Wiara to wybór wolnych

Rozmowa z ks. A. Denaux, prezydentem Międzynarodowej Wspólnoty Ekumenicznej w Belgii

Ks. Adelbert Denaux ur. 1938 r. w Brugii w Belgii. Na Uniwersytecie w Louven ukończył filologie — germańską, biblijną, uzyskał doktorat z teologii. Przez 25 lat był profesorem w Wyższym Seminarium w Brugii, w tym przez ostatnie dziesięć — rektorem. Prowadził badania nad Nowym Testamentem, wykładał biblijny grecki, historię Kościoła, ekumenię, muzykę kościelną. W 1992 r. rozpoczął zajęcia na Fakultecie Teologicznym Uniwersytetu w Louven, gdzie wykłada egzegezę Nowego Testamentu, grekę, teologię biblijną. Członek ARCIC — Międzynarodowej Komisji Kościołów Anglikańskiego i Rzymskokatolickiego. Kanonik katedry w Brugii, honorowy kanonik anglikańskiej katedry w Lincoln w Anglii (codziennie, razem z innymi kanonikami anglikańskimi, odmawia cztery psalmy w języku staroangielskim w intencji jedności chrześcijan). Prezydent Międzynarodowej Wspólnoty Ekumenicznej w Belgii. Przewodniczący utworzonego przez parlament Belgii Centrum do Spraw Sekt.

Pochodzi Ksiądz z nietypowej dla Zachodu wielodzietnej rodziny. Jacy byli Księdza najbliżsi?

Moja mama popierała Kościół, nawet kiedy inni go krytykowali. Nigdy nie mówiła źle o innych, raczej milczała. Tata był nauczycielem, pisał książki do nauki religii w młodszych klasach. Przejąłem od niego zainteresowanie Biblią. W tym roku skończy 90 lat. Nas, dzieci, było trzynaścioro. Kiedyś odwiedził nas zakonnik, pracujący z sierotami w Burundi. Kilka z nich było mulatami i czarni koledzy nie akceptowali ich ze względu na kolor skóry, więc zakonnik próbował im znaleźć dom w belgijskich rodzinach. Tak przyjęliśmy dwuipółletniego chłopca. Teraz jest dorosły, został inżynierem. Dzięki niemu nasza rodzina składała się z siedmiu chłopców i siedmiu dziewcząt. Kiedy przychodzili goście, brakowało miejsca, dlatego młodsi jedli w kuchni. Jestem szczęśliwy, że miałem tyle rodzeństwa, wpływaliśmy na siebie nawzajem, łatwiej nam było nawiązywać kontakty, rodzice nie byli wobec nas nadopiekuńczy. Dziś, zdarza się, rodzice przyjeżdżają do akademików sprzątać dzieciom pokoje. Ja robiłem to sam.

— Uniwersytet w Louven, na którym Ksiądz wykłada, należy do najstarszych katolickich uczelni w Europie.

Tak, w tym roku obchodzi 775 lat istnienia. Studiuje na nim około 24 tys. studentów flamandzkich, a na niektórych fakultetach uczą się młodzi z innych krajów. W 1969 r. uniwersytet rozdzielił się na nowy — francuskojęzyczny i stary — angielskojęzyczny i niderlandzkojęzyczny. Na starym uniwersytecie studiuje 200 zagranicznych studentów ze wszystkich części świata, od niedawna również z Europy Wschodniej — Polski, Litwy, Białorusi. Na mocy ogólnoeuropejskiego międzyuczelnianego porozumienia „Erasmus” co kilka miesięcy następuje wymiana zagranicznych studentów. Mamy nadzieję, że w przyszłości nastąpi także przepływ kadry profesorskiej.

— Ksiądz z natury powołania głęboko czuje sens życia, ale chyba trudno czuć ten sens biednemu, wyrzuconemu poza nawias?

Zdaję sobie sprawę, że jestem wyróżniony, ale to właśnie mnie zobowiązuje do odpowiedzialności za tego człowieka. Próbuję ludziom wskazywać drogę, sens życia, a także udzielam pomocy materialnej. Możliwości są jednak ograniczone, dlatego dokładnie sobie ustalam, ile mojego dochodu mogę przeznaczyć dla innych. Jednoosobowo nie rozwiążę problemów wszystkich, staram się więc pomagać kilku ludziom.

— Czy na katolickim uniwersytecie studiują sami wierzący?

W Kolegium Papieża Leona XIII, którym się opiekuję, mieszkają w zasadzie studenci praktykujący, ale są też w ogóle niezainteresowani wiarą. To jednak nie przeszkadza, żeby być wobec nich miłym, pomagać im.

— Czy zdarzył się taki przypadek, żeby przez pomoc osobistą skierował ich Ksiądz do Boga?

Nigdy nie można czekać na widoczne rezultaty. Ksiądz jest jak siewca, sieje ziarna, a to Bóg daje żniwo. Mam grupę studentów praktykujących, którzy codziennie rano i wieczorem wspólnie się modlą, a raz w tygodniu spotykają się na Eucharystii. Inna grupa, związana z parafią uniwersytecką, codziennie jednoczy się w modlitwie. Ze studentami zagranicznymi gromadzimy się na Mszy angielskojęzycznej. Mamy grupę grekokatolików, dla której odprawiamy raz w miesiącu nabożeństwa ekumeniczne. Wiara jest wyborem wolnych, dlatego nie robię nic na siłę.

— Co z polskiego Kościoła chciałby Ksiądz zobaczyć w Kościele belgijskim?

Wydaje mi się, że w Polsce, w życiu codziennym panuje, bardziej lub mniej świadomie, kultura katolicka. Podam kilka przykładów. Kiedy wczoraj staliśmy przed katedrą sosnowiecką, przechodziły obok nas młode, bardzo modnie ubrane dziewczyny. Pozdrowiły głośno stojących obok księży. Jedna z nich, patrząc na świątynię, nakreśliła znak krzyża świętego. W Belgii tego się nie spotyka, u nas ledwie widać Kościół w świecie. W Polsce bardzo widoczne są praktyki religijne, np. spowiedź. To podstawowa płaszczyzna kontaktu z Bogiem. W Belgii tego brakuje. Moi rodacy przechowują w duszy katolickie ziarno, ale nie wiadomo, co z niego wyrośnie. Powstają nowe ruchy świeckich, i to one jawią się jako nadzieja Kościoła. Wydaje się, że stale jest ich za mało. Jednak mam nadzieję, że będzie u nas coraz więcej nawróceń. Na przykład we Francji zanotowano 1000 nawróceń w ciągu roku. Ludzie zapragnęli się ochrzcić, zaczęli przystępować do sakramentów świętych. Praktyka spowiedzi, którą widzę w Polsce, wskazuje na waszą żywą wiarę. Ludzie przystępujący do spowiedzi nie kryją, że mają poczucie grzechu, potrzebują Zbawiciela i z Jego pomocą próbują się wyzwolić. Jeżeli nie czujemy konieczności wyzwalania się z grzechu, to nasza wiara traci sens.

— W Belgii większość ludzi żyje na wysokim poziomie materialnym. To też istotne zagrożenie wiary.

Tak, bogactwo daje im złudzenie, że są szczęśliwi, że niczego i nikogo nie potrzebują. Niebezpiecznie zamykają się na transcendencję. Wydaje mi się, że także w Polsce materializm może stać się poważnym problemem. Wraz ze wzrostem bogactwa materialnego pojawiają się problemy z wykonywaniem praktyk religijnych. Można zaryzykować twierdzenie, że bogactwo jest większym wrogiem wiary niż komunizm. Sytuacja Kościoła w Belgii powinna być ostrzeżeniem dla Kościoła polskiego.

— Jak się można uchronić przed przemożną chęcią posiadania? Nie możemy nagle zaprzestać gromadzenia dóbr.

Aleksander Sołżenicyn dał konkretną odpowiedź na to pytanie: w naszej rozwijającej się cywilizacji trzeba umieć siebie kontrolować, wyznaczać sobie granice. Wybór zaczyna się od każdego z nas. Każdy człowiek powinien umieć powiedzieć „nie” swoim potrzebom, pragnieniom. Jeśli umie to robić, to znaczy, że się rozwija. Ograniczenia, jakie sobie narzucamy, muszą być wynikiem naszej wewnętrznej woli. Żyjemy w kulturze, w której wszystko jest możliwe, wszystko można zrobić. Żeby żyć godnie, jak przystoi człowiekowi, trzeba samemu sobie stawiać granice. Na przykład Internet stał się możliwością szybkiego kontaktu między ludźmi. Niestety, można tam też znaleźć pornografię. Nikt, oprócz mnie samego, nie może mi zakazać oglądania jej. Jeżeli sobie powiem, że to nie jest dla mnie dobre, to tego nie oglądam. Tak samo jest z bogactwem. Zawsze ma się pragnienie posiadania większej ilości dóbr — większego domu, drugiego i trzeciego samochodu, statku, ale w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie: stop.

— Co jest najważniejsze w życiu?

Najważniejsza jest miłość.

— Co to jest miłość?

To trudne pytanie. Każdy z nas ma potrzebę bycia kochanym i kochania innych. Jeśli nie mamy tego doświadczenia, jesteśmy samotni i nasze życie staje się trudne. Miłość ma wiele odcieni. W naszym świecie często sprowadza się ją do aspektu seksualnego. Oczywiście on też jest ważny, ale miłość to przede wszystkim promowanie drugiej osoby, starania, żeby czuła się potrzebna, ważna, wesoła, kochana, szczęśliwa, żeby się rozwijała. Zaobserwowałem, że coraz więcej ludzi ma niechętny stosunek do samych siebie, uważają, że nie są inteligentni, ładni itp. Dzięki miłości mogą wyjść z tego zaklętego kręgu egocentryzmu. Człowiek kochany i kochający wzrasta. Często zadaję sobie pytanie, co ważnego zostanie po mnie. Na pewno nie będą to dzieła naukowe, które napisałem, ale miłość, którą dałem innym ludziom.

— A modlitwa?

Często odmawiam Różaniec. Uzyskuję spokój, zwracając się do Jezusa, powtarzając „Panie Jezu Chryste, Synu Boga, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Brzmi to jak jakaś chrześcijańska mantra. Na Wschodzie mantra jest dźwiękiem, w chrześcijaństwie to wołanie do Jezusa.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama