Prawda jest pytaniem

Artykuł ukazujący różne, sprzeczne ze sobą, interpretacje encykliki "Veritatis splendor"

 

Chciałbym przedstawić nie tyle komentarz do encykliki Veritatis splendor, ile raczej dość specyficzny wgląd w toczącą się wokół niej dyskusję. Punktem wyjścia niech będą poniższe dwa cytaty:

Encyklika nie poświęca ani jednej myśli "cenie", którą trzeba było płacić za systemy moralności, które tak mocno podkreślały swój charakter prawny, obiektywny, stałą ważność i bezwyjątkową moc wiążącą, aż do męczeństwa. Cena ta znana jest dzisiaj dobrze szerokiej opinii publicznej: w dziejach składały się na nią ubezwłasnowolnienie, dyscyplinowanie, a także różnego rodzaju psychiczne skrzywienia, dzisiaj jest nią często podwójna moralność, która pragnie na użytek zewnętrzny udawać coś, czego w rzeczywistości dawno już nie ma (Konrad Hilpert, Glanz der Wahrheit: Licht und Schatten. Eine Analyse der neuen Moralenzyklika, "Herder-Korrespondenz", 12, 1993, s. 630).

Podkreśla się tu więź pomiędzy wiarą i moralnością, znaczenie - a nawet pilną dziś potrzebę - świadectwa życia chrześcijańskiego, które nie cofa się przed męczeństwem, ani przed próbą gruntownego przekształcenia życia społecznego i politycznego w duchu Ewangelii, wywołując w świecie drwinę lub zgorszenie, ale także zbawienny niepokój ludzkiego serca, które odczuwa głęboką tęsknotę za Bogiem prawdziwym, choć nie zawsze potrafi lub chce się do tego przyznać (Andrzej Szostek MIC, Encyklika o "rozeznawaniu duchów, czy są z Boga", "Znak" 462, s. 89).

Wybrałem i zestawiłem te dwie wypowiedzi - jak zwykle w takich wypadkach - nieco przypadkowo. W takim zestawieniu dobrze jednak ilustrują one okoliczności, w jakich toczy się przynajmniej część dyskusji nad encykliką Veritatis splendor. Nie mam zamiaru ani przeciwstawiać sobie obu wypowiedzi, ani traktować ich jako jednoznacznie reprezentatywnych dla ewentualnych stron sporu, ani szukać między nimi kompromisu czy trzeciej drogi. Są to bowiem jedynie dwa bardzo wycinkowe sygnały, ale przecież oba z tego świata, w którym żyjemy i do którego ma teraz przemówić papieska encyklika. Chciałbym się zatem raczej z ich pomocą zastanowić przez chwilę nad sposobem widzenia świata i nad rozumieniem prawdy, które każe ich autorom tak właśnie przemawiać. Dokładniej: nad pewną rysą czy pęknięciem, które przebiega przez sam środek naszego świata i prawie nie pozwala porozumieć się ludziom mówiącym na ten sam temat i wypowiadającym takie same lub podobne słowa. Niezależnie od mojego własnego poglądu na sprawę i niezależnie od ewentualnego rozstrzygnięcia, któremu z obu cytowanych autorów należałoby przyznać rację, chciałbym na początek potraktować obie wypowiedzi równie poważnie - to znaczy spróbować życzliwie i zarazem krytycznie zrozumieć, skąd one się wywodzą i o czym świadczą. Dlatego postanowiłem przeprowadzić pewien metodyczny eksperyment. Przyjmę kolejno, że:

  1. obaj cytowani autorzy mają rację,
  2. obaj się mylą,
  3. rację ma pierwszy, a nie drugi,
  4. ma ją drugi, a nie pierwszy.

Mam wrażenie, że żadna z tych możliwości nie jest czysto arbitralnym założeniem. Sądzę też, że rozważając je kolejno, możemy lepiej zrozumieć przyczyny i okoliczności sporu, o który chodzi, niż wtedy, kiedy z góry przyjmiemy jednoznacznie określone stanowisko. Dla uniknięcia nieporozumień nie będę w dalszych rozważaniach przytaczał nazwisk obu cytowanych autorów, nie chodzi mi bowiem ani o nich samych, ani o ich szczegółowe poglądy, ale raczej o te różne doświadczenia, postawy i tendencje, które obaj tu symbolicznie reprezentują. W poniższych rozważaniach będę się też z konieczności posługiwał znacznymi uogólnieniami i uproszczeniami. Nie czuję się w tym jednak wyjątkiem. Mam wrażenie, że cała dyskusja toczy się w znacznym stopniu na poziomie takich właśnie uogólnień i uproszczeń (i być może jest to nie do uniknięcia).

1.Przyjmijmy zatem najpierw na chwilę, że obaj cytowani autorzy mają rację. To nie musi być jedynie czysto arbitralne założenie. Każdy z nich może się bowiem powołać na doświadczenia, fakty i argumenty, z którymi nie zdołamy się wcale łatwo uporać. Można je sobie tylko przeciwstawiać w coraz bardziej wydłużających się rejestrach (i po części jesteśmy tego świadkami także w dyskusjach nad papieską encykliką). Wtedy jednak sytuacja wydaje się dosyć beznadziejna. Jesteśmy w świecie, w którym ścierają się dwie zasadniczo różne wizje człowieka. Co jeszcze ważniejsze: ich zwolennicy, jak się zdaje, nie dysponują już wspólnym i niezależnym punktem odniesienia, który mógłby pomóc rozstrzygnąć ich spór. To bowiem, co stanowi oparcie i decydujące kryterium argumentacji dla jednej strony, jest (przynajmniej w tej postaci, w jakiej pojawia się w tym sporze) praktycznie nie do przyjęcia dla strony drugiej. Mam wrażenie, że to właśnie jest najgroźniejsze niebezpieczeństwo i że jest ono prawie niewidoczne: za obiema wizjami kryją się naprawdę różne odniesienia do Boga. Wolę nie mówić na tym miejscu ani o różnych pojęciach Boga, ani o różnej wierze, wtedy bowiem musiałbym podać kryterium, które każe mi tak sądzić, co nie jest możliwe bez przyjęcia stanowiska jednej ze stron. Tymczasem w takiej sytuacji wcale nie jest tak bardzo ważne, kto naprawdę ma rację. Problem polega bowiem na tym, że racje obu stron nie są w stanie ani się spotkać, ani wzajemnie wykluczyć. Byłby to zatem konflikt, który mógłby się skończyć tylko "statystycznym" zwycięstwem jednej strony. Nie potrzebuję dodawać, że w każdym wypadku byłoby to rozwiązanie tragiczne (stąd tryb warunkowy, jako wyraz nadziei, że naprawdę jest inaczej).

2.Przyjmijmy teraz, że obaj cytowani autorzy nie mają racji. I to niekoniecznie musi być czysto arbitralne założenie. Wiele zależy bowiem od tego, jak oceniamy sytuację moralną naszego świata i czy nasza ocena jest trafna. Z całą pewnością przyczyną niemałej części napięć, których wyrazem są oba przytoczone teksty, jest bowiem to, że wielu uważnych obserwatorów współczesnej moralności społecznej i indywidualnej zgadza się w bardzo psymistycznej diagnozie jej stanu i stąd także w poczuciu narastającego zagrożenia istotnych wartości ludzkiego życia w naszym świecie. Równocześnie zaś ci sami obserwatorzy mocno różnią się we wnioskach wyciąganych z tej samej pesymistycznej diagnozy. Dla jednych jest to stwierdzenie fiaska oddziaływania wychowawczego dotychczasowych "obiektywistycznych systemów moralności", skąd płynie zadanie twórczej reinterpretacji nauki moralnej (bardziej realistycznie uwzględniającej rzeczywiste możliwości człowieka, któremu ma ona służyć). Dla drugich jest to raczej stwierdzenie fiaska nadmiernego wychowawczego optymizmu tak czy inaczej rozumianej "ideologii liberalnej", skąd płynie zadanie podtrzymania i ugruntowania fundamentalnych wartości moralnych tradycyjnego chrześcijaństwa. W jednym i drugim wypadku: coś poniosło fiasko i coś trzeba z tym teraz zrobić. Jeśli jednak z tak zasadniczo podobnej diagnozy można wyciągać tak zdecydowanie różne wnioski, musi pojawić się pytanie, czy sama diagnoza jest prawidłowa - to znaczy, czy jej pesymizm jest naprawdę uzasadniony. Czy świat rządzony przez "systemy moralności podkreślające swój obiektywny charakter i stałą ważność" rzeczywiście był i jest tak dalece chory i zdeformowany, jak zdają się sądzić krytycy takich systemów? Z drugiej strony zaś, czy stan społecznej i indywidualnej moralności w naszym świecie jest rzeczywiście aż tak tragiczny, żeby za konsekwentne świadectwo chrześcijańskie trzeba w nim koniecznie płacić cenę wydrwienia, zgorszenia albo nawet męczeństwa w imię prawdy? Czy nie jest raczej tak, że negatywne zjawiska, na których opierają się nasze pesymistycznie diagnozy, wcale nie są tak powszechne, jak się wydaje, albo przynajmniej nie są dzisiaj ani bardziej, ani mniej powszechne, niż były kiedykolwiek dotąd - tyle tylko, że w dzisiejszym świecie masowej komunikacji wiemy o nich o wiele szybciej i o wiele więcej? Problem może leżeć właśnie w kształcie masowej społecznej komunikacji. Zdaje się na przykład, że wciąż jeszcze nie nauczyliśmy się radzić sobie z pewnym jej naturalnym efektem: obserwujemy sztucznie wykreowaną powierzchnię zjawisk, a jesteśmy przekonani, że jest to powszechna prawda i że "wszyscy tak myślą i czynią". Oczywiście nie można zapomnieć o sile realnego oddziaływania takiego nieporozumienia: naprawdę wielu ludzi poddaje się presji podsuwanych im modeli zachowań właśnie dlatego, że "wszyscy tak przecież robią". Nie znaczy to jednak, że walkę ze stereotypami można wygrać przy pomocy innych stereotypów (a z taką właśnie próbą mamy tu zdaje się do czynienia).

3.Przyjmijmy teraz, że rację ma autor pierwszej wypowiedzi, a nie ma jej autor drugiej. Powiedziałem na wstępie, że chcę w tych rozważaniach potraktować poważnie każdą możliwość. Ta, potraktowana poważnie, prowadzi do stwierdzenia, że skończył się czas jednolitych systematycznych wizji moralności, narzucanych mniej lub bardziej zdecydowanie poszczególnym ludziom i społecznościom. Musi się wtedy pojawić pytanie: a co dalej? Dalej spotkamy szereg nowych punktów odniesienia i (quasi) norm, które jedynie nieco dokładniej unikają podkreślania swojego "obiektywnie normatywnego" czy "prawnego" charakteru. Przedstawię tylko dwie szczególnie absurdalne: "Nie wolno niczego wymagać bezwzględnie"; "Rezygnacja ze zbyt wymagającej moralności jest lepsza od podwójnej moralności." Oczywiście, ani autor pierwszej z cytowanych wypowiedzi, ani inni myślący podobnie nie zamierzają świadomie wynosić podobnych absurdów do rangi obowiązujących norm. Rzecz w tym, że tak czy inaczej nie są w stanie tego uniknąć. Także oni czują się bowiem zmuszeni przemawiać w imię odkrywanej przez siebie prawdy (o człowieku czy też o człowieku przed Bogiem) i jej wymaganie muszą traktować bezwzględnie - to znaczy przynajmniej tak, że okazuje się ona autorytetem wyższym niż każdy inny - inaczej sami odebraliby sobie prawo głosu. Nie znaczy to, że w tym, co mówią, zupełnie nie ma prawdy, ale że mówiąc to tak właśnie, bardziej, niż im się wydaje, przyznają rację tym, którym chcieli się sprzeciwić.

4.Przyjmijmy zatem na koniec, że rację ma autor wypowiedzi drugiej, a nie ma jej autor pierwszej. Wydaje się, że to właśnie jest punkt wyjścia encykliki. Zarówno w samej encyklice, jak i w dotychczasowej dyskusji nad nią przytoczono tyle naprawdę poważnych argumentów za takim stanowiskiem, że rzeczy całej nie da się zbyć prostymi odwołaniami do "konserwatyzmu", "braku realistycznego rozeznania" czy też "kościelno-instytucjonalnej ślepoty" - jak to się niestety dosyć często zdarza krytykom tej i innych papieskich wypowiedzi. Ewangelia Jezusa Chrystusa jest wymagająca. Jej wymaganiom nie odpowiada ten, kto kapituluje i ustępuje przed własnymi i cudzymi słabościami, przed niewiarą i grzechem, ale ten, kto w imię prawdziwości Dobrej Nowiny Jezusa odważnie stawia im czoła. To wszystko nie znaczy jednak, że ten sposób przyjmowania i głoszenia prawdy Ewangelii, z którym spotykamy się w tradycyjnym nauczaniu moralnym Kościoła, raz na zawsze wystarczy. Powiem to bardzo skrótowo: kto sądzi, że prawda jest (wyłącznie albo przede wszystkim) odpowiedzią, stosunkowo łatwo wpada w pułapkę tego sądu. Prawda jest zawsze bardziej pytaniem niż odpowiedzią. I jest tak naprawdę wszędzie, gdzie ją spotykamy. Gdzie jest choćby drobna cząstka prawdy, jest też związane z nią pytanie - i sprzeniewierza się prawdzie, kto tego nie dostrzega. Także ta prawda, którą głosi papież, jest przede wszystkim pytaniem. To jest pytanie skierowane do wszystkich, którzy się z nią spotykają - do tych, którzy ją podzielają i gotowi są głosić za każdą cenę, i do tych, którzy uważają za konieczne za wszelką cenę się jej sprzeciwiać. To jest zatem pytanie skierowane do całego Kościoła, w imieniu którego przemawia papież, a to znaczy: także do niego samego. Dlatego właśnie nikt, kto poważnie uczestniczy w zapoczątkowanej przez encyklikę rozmowie, nie może się po niej spodziewać łatwych i szybkich rozstrzygnięć.

5.Dlaczego więc jest tak, jak jest, i co z tego teraz wynika? Skąd nasz niepokój i napięcie, skąd poczucie, że trzeba się jasno opowiedzieć: tak albo tak. Po tym, co dotąd powiedziałem, muszę bardzo ostrożnie potraktować te pytania i moją na nie odpowiedź. Musi to być raczej jeszcze jedno, bardziej zasadnicze pytanie niż odpowiedź. Myślę, że wolno mi je postawić nie tylko we własnym imieniu. To jest pytanie o to, co w encyklice nie zostało powiedziane. Dodajmy natychmiast: i pewnie nie mogło też zostać powiedziane ze względu na rodzaj i charakter takiego dokumentu. Nie chodzi o takie czy inne szczegółowe dopowiedzenia. Chodzi o wszystkie źródła prawdy, odkryte i jeszcze nie odkryte, chodzi więc ostatecznie o to, jak my, biedni ludzie, uczestniczymy w prawdzie żywego Boga. "Może jest tak, że Bóg wypowiada swoją nieskończoność, a my rozumiemy ją jako nieskończoność - czy jednak wtedy to my sami jesteśmy rozumiejącymi (czy raczej Bóg tylko rozumie siebie w nas)? A może raczej jest tak, że Bóg wypowiada swoją nieskończoność, a my w naszej skończoności rozumiemy ją jedynie skończenie - czy jednak wtedy możemy powiedzieć, że w ogóle ją rozumiemy? Albo może Bóg wypowiada tylko coś skończonego i my to rozumiemy jako skończone - czy jednak w takim razie Bóg wypowiada rzeczywiście siebie samego, czy też raczej mówi o czymś innym niż On sam?" (kardynał Hermann Volk). To jest naprawdę trudne pytanie - i przecież nie z powodu trudności tych kilku sformułowań. Jest trudne, ponieważ my sami, ze wszystkim, cośmy dotąd zrobili złego i dobrego, jesteśmy jego cząstką. Kościół, który dzięki temu samemu Bogu razem tworzymy, jest odpowiedzią na to pytanie, ale jest nią wtedy, kiedy nie ustaje w stawianiu go sobie jako pytania.

 

KS. TOMASZ WĘCŁAWSKI, ur. 1952, prof. dr hab. teologii fundamentalnej, rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu. Wydał: Obecność i spotkanie (1981), Zwischen Sprache und Schweigen. Eine Erörterung der theologischen Apophase in Gespräch mit Vladimir N. Lossky und Martin Heidegger (1983), Elementy chrystologii (1988), Gdzie jest Bóg? (1992).



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama