Zostaliśmy stworzeni, by pomagać

Rozmowa z Janiną Ochojską, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej.

„Janka” – tak zwracają się do niej wszyscy pracownicy Polskiej Akcji Humanitarnej, wolontariusze i ludzie, którzy ją znają. Brak szacunku? Nie. Imię „Janka” doskonale oddaje energię i siłę, którymi emanuje prezes Polskiej Akcji Humanitarnej. To dzięki nim stała się autorytetem w niesieniu pomocy humanitarnej w Polsce.

Z wykształcenia jest Pani astrofizykiem. To dość oryginalny kierunek. Skąd taki pomysł i zainteresowanie kosmosem?

Astrofizyka jest dziedziną leżącą na pograniczu fizyki i astronomii, zajmującą się badaniem procesów fizycznych w skali astronomicznej oraz prawami rządzącymi obiektami astronomicznymi. Dziedziną tą zainteresowałam się, gdy mając 13 lat leżałam w szpitalu i dostałam od lekarza książkę pt. „Obrazy nieba”. Zachwyciła mnie. Wtedy postanowiłam, że zostanę astrofizykiem.

Jakie są Pani wspomnienia z dzieciństwa?

Kiedy miałam 6 miesięcy zachorowałam na polio. Dzieciństwo upłynęło mi w szpitalach i ośrodkach. W domu byłam gościem, dlatego dom był czymś wyczekiwanym, szczególnym. Mimo wszystko uważam, że miałam szczęśliwe dzieciństwo. Ośrodki, w których przebywałam, prowadzone były przez wyjątkowych ludzi, kształconych w solidnym, przedwojennym systemie. Wychowywali nas w takim duchu dzielności. Wpoili nam przekonanie, że jako chore dzieci otrzymaliśmy od losu więcej, a nie mniej. A skoro otrzymaliśmy więcej – to więcej powinniśmy oddać. W związku z tym mieliśmy duże poczucie obowiązku. Nie skarżyliśmy się, bo traktowano nas jak dzieci zdrowe, które mają trudności. I wiedzieliśmy, że na zewnątrz jest świat, który nie czeka na nas z wyciągniętą ręką. To my musimy tę rękę wyciągnąć.

Kiedy zainteresowała się Pani pomocą humanitarną? Jakie były początki

W 1984 roku musiałam wyjechać z Polski do Francji na operację, której wówczas nie można było przeprowadzić w kraju. Ten wyjazd odmienił moje życie. We Francji po raz pierwszy zetknęłam się z ideą niesienia pomocy humanitarnej. Podczas swojej długiej rekonwalescencji pracowałam jako wolontariuszka dla EquiLibre – organizacji, która zajmowała się pomocą medyczną i żywnościową dla szpitali i ośrodków dla chorych dzieci w Polsce.

W październiku 1992 roku, po udziale we francuskim konwoju do Bośni zorganizowanym przez EquiLibre, postanowiłam wysłać jednorazową pomoc z Polski dla ofiar wojny w byłej Jugosławii. Pomyślałam sobie: Polska też musi zacząć pomagać, bo przecież mamy czym się dzielić. W czasie stanu wojennego otrzymaliśmy ogromną pomoc. Chciałam zorganizować jeden konwój, aby spłacić ten dług.

I udało się?

Zorganizowanie konwoju to było moje ogromne pragnienie, ale zupełnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Przez przypadek trafiłam do radiowej Trójki. Opowiedziałam o swoich zamierzeniach. Podałam numer do jedynej znajomej w Warszawie, jaką wówczas miałam. Po audycji nie mogłam się do niej dodzwonić, tak wielka była reakcja słuchaczy. Kiedy mi się w końcu udało, usłyszałam w słuchawce: „Janka, dzwonią, dzwonią!”. Okazało się, że ludzie byli gotowi. To nie było tylko moje marzenie. Wcześniej po prostu nie było nikogo, kto by powiedział: „Zróbmy to!”. Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. W ciągu półtora miesiąca udało mi się zorganizować pierwszy konwój do Jugosławii, złożony z 12 ciężarówek i jednego autokaru pełnego dziennikarzy. Wyjechaliśmy do Sarajewa w grudniu 1992 roku. A w 1994 roku wraz z innymi pracownikami, chcąc realizować polską pomoc za granicą, założyłam Fundację Polska Akcja Humanitarna.

Czy zorganizowanie tego konwoju było dla Pani najważniejszym doświadczeniem życia?

Tak, to było jak spełniony sen. To pragnienie przekraczało moje możliwości. Miałam jednak takie przekonanie, że muszę coś zrobić. (...)

Dziękuję za rozmowę.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama