzech na sumieniu, lecz nigdy nie popełnił zabójstwa.

Íńigo, kawaler o złotych lokach i zgrabnej postaci, lubił grać w kości, oddawał się miłostkom, nie stronił od bijatyk i skory był do wyciągania szpady. Z lubością rozczytywał się w romansach rycerskich i marzył o dokonaniu jakiegoś czynu szaleńczej odwagi dla damy swego serca. Nie znamy jej imienia, choć podobno "nie należała do zwykłego szlacheckiego rodu, nie była hrabiną ani duchessą, lecz kimś znacznie wyżej postawionym". A zatem królowa? Germaine de Foix, druga żona króla Ferdynanda, była "otyła i lubiła popijać". Nie, to nie ona była przedmiotem marzeń Íńiga. Król Ferdynand odwiedzał często swoją córkę Joannę Szaloną rezydującą w zamku Tordesillas. Towarzyszył mu dwór, minister finansów Velasquez, a wśród dworzan Íńigo de Loyola. Joanna Szalona trzymała przy sobie swoją córkę Catalinę. Tam Íńigo miał możność widywać infantkę, żyjącą jakoby w areszcie domowym. Być może to ona rozpaliła jego wyobraźnię marzeniem o rycerskiej posłudze. Później, gdy infantka została królową Portugalii, a Íńigo de Loyola założył Societas Jesu, Catalina była wierną i niezawodną podporą nowego Zakonu.

Po śmierci króla Ferdynanda wstąpił na tron młodociany syn Joanny Szalonej, późniejszy cesarz Karol V. Zwyczajem nowej władzy zdymisjonował jednych funkcjonariuszy państwowych i mianował nowych. Zmienił też ministra finansów. Juan Velasquez został nie tylko pozbawiony stanowiska, lecz wyzuty z lenna. Wszczął bunt, ale wnet umarł ze zmartwienia. Íńigo miał lat dwadzieścia sześć, gdy musiał opuścić Arevala i - polecony przez wdowę po ministrze - znalazł się w Pampelunie w służbie don Antonia Manrique de Lara, wicekróla Nawarry. Pierwsza misja, jaka przypadła Loyoli, była natury dyplomatycznej. Wraz z delegacją wicekróla udał się na mediację do jakiejś zbuntowanej mieściny. Loyola "zręczny i roztropny w sprawach tego świata" zażegnał konflikt czy też przyczynił się do jego zażegnania.

W roku 1521 król Franciszek I wmieszał się w spór o Nawarrę. Trzynastotysięczna armia Francuzów obległa Pampelunę. Dowódca twierdzy dysponował tylko tysiącem żołnierzy. Francuzi zaproponowali honorową kapitulację. Dowódca skłonny był do opuszczenia twierdzy. Sprzeciwił się młody Loyola. Wiedział, że opór jest beznadziejny, ale twierdził, że jest niezgodne z honorem żołnierza wydać twierdzę bez jednego strzału. Zresztą istniała nadzieja (słaba), że wicekról przyśle posiłki.

Zaczęło się oblężenie. Íńigo stał na murach, gdy kula armatnia wypuszczona przez Francuzów trafiła go w nogę. Wkrótce nastąpiła kapitulacja. Francuzi, doceniając żołnierską postawę Loyoli, zajęli się rannym, złożyli złamaną nogę i po dwóch tygodniach odesłali na noszach do rodzinnej Azpeitia. Droga prowadziła szczytami górskimi i była nader uciążliwa nawet dla kogoś zdrowego. Dla ciężko rannego stanowiła torturę. Prawdziwe tortury zaczęły się jednak, gdy lekarze jęli źle złożoną nogę łamać i składać na nowo. Íńigo znosił to wszystko zaciskając pięści, lecz bez słowa skargi. Powoli zdrowiał, lecz noga zrosła się nierówno i przez resztę życia chromał.

Przez długie miesiące rekonwalescencji miał czas na medytację i lekturę. W siedzibie Loyolów nie trzymano romansów rycerskich. Były natomiast Żywoty Świętych Jakuba de Voragine. Dzieje świętych obfitowały w cuda i przygody równie niezwykłe jak te, które spotykały bohaterów romansów, lubo akcja toczyła się na innym poziomie spirali. Íńigo wiedział, że nigdy nie zostanie Cydem Campeador ani Amadisem. Ta droga była dla niego zamknięta. Musiały jednak istnieć inne drogi, wymagające odwagi, wytrwałości w dążeniu do celu i wyobraźni.

Pewnej nocy miał wizję damy. Ale to nie była Catalina. Ujrzał Madonnę z Dzieciątkiem. "A Pani nie będzie daleko, i Nasza Pani będzie blisko niego i dokoła niego. I będzie na ziemi i na wieki i w jego sercu", mówi pewien stary tekst alchemiczny.

Loyola odkrył swoje powołanie.

W bandażach jeszcze - lecz z dwoma służącymi - wyruszył do opactwa benedyktynów Montserrat w Katalonii, gdzie przed rozprawą z muzułmanami rycerze zwykli odprawiać nocną straż. Íńigo sposobił się do innej walki. Przed wizerunkiem Madonny złożył swój rynsztunek rycerski i rozstał się z nim na zawsze.

W stroju pielgrzymim udał się do Manresy. Spędził tam rok, pielęgnując chorych w hospicjum, niekiedy uciekając do pieczary, gdzie prowadził życie anachorety. Modlił się po siedem godzin dziennie i biczował. Aż raz, siedząc nad rzeką Cardimer, doznał iluminacji: Bóg powołał go do działania, nie do życia pustelniczego. Od urodzenia był wojownikiem. Opuścił pieczarę, ostrzygł długie włosy i - ruszył do Ziemi Świętej z zamiarem nawracania muzułmanów. Nie miał do tego odpowiedniego wykształcenia ani przygotowania, toteż franciszkanie sprawujący pieczę nad świętymi miejscami odwiedli go od tego zamiaru i namówili, by wrócił do Hiszpanii.

Zaczął studiować w Barcelonie. Jednocześnie apostołował w żeńskim zakładzie zakonnym, skąd przepędzili go galanci, tacy jakim sam był ongi. Przeniósł się do Alcala. Rozczytywał się w dziełach teologicznych, filozoficznych i ściśle naukowych. Uczył się i zaczął innych nauczać. Nie był kapłanem ani zakonnikiem. Kimże więc był? Może luteraninem? Albo należał do sekty alumbrados? Władze kościelne zatrzymały go, lecz po czterdziestu dniach przesłuchiwań, upewniwszy się o jego prawomyślności katolickiej, zwolniły. Íńigo opuścił Barcelonę i przeniósł się na uniwersytet w Salamance. Tu aż roiło się od sekt. Inkwizycja miała pełne ręce roboty. Wnet też zajęła się Loyolą. Po trzech tygodniach został jednakże ponownie zwolniony z napomnieniem, by siedział cicho i nie ważył się apostołować. Zbrzydziwszy sobie Hiszpanię, postanowił przenieść się do bardziej liberalnej Francji. Pieszo, kulawy, prowadząc osiołka obładowanego książkami, przybył do Paryża z zamiarem odbycia regularnych studiów na Sorbonie. Został tam siedem lat. Zmienił też imię na Ignatius.

Siła przekonywania - mniemał - jest potężniejszą i właściwszą bronią niż tortury i stosy. Ale na to, ażeby skutecznie nauczać i zwalczać herezję, niezbędna jest rozległa wiedza i - siła duchowa. Jeden z najwybitniejszych przedstawicieli Renesansu w Anglii, Walter Raleigh, poeta, dyplomata, konkwistador, kochanek królowej, powiedział: "Humanista winien uprawiać samego siebie, jak pielęgnuje się różę, i trenować jak konia wyścigowego." Podobna myśl przyświecała Ignacemu Loyoli, z tym, że na drodze, jaką obrał, uprawa samego siebie oznaczała kształcenie umysłu, a trenowanie konia wyścigowego - ćwiczenia duchowe. Z poszukiwań i medytacji w pieczarze, z młodzieńczej żarliwości i doświadczeń życiowych powstała mała rozmiarami, lecz o wielkim ciężarze gatunkowym książeczka Ćwiczenia duchowe, rodzaj przewodnika dla żołnierzy w służbie Boga.

Ignacy Loyola nigdy nie przestał być bohaterem romansów rycerskich, rojącym o dokonaniu czegoś niezwykłego. Jego osiągnięcia były możliwe dzięki pierwiastkowi fantastyki w jego psyche, ekstatycznej i eschatologicznej, co później nadało kierunek sztuce baroku.

W kolegium Montaigu Ignacy zaprzyjaźnił się z kilkoma Hiszpanami: Franciszkiem Xavier z Nawarry, Jakubem Leinezem z Kastylii, Alfonsem Salmeronem z Toledo oraz Szymonem Rodrygezem Portugalczykiem. Wszyscy oni złożyli w kościele na Montmartre śluby czystości i ubóstwa, z postanowieniem poświęcenia się chwale Bożej i zbawieniu ludzi. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych towarzysze udali się do Italii. W Wenecji zostali wyświęceni na księży.

W roku 1540 papież Paweł III zatwierdził powstanie nowego Zakonu - Societas Jesu. Reguła zakonna opierała się na dyscyplinie wojskowej, absolutnym posłuszeństwie generałowi zakonu i mianowanym przez niego zwierzchnikom poszczególnych prowincji. W założeniu miała to być formacja elitarna przeznaczona tylko dla chłopców, jak akademia wojenna. Trening duchowy i intelektualny. Żadnych przesadnych umartwień. Przyjmowano tylko najlepszych. Kandydaci o nieprzeciętnych zdolnościach, odznaczający się odwagą i odpornością psychiczną mieli szanse zostać dopuszczeni do ostatniego ślubowania.

Formacja jezuity miała trwać siedemnaście lat. Przez dwa lata kandydat pozostawał postulantem, następnie przechodził przez duchowy nowicjat, po którym składał trzy śluby: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Potem rozpoczynała się właściwa nauka - dwa lata studiów klasycznych, trzy lata filozofii i cztery lata teologii, na koniec praktyka w jednym z zakładów Societas Jesu. Wyświęcony na księdza musiał odbyć rok nowicjatu formacji duchowej. Po czym składał czwarty ślub - absolutnego posłuszeństwa papieżowi.

Ci, którzy nie nadążali w zdobywaniu kolejnych stopni, odpadali. Nie wypędzano ich, zostawali braćmi gwardianami, ogrodnikami, kucharzami. Jezuici nie miali zaufania do pseudo-kultury pół-inteligentów. Był to zakon intelektualistów i żołnierzy i za taki uchodził. Jako żołnierze byli formowani na zasadzie wyzbywania się osobistych chęci i ambicji. Mieli obowiązek wyjawiać przełożonemu swoje trudności i pokusy. Każdy członek miał być tylko orężem całej Societas.

Pomimo tak rygorystycznych założeń, Zakon przyciągał licznych adeptów. Powstawały nowe prowincje w Italii, Hiszpanii, Portugalii, Francji Czechach i w Polsce. Zakon postawił sobie za cel formację nowego pokolenia w duchu katolickim, zgodnie ze wskazaniami Soboru Trydenckego. Służyć temu miało kaznodziejstwo i kolegia, szkoły podzielone na klasy, z jasnym programem nauczania. Do zakładów wychowawczych prowadzonych przez jezuitów trafiali synowie nie tylko z rodzin katolickich, lecz luterańskich. Przy okazji nabywania wiedzy ten i ów zmieniał konfesję. Jak pewien wojewodzic polski przybyły do kolegium w Braniewie z preceptorem, który miał czuwać nad jego kalwińską wiarą. Wojewodzic grywał tak często Dziewicę Marię w przedstawieniach, aż porzucił kalwinizm i postanowił wstąpić do Zakonu. Ledwo go jezuici od tego powstrzymali. W kolegium chłopcy kształcili umysły, nabierali ogłady, umiejętności znalezienia się w każdej sytuacji; uczyli się tańca, urządzali przedstawienia teatralne. Jezuici wiedzieli, że ludzie pragną rozrywek i że lepiej, by oni sami ich dostarczali, niżby ich wychowankowie mieli poszukiwać pokątnej zabawy.

Wiedza, profesjonalność i - powiedziałabym - elegancja sposobu bycia jezuitów sprawiły, że ubiegały się o nich dwory. Zostawali kaznodziejami i spowiednikami królów i rodzin możnowładców. Dla większej dyskrecji i komfortu penitenta wprowadzili nieznany przedtem sprzęt - konfesjonał. Swoje sukcesy jezuici zawdzięczali znajomości psychiki ludzkiej i umiejętności oddziaływania na świadomość bez uciekania się do presji. Byli swojego rodzaju Inkwizycją à rebours.

Zarzucano jezuitom probabilizm - tezę, że nasze sądy o moralnych motywach są zawsze tylko prawdopodobne; tudzież kazuistykę, traktowanie każdego odstępstwa od przykazań indywidualnie, w zależności od intencji i stopnia świadomości co jest zgodne z dzisiejszym rozumieniem odpowiedzialności. Tyle, że jezuici stosowali ją z wyprzedzeniem. Tak, jak z wyprzedzeniem prowadzili chrystianizację w Azji bez europeizacji i niszczenia rodzimej tradycji. Uczyli się języka kraju, do którego przybywali, i zmieniali zewnętrzne formy i aparycję odpowiednio do panujących zwyczajów.

Jezuita włoski Robert de Nobili wystąpił w Maduras w charakterze pokutnika bramińskiego. Z ogoloną głową, w pomarańczowym habicie zamieszkał w szałasie, żywił się jarzynami i popijając czystą wodę spędzał czas na kontemplacji. Bramini zainteresowali się jego osobą i złożyli mu wizytę. Nobili znał język tamilski i sanskryt. Zaczęły się dyskusje. Jezuita wykazywał, że chrześcijaństwo leży na przedłużeniu Wed, świętych ksiąg Indii. Bramini i Hindusi z niższych kast przyjmowali chrzest. Lecz tolerowanie kast przez jezuitów sprowadziło na nich potępienie papieża Grzegorza XV. Jezuici pomimo papieskiego zakazu dalej prowadzili swoje dzieło aż do 1743 roku.

W Chinach podobne sukcesy odnieśli inni jezuici. Matteo Ricci potrzebował trzynastu lat, ażeby zdobyć zaufanie uczonych chińskich w Kantonie. Dzięki nim został dopuszczony do cesarza w Pekinie. Wystąpił w chińskich jedwabiach, jak przystało na uczonego, i zaprezentował cesarzowi niektóre wynalazki europejskie. Wśród nich mapę świata i przyrząd do badania pozycji gwiazd. Cesarz zatrzymał go na dworze i życzył sobie, aby jeden z jego synów pobierał u jezuity nauki. Ricci przetłumaczył na chiński geometrię Euklidesa, której Chińczycy zupełnie nie znali. Kiedy Ricci umarł, w Chinach było trzysta kościołów katolickich.

Zarówno w Indiach, jak w Chinach i Japonii pewną pułapkę stanowiło podobieństwo między chrześcijaństwem i buddyzmem. Nie wiadomo, czy nowo nawróceni w każdym wypadku zdawali sobie sprawę z istnienia różnicy między obu wyznaniami. Ale nie to było przyczyną ataków na jezuitów. Poszło o kult przodków. Franciszkanie i dominikanie oskarżyli jezuitów o tolerowanie pogaństwa i fetyszyzmu. Jezuici ze swej strony nie widzieli nic przeciwnego wierze chrześcijańskiej w kulcie przodków: Chińczycy nie uważali przodków za bogów. Cześć przodków należała do tradycji chińskiej, była jednym z przejawów ich kultury. Cała Europa pasjonowała się sprawą kultu przodków, wykazując "toute ignorance de cause", jak pisze René Grousset. Nie pomagały wyjaśnienia jezuitów. W roku 1704 papież Klemens XI potępił chiński kult przodków w rycie katolickim. Urażony cesarz, z dynastii mandżurskiej, zakazał szerzenia chrześcijaństwa w swoim państwie.

Ale zanim jeszcze jezuici zostali wygnani z Państwa Środka, zdążyli oddać niespodziewaną przysługę cesarzowi K`ang-hi. Na północy Mandżurii Chińczycy spotkali się z ekspansją rosyjską. Opanowawszy Syberię Rosjanie ruszyli na Południe i stanęli nad Bajkałem. W roku 1651 nad rzeką Amur wznieśli fort. K`ang-hi wyprawił się przeciw nim i fort spalił. Rosjanie go odbudowali. Chińczycy zaczęli oblężenie. Obie strony pragnęły negocjacji, ale Rosjanie nie znali chińskiego, a Chińczycy rosyjskiego języka. Na szczęście u boku cesarza znajdowali się dwaj jezuici: Francuz i Niemiec. Podobnie, kiedy w wieku XIII Roubrouk, wysłannik króla Ludwika IX, przybył do chana tatarskiego rezydującego nad Wołgą, zastał tam templariusza. Jezuici podjęli się rokowań i pomyślnie doprowadzili do zawarcia traktatu pokojowego. Traktat został spisany w czterech językach: po łacinie, po rosyjsku, po chińsku i po mandżursku. Szczególnie wzrusza mnie, że tekst zredagowano po łacinie, mimo że żadna ze stron nie miała latyńskich korzeni w tradycji ani w języku.

W Japonii misje jezuitów również zyskiwały wyznawców. Szczególnie kobiety chętnie przyjmowały chrześcijaństwo, bo dzięki temu w małżeństwie zyskiwały równe z mężczyzną prawa. Katastrofa nastąpiła nie na skutek zarzutów stawianych przez inne zakony, lecz z racji handlowych. Kupcy holenderscy chcieli wyprzeć z tych regionów Portugalczyków, ostrzegli więc Szoguna, że jezuici są forpocztą konkwisty i że Japończyków czeka taki sam los, jaki spotkał Azteków i Inków w Nowym Świecie... Zaczęło się prześladowanie chrześcijan. Szogun Hideyoshi kazał ukrzyżować trzech jezuitów i jednego franciszkanina oraz siedemnastu chrześcijan Japończyków. Później jego następcęa Ieydassu wysiedlił pozostałych jezuitów do Manili i Macao.

W Indiach, Chinach, Japonii, krajach o wysokiej starej cywilizacji, jezuici starali się nie niszczyć rodzimych kultur. Sami usiłowali stosować się do miejscowych obyczajów. Przystępując do misji w Nowym Świecie, nie mogli upodobnić się do prymitywnych czerwonoskórych. Indianie nie ufali białym. Jezuici musieli więc Indian wpierw oswoić. Zaczęli od przemierzania kraju, często w łodziach, śpiewając. Pieśni przywabiały Indian. Widząc łagodność białych, zaczęli się do nich zbliżać. Jezuici przeciwstawiali się traktowaniu Indian przez konkwistadorów jak niewolników. Tak powstały w Paragwaju słynne "redukcje": plantacje założone przez jezuitów, gdzie Indianie pracowali pod ich nadzorem, uczyli się rzemiosł i poznawali religię chrześcijańską. W redukcjach panował system wspólnoty pierwotnej: w ufortyfikowanym osiedlu była szkoła i szpital, kościół i plac zabawy, arsenał i więzienie. Nie stosowano kary śmierci. Towary produkowane w redukcjach sprzedawano do Portugalii w specjalnym opakowaniu ze znakiem krzyża. Sukces przedsięwzięcia redukcji odbierali koloniści portugalscy jako osobistą zniewagę. W roku 1755 jezuici zostali usunięci z Paragwaju i redukcje skasowano.

W ciągu XVI wieku śmiertelność wśród Indian była bardzo wysoka. To nie konkwistadorzy ich wymordowali. Indianie umierali z powodu szoku, jaki stanowiło dla nich zetknięcie z cywilizacją. Nie byli uodpornieni na choroby europejskie, umierali na ospę, grypę i katar. Nieprzystosowani do zmiany trybu egzystencji, do przymusu i europejskiego rytmu życia. Za największy sukces jezuitów uważam to, że jedynie w redukcjach Indianie radowali się istnieniem: poddani władzy konkwistadorów umierali z obrzydzenia do życia. Całe plemiona popełniały zbiorowe samobójstwo.

Swoimi poczynaniami, metodą działania, jezuici narazili się wszystkim: konkwistadorom, królowi Portugalii, królowi Hiszpanii, królowi Francji. W dziedzinie doktryny zarzucano jezuitom odejście od Tomasza z Akwinu, przeakcentowanie wolnej woli i przesadny kult Matki Bożej, głoszenie tezy o suwerenności ludu i prawo do przeciwstawiania się tyranowi. Oskarżano ich nie bez racji o fanatyzm i zacietrzewienie wobec jansenistów. Doszło do tego, że zwalczali jezuitów monarchowie, filozofowie i parlamentarzyści.

Papież był niezadowolony z metod stosowanych przez jezuitów w Azji i Ameryce. W końcu w roku 1773 Klemens XIV wydał breve: "Towarzystwo Jezusowe nie może już przynosić nadal pożytku, dla którego zostało założone (...) jak długo by ono istniało, Kościół nie zaznałby prawdziwego i trwałego pokoju, w końcu i dla innych przyczyn, które w sercu swym zachowam (podkr. J.Ż.). Znosimy Towarzystwo Jezusowe wraz z jego statutami, urzędami, domami, szkołami i kolegiami, gdziekolwiek się znajdują, i na każdego, który by przeszkadzał jego wykonaniu, nakładamy karę wielkiej ekskomuniki."

Wolter nie posiadał się z radości. "Za dwadzieścia lat nie będzie Kościoła", orzekł. Widać zdawał sobie sprawę, że Zakon Jezuitów jest podporą papiestwa. Podczas gdy jezuitów przeganiano z kręgów katolickich, Fryderyk II nie przejął się wielką ekskomuniką (był protestantem) i w Prusach, gdzie wprowadził przymus szkolny, powierzył im nauczanie.

Jezuici doszukiwali się prawdy w innych religiach i utrzymywali, że grzech pierworodny nie zniszczył całkowicie zdolności człowieka do odróżniania dobra od zła, czyli że nie tylko chrześcijanie znają prawa boskie, które są wpisane w duszę ludzką. Wyprzedzili swój czas w metodach ewangelizacji, w dziedzinie wiedzy i znajomości psychiki ludzkiej. Ciągnęły do ich Zakonu jednostki o umysłach nieprzeciętnych, niekiedy genialnych. Jezuitami byli dwaj światowej sławy uczeni, po dzień dzisiejszy wzbudzający podziw i sprzeciw. Mam tu na myśli Rudera Boscovića i Teilharda de Chardin.

Ruder Boscović, urodzony w Raguzie, matematyk, astronom, fizyk, chemik, wydał w roku 1758 dzieło pt. Theoria philosophiae naturalis redacta ad unicam legem virium in natura existentem. Niezwykłość jego dzieła polega na tym, że Boscović wyprzedził w nim swój czas o dwieście lat. Jego dzieło stało się zrozumiałe dopiero w wieku dwudziestym, i to nie do końca. Mowa w nim o teorii kwantów, mechanice fal i atomie, złożonym z nukleonów, znalazło się w nim także wytłumaczenie zjawisk radioaktywnych. W korespondencji z Wolterem Boscović przewiduje istnienie innych planet poza naszym układem słonecznym. Po kasacie Zakonu w roku 1773 Boscović musiał w wieku sześćdziesięciu dwóch lat rozpocząć nowe życie. Rozważał, czy nie osiąść w Polsce, gdzie miał oparcie w rodzinie Czartoryskich. Ostatecznie wybrał Francję, jako że Paryż ofiarował mu stanowisko optyka marynarki, co było połączone z wysoką pensją. Boscović miewał konflikty z współczesnymi uczonymi: d`Alembert, Laplace kwestionowali jego teorie. Były dla nich nie do pojęcia.

Pierre Teilhard de Chardin SJ (zmarły 10 kwietnia 1955 roku) również naraził się sferom naukowym oraz hierarchii kościelnej swoją teorią o psychizmie całej Natury: "nawet atom ma nieskończenie małą świadomość swojego istnienia". Do myśli tej nawiązują obecnie ekolodzy, twierdząc, że nasza planeta jest żywym organizmem. Teilhard de Chardin poszukiwał dowodów na istnienie Boga w doskonałości ewolucji materialnego świata i w jego funkcjonalności. "Najpierw pojawiło się życie, dzięki czemu powstała biosfera, następnie pojawiła się myśl, co doprowadziło do powstania noosfery... Dalsza metamorfoza ostateczna miałaby być w toku od czasu pojawienia się miłości chrześcijańskiej, a polegałaby na obudzeniu się punktu Omega w sercu noosfery..." Punktem Omega jest Chrystus - najwyższe objawienie Boga na tym świecie. Chrystus Zmartwychwstały. Chrystus Kosmiczny.

Podobnie Jean Guitton w swoich dialogach z astrofizykami poszukuje dowodów na istnienie Boga nie wbrew nauce, lecz w oparciu o nią:

ostatnich latach tysiąclecia, długa epoka dobiega końca: wkraczamy po omacku w czas metafizyczny... Zbliża się chwila, kiedy ostatecznie nastąpi pojednanie między uczonymi i filozofami, nauką i wiarą. Wielu myślicieli, ożywionych duchem proroczym zapowiadało jej nadejście: Bergson, Teilhard de Chardin, Einstein, Broglie... (Jean Guitton, Grichka Bogdanow, Igor Bogdanow, Dieu et la Science, Grasset, Paris 1991, tłum. J.Ż.)

W roku 1814 Pius VII przywrócił Zakon Jezuitów do istnienia. Pomimo wskrzeszenia, czyli rehabilitacji, Societas Jesu w dalszym ciągu wzbudza widoczne emocje - od napisów na murach, nazywania obłudy jezuityzmem, po zastrzeżenia doktrynalne wobec poszczególnych członków.

Podobnie jak Boscović, Teilhard de Chardin wyprzedził swój czas. Jego nazwisko figuruje wśród najczęściej wymienianych mistyków i mędrców współczesności, obok Aldousa Huxleya, Matki Teresy, Thomasa Mertona i wielu mistrzów duchowych Zachodu i Wschodu. Tam też, na Wschodzie, Societas Jesu znajduje nowych wyznawców. Salvarajan Yesudian, filozof, założyciel szkoły Raja Yogi w Szwajcarii dostrzega zadziwiającą zbieżność w kształtowaniu osobowości i rozbudzaniu sił duchowych i psychicznych w formacji jezuity i ćwiczeniach jogi. W dziele Raja Yoga pisze:

Ignacy Loyola znał sekrety ludzkiego umysłu. Jego ćwiczenia odkrywają zdumiewającą wiedzę psychologiczną i ktokolwiek je uprawia, niebawem osiąga całkowite poznanie siebie i kontrolę nad swymi siłami duchowymi i psychicznymi... Tylko ludzie z takim treningiem mogli dokonać tego, czego jezuici dokonali w Europie i poza Europą. Z całkowitym zaparciem się siebie i w całkowitym posłuszeństwie każdy członek oddał swoje zdolności na służbę całości. Nikt nie pracował dla osobistej chwały, ale ażeby osiągnąć cele, jakie postawiło przed sobą Towarzystwo... Loyola dowiódł, że nawet gdy kilka osób zwiąże się i skoncentruje myśli na jednym celu, związek ten stwarza siłę psychiczną mocniejszą od wszelkiego oręża... Przebić się przez zamkniętą kastę braminów i przekroczyć chiński mur jest sukcesem straszliwym. Skoro jezuici raz zostali przyjęci przez cesarza Chin, bitwa była wygrana... Ktokolwiek rozprawiał z jezuitami nie dysponując równą im wiedzą i mocą duchową, nie mógł się im oprzeć...

Niewiele osób wie albo chce przyznać, że współczesna wiedza i cywilizacja ma ogromny dług wobec niestrudzonej pracy jezuitów: jezuici przyczynili się do przeciwstawienia materializmowi przez szerzenie nauki. Tylko ludzie niedokształceni odchodzą od wiary. W miarę zdobywania wiedzy ludzie odkrywają Boga jako źródło życia. Wyznawcy materializmu nie wiedzą, że Chrystus jest życiem... Tym, któremu wszelka stworzona budowla zawdzięcza swoją trwałość... nie Chrystus ukrzyżowany przed dwoma tysiącami lat, lecz Chrystus, który powstał z martwych, i jest pośród nas teraz, i pozostanie na zawsze.

Salvarajan Yesudian znajduje w świętych księgach Indii intuicję czy prefigurację Zbawiciela świata. "W Wedach słowo wcielone nazywa się Kriszna, który mówi: Ja jestem życiem we wszystkim co żyje. W Biblii Słowo staje się ciałem. Chrystus mówi: Ja jestem życiem" (Salvarajan Yesudian, Raja Yoga, Allen & Unvin, London 1970; tłum. z ang. J.Ż.).

 

JADWIGA ŻYLIŃSKA, ur. 1913 we Wrocławiu, prozaik i eseistka. Ukończyła Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Poznańskiego, debiutowała 1931 na łamach prasy. Członek b. ZLP i PEN-Clubu. M.in. powieści: Tajemniczy zamek (1934), Odzyskana korona (1958), Złota włócznia (1961), Gwiazda spadająca (1980), zbiory opowiadań i esejów historycznych Muzykanci z Bremy (1955), Stig Ulsen i Rozamunda (1956), Piastówny i żony Piastów (1967), Hervör i jej bracia (1969)

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama