Kłopoty z prawdomównością

Z cyklu "Poszukiwania w wierze"

Jak się zachować wobec wścibskich indagacji sąsiadki, która koniecznie chce się dowiedzieć szczegółów o przykrym konflikcie wewnątrz naszej rodziny? Niegrzeczną być nie umiem, a prawda jest taka, że powiedzieć jej nie mogę, bo czułabym się poniżona. Wykręcam się jak piskorz, ale zostaje niesmak. Przypomina mi się z lat młodości, ale nie dowierzam swojej pamięci i może to tylko jakaś paramnezja, że katecheta wyjaśnił nam, jakoby wolno było na kłopotliwą prośbę o pożyczenie pieniędzy odpowiedzieć niezgodnie z rzeczywistością: „Nie mam”. Czy katecheta mógł tak mówić? A jeśli tak, to może istnieje również jakaś analogiczna dopuszczalna furtka, przez którą wolno uciec przed nagabywaniem ciekawskich bliźnich?

Mam takie poczucie, że dobrze będzie nie zmarnować okazji i przypatrzeć się owej „sąsiadce”, którą bywa zapewne niekiedy każdy z nas. Wydaje mi się, że byłoby rzeczą niezmiernie ryzykowną sądzić o sobie, jakoby nigdy w życiu nie zdarzyło mi się wtykać nosa w nie swoje sprawy. Czy my w ogóle spowiadamy się z tego, że napastowaliśmy kogoś swoją niezdrową ciekawością?

Jeśli zaś się z tego nie spowiadamy, to albo jesteśmy wolni od tego grzechu, albo go sobie nie uświadamiamy. Pierwsza możliwość jest dość mało prawdopodobna. Bo przypuśćmy nawet, że i mnie, i Pani rzeczywiście nigdy nie zdarzyło się — ani w sposób pozornie taktowny, ani jawnie po chamsku, to w tym przypadku sprawa stosunkowo drugorzędna — dręczyć ludzi swoim wścibstwem. Przypuszczam, że to dobre moralne samopoczucie cechuje bardzo wielu ludzi. Ale w takim razie jak to się dzieje, że ludzie powszechnie cierpią od czyjegoś natręctwa, że każdy z nas po wielekroć był atakowany przez czyjąś nieznośną ciekawość? Lepiej jednak nie uspokajać swojego sumienia tym, że nie należymy przecież do tych ciekawskich, których wścibstwo jest notoryczne.

Skąd się w nas bierze ta niedobra skłonność do wtrącania się w cudze sprawy? Po prostu człowiek jest stworzeniem Bożym, toteż wszystkie nasze skłonności do grzechu mają swoje źródło w jakichś wspaniałych dynamizmach, jakie otrzymaliśmy od Stwórcy, a które uległy w nas wypaczeniu. Również wścibstwo jest wynaturzoną skłonnością do dobrego. Wzajemna miłość, do której uzdolnił nas Stwórca, powinna się między innymi wyrażać umiejętnością życzliwego i ofiarnego zainteresowania się drugim człowiekiem, który może mnie potrzebuje, gotowością słuchania go, kiedy mi zaufa i zechce wtajemniczyć mnie w swoje problemy czy strapienia.

No tak, ale żeby słuchać drugiego człowieka z myślą o jego dobru, trzeba by wyjść poza swoje ego. O ileż wygodniej, zamiast rzeczywiście zainteresować się drugim człowiekiem, przypatrywać się jego sprawom z pozycji kibica. To nic nie kosztuje, a niekiedy jest takie interesujące! Że zaś świat, w którym niedostaje wzajemnej miłości, staje się światem nieludzkim? Że swoją postawą przyczyniam się do atmosfery, w której również z moich nieszczęść lub kłopotów ktoś będzie czynił kiedyś przedmiot swojej rozrywki? Mniejsza o to!

Ufam, że Pani się ze mną zgodzi: Sytuację, w której czuje się Pani napastowana przez cudze wścibstwo, warto również wykorzystać jako swoistą szansę. Ponieważ na własnej skórze doświadcza Pani, jak ono smakuje, zapewne chwila to szczególnie stosowna, żeby odnowić w sobie nastawienie: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Po prostu warto od czasu do czasu spojrzeć na siebie krytycznie pod kątem tej zasady. Mimo że jest ona tak banalnie oczywista, na pewno nieraz ją łamiemy, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Cały świat zmieni się na lepsze, jeśli jeden człowiek więcej zacznie bardziej konkretnie przejmować się przykazaniem miłości bliźniego. Naprawdę warto z całą dosłownością uwierzyć w ten dziwny realizm głoszony przez Pana Jezusa, że to z serca ludzkiego pochodzi wszelkie zło (Mt 15,19), toteż nawrócenie choćby tylko jednego człowieka tak istotnie zmienia świat na lepsze, że budzi to radość samych nawet aniołów Bożych (Łk 15,10).

Czuję, że w tym miejscu niektórzy Czytelnicy już bardzo mocno przywołują mnie do porządku: „Przestań wreszcie, księże, mówić do sąsiadki i spróbuj odpowiedzieć kobiecie, która postawiła ci przecież całkiem konkretne pytanie”. Zatem przechodzę już do Pani pytania, ale powiem jeszcze tylko jedno słowo o owej „sąsiadce”, która zapewne siedzi w każdym z nas: ona z wielką aprobatą słucha skierowanych przeciwko niej napomnień, ale prawie nigdy nie domyśla się, że to właśnie ona jest ich adresatką. W języku Ewangelii nazywa się to zaślepieniem.

Ale Pani pyta o to, czy powinność prawdomówności nie dopuszcza wyjątków. Zdarzają się przecież sytuacje, że za pomocą drobnego i nikomu nie szkodzącego kłamstwa można siebie albo kogoś drugiego obronić przed poważnym kłopotem. Czy również takie kłamstwo jest grzechem? Zdarza się również przeciwnie: że nierozważną prawdomównością niszczy się coś cennego, na przykład zgodę w rodzinie. Pani stawia sobie pytanie, czy wolno odejść od prawdy w obliczu kłopotliwej prośby albo natrętnego wchodzenia w nasze osobiste czy rodzinne tajemnice. Od czasów św. Augustyna powtarzane jest pytanie, czy wolno użyć kłamstwa, ażeby obronić przed śmiercią ściganego niewinnie człowieka. Listę tego typu problemów można by wydłużać.

Otóż szukając odpowiedzi na te pytania, warto pamiętać o pewnej oczywistości: Człowiek dlatego okłamuje drugiego człowieka, że się go boi albo chce go wykorzystać lub nim zamanipulować. W tym jednym kłamstwo jest nieomylne: zawsze sygnalizuje istnienie między ludźmi jakiegoś strachu lub jakiejś przemocy. Gdyby stosunki między nami były idealne, w pełni ludzkie, nie pojawiałaby się w nas pokusa mówienia nieprawdy. Prawdomówność jest naturalnym owocem zaufania i życzliwości między ludźmi. Warto to sobie uświadomić, jeśli chcemy na przykład nauczyć prawdomówności nasze dzieci. Gdzieś tutaj również należy szukać odpowiedzi na pytanie, dręczące wielu rodziców: dlaczego nasze dziecko kłamie?

Skoro tak się rzeczy mają, łatwo zrozumieć, dlaczego do prawdomówności Pan Jezus wzywał z tym samym radykalizmem, co do miłości wzajemnej: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5,37). W ślad za Nim chrześcijaństwo zdecydowanie odrzuciło platońską teorię o dopuszczalności tzw. kłamstwa użytecznego — mimo że nasz zdrowy rozsądek zapewne bardzo by ją popierał. Bo jeśli nawet stosunki między nami nie układają się jeszcze aż tak dobrze, żeby spontanicznie owocowały prawdomównością, to w każdym razie prawdomówność jest ważnym narzędziem, dzięki któremu może rosnąć nasze wzajemne zaufanie i szacunek. Toteż jak z jednej strony powinniśmy sobie wzajemnie ułatwiać prawdomówność, tak z drugiej strony należy być prawdomównym również wówczas, kiedy to trudne.

Byleby nie w sposób doktrynerski. Doktrynerstwo kompromituje radykalizm Chrystusowego żądania prawdomówności. Bo żaden to radykalizm, tylko zwyczajna głupota, a w każdym razie naiwność, niepokoić się na przykład o to, czy moralnie dopuszczalne są fikcje literackie albo zmyślenia stosowane w żartach. Materialna zawartość takiej mowy służy przecież czemuś innemu niż przekazywaniu informacji na temat rzeczywistości zgodnie z przeświadczeniem mówiącego.

Prawdomówność nie polega również na tym, że każdemu mówię wszystko, co tylko wiem, albo wszystko, o co on pyta. Owszem, niekiedy właśnie tego ona wymaga, ale jej istota polega na tym, żeby w kontaktach z drugim człowiekiem trzymać się prawdy. Nie zawsze jestem zobowiązany do mówienia znanej mi prawdy, czasem wręcz nie wolno mi zdradzić czyjejś tajemnicy, zawsze jednak winienem unikać kłamstwa oraz zachować szacunek dla człowieka, z którym rozmawiam.

Istnieją tylko dwie sytuacje, w których wolno mi powiedzieć materialną nieprawdę i nie jest to kłamstwem, podobnie jak potajemne zabranie w skrajnej potrzebie rzeczy niezbędnej do życia nie jest kradzieżą. Obie sytuacje, rzecz jasna, świadczą o tym, że nasze wzajemne stosunki wciąż jeszcze są głęboko naznaczone grzechem i daleko im do ideału. Toteż w obu sytuacjach należy dążyć do tego, żeby sięganie po materialną nieprawdę stawało się w ogóle niepotrzebne.

Pierwsza z nich to sytuacja, kiedy dla ochrony jakiegoś dobra czuję się zmuszony sięgnąć po konwencjonalny dwuznacznik, o którym zarówno ja, jak druga strona wiemy, że może on znaczyć coś innego, niż to wynikałoby z użytych słów. Kiedy na przykład pijak albo człowiek znany z tego, że nie lubi zwracać długów, prosi mnie o pożyczenie pieniędzy, wolno mi powiedzieć: „Nie mam”. Istnieje bowiem społeczna konwencja, iż taka odpowiedź oznacza, że albo naprawdę nie mam tych pieniędzy, albo też nie chcę pomagać ci w nabyciu wódki lub boję się, iż pieniędzy tych już bym więcej nie zobaczył.

Warto jednak przełamywać takie konwencje w kierunku jednoznacznej prawdomówności. Opowiadał mi znajomy, pełen dumy ze swojej żony, że przywożąc zza granicy — w czasach PRL — jakieś trefne książki, postanowiła mówić wyłącznie prawdę. Czuła bowiem coś niedobrego w rozpowszechnionej u nas konwencji, znanej i podróżnym, i celnikom, że „nie mam” na pytanie o przywiezione książki może również oznaczać: „nawet jeżeli mam, to wolałbym, żeby mi ich pan nie konfiskował”. Kiedy więc celnik zapytał ją o książki, odpowiedziała zgodnie z prawdą. Celnik zapytał następnie o tytuły. Kiedy je wyliczyła, celnik jakby nigdy nic zakończył odprawę.

Osobiście czuję słabość do takiej prawdomówności, nawet gdyby miała się zakończyć konfiskatą książek. Jeśli bowiem skonfiskowano mi książki, mimo że użyłem owego konwencjonalnego dwuznacznika, znaczy to tylko tyle, że celnik mnie jednak przechytrzył. Wymowa konfiskaty jest znacznie większa, jeśli ja nie próbowałem przechytrzyć celnika, bo prawo do posiadania tych książek uważam za coś oczywistego.

Druga sytuacja, w której wolno mi sięgać po materialną nieprawdę, dotyczy obrony przed agresją, jaka jest dokonywana na mnie lub na kimś innym. Jednak nawet wówczas słuszniej jest niekiedy trzymać się po prostu prawdomówności. Rzecz jasna, nie w sytuacji, kiedy złoczyńcy ścigają człowieka i pytają mnie, którędy on uciekał. Ale na przykład w przedstawionym przez Panią przypadku być może najprościej byłoby spokojnie i możliwie z życzliwością wyjaśnić sąsiadce, że jej pytania dotyczą sprawy dla Pani bolesnej, ale że wolałaby Pani spraw swojej rodziny nie wynosić na zewnątrz. Dopiero jeśli Pani nie widzi innego wyjścia przed cudzym wścibstwem, wolno użyć materialnej nieprawdy, czyli — jak to nazywa najwybitniejszy u nas znawca tego zagadnienia, ks. Tadeusz Ślipko, autor książki pt. Zagadnienie godziwej obrony sekretu oraz szeregu artykułów na ten temat — „mowy defensywnej”.

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama