Ta miłość nie rodzi się od razu

W ośrodkach adopcyjnych po dzieci ustawiają się kolejki, a domy dziecka pękają w szwach.


Jolanta Krasnowska-Dyńka

Ta miłość nie rodzi się od razu

„(...) pewnego wiosennego dnia, mimo że słońce świeciło bardzo mocno, w ich ogrodzie znikły ostatnie wspomnienia kolorów i niepodzielnie zapanowała szczerosmutna szarość. Wtedy Kobieta i Mężczyzna zrozumieli - ich dziecko urodziło się całkiem innym rodzicom. Kobieta płakała i miała całą twarz mokrą od łez. I Mężczyzna płakał, chociaż jego łez nie było widać, bo płakała jego dusza. Wreszcie Mężczyzna powiedział: Chociaż nie urodziliśmy naszego dziecka, musimy je odnaleźć!”

fragment książki „Jeż”

 

Świadomość, że nie będą rodzicami, do Marty i Przemka zaczęła docierać po pięciu latach starań o dziecko. Jednak słowo „adopcja” długo jeszcze w ich domu nie padło. Kojarzyło im się z porażką. Twierdzą, że w życiu nie przeczytali, nie usłyszeli tylu bzdur, co na temat adopcji. - Zanim pojawiliśmy się w ośrodku adopcyjnym byliśmy kompletnie pogubieni. Wierzyliśmy w mity - przyznają i wyliczają najgorsze z nich. Traktowanie adopcji jak rodzicielstwa drugiej kategorii. Niepłodni nie mają innego wyjścia, biorą więc jako ostateczność cudze dziecko na wychowanie. Drugi mit to czekanie latami i przebieranie jak w sklepie z zabawkami. Kolejny, chyba najgroźniejszy - potęga genów.

Niewiedza i strach

Marta bała się pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym. - Nie wiedziałam, jak się zachować, jak prosić o dziecko i tłumaczyć, że nasza miłość, choć wierna, to jednak bezowocna - opowiada młoda kobieta. Przypomina sobie, że kiedy naciskali dzwonek furtki przypomniały jej się słowa z książki K. Kotowskiej pt. „Wieża z klocków”: „A tych drzwi strzeże nie tylko zamek. Przed nimi stoją dwa potwory: niewiedza i strach”. - Ale nie było źle - wspominają. - Pedagog i psycholog wyjaśniły, że muszą nas poznać, bo ich zadaniem jest znalezienie odpowiednich rodziców dla dziecka. Nie na odwrót. Wytłumaczyły, że przyszli rodzice muszą odbyć cykl spotkań. Potem przyjdą obejrzeć nasze warunki mieszkaniowe. Zaskoczyło nas, jak są niewielkie: wystarczą dwa pokoje i łazienka. Dochody też nie muszą być tak imponujące, jak w przypadku starań o kredyt. Na koniec powiedziały, że ważniejsze od spraw materialnych jest to, czy się kochamy, czy potrafimy stworzyć dziecku prawdziwy dom - opowiadają.

Na następne spotkanie pojechali dwa tygodnie później. - Chcieliśmy zostać rodzicami jak najszybciej. Zawsze wybieraliśmy pierwszy wolny termin i już w trzecim miesiącu zostaliśmy zakwalifikowani jako rodzina adopcyjna - mówi Marta.

O Krzysiu usłyszeli po kolejnych trzech miesiącach. - W naszym przypadku od pierwszej wizyty w ośrodku do dnia, w którym zabraliśmy Krzysia do siebie, minęło niewiele ponad siedem miesięcy. Można powiedzieć, że wcześniak - żartują.

W kolejce po dziecko

Zwykle jednak procedura adopcyjna trwa dłużej. - Musimy dokładnie zweryfikować kandydatów na rodziców, sprawdzić, czy akurat to połączenie rodzice - dziecko jest dobre. Dlatego w żadnym wypadku nie można podać konkretnego terminu. Czasami jest to rok, czasami dłużej - wyjaśnia Zofia Al-Hiali, dyrektor Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Białej Podlaskiej. - Jednak z adopcjami wcale nie jest tak źle, jak często słyszymy - dodaje. Jako dowód podaje statystyki. W 2009 r. bialski ośrodek przeprowadził 20 adopcji. - Wszystko wskazuje, że w tym roku będzie ich jeszcze więcej. Na naszym terenie nie ma domu dziecka, więc współpracujemy z placówkami w sąsiednich województwach - tłumaczy.

Kandydaci, którzy zgłaszają się do OAO zwykle chcą adoptować niemowlęta.

- To zrozumiałe, bo w ten sposób mogą najmocniej związać się z dzieckiem, ukształtować jego charakter - nie ma wątpliwości Z. Al-Hiali. - Maluch nie pamięta, że przeżył traumę, nie jest świadomy, że biologiczni rodzice go porzucili - dodaje.

Natomiast Małgorzata Jaroszek, dyrektorka Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego w Siedlcach, gdzie obecnie na dziecko czeka 25 rodzin, podkreśla, że kandydaci na rodziców są coraz lepiej do adopcji przygotowani. - Mają świadość, iż będą musieli zmierzyć się z wieloma problemami - mówi. - Podczas pierwszego spotkania pytam przyszłych rodziców o stosunek do jawności adopcji, chcę wiedzieć, czy o ich decyzji wie rodzina, znajomi, pracodawca - wyjaśnia. Do siedleckiego OAO zgłaszają się małżeństwa w wieku 30 - 45 lat, bezdzietne, ale też posiadające własne lub adoptowane potomstwo. M. Jaroszek zauważa, że ludzie coraz częściej decydują się na przysposobienie rodzeństwa. Tylko od początku tego roku za pośrednictwem siedleckiego OAO nowy dom znalazło już 12 dzieci. W ubiegłym było ich 20, a dwa lata temu - 12.

- Nie mamy wątpliwości, że poczucie dziecięcej krzywdy, którą trzeba możliwie szybko i odpowiedzialnie naprawić, ma tylko ośrodek adopcyjny. Oni naprawdę szukają rodziców dla dziecka, a nie na odwrót - twierdzą Marta i Przemek.

Tato, to mama?

Dom Dziecka Pod Kasztanami przy ul. Daszyńskiego w Siedlcach. Przebywa w nim 31 dzieci. - Prawie wszystkie cierpią na jedną chorobę: osierocenie - mówi K. Graniszewska. Dodaje, że jeśli maluchy znalazłyby nowych rodziców, miałyby szansę na szczęśliwe dzieciństwo i życie. Bo rodzina buduje człowieka. Pani Katarzyna niejednokrotnie była tego świadkiem.

- Pierwsze spotkanie dziecka z przyszłymi rodzicami jest bardzo wzruszające. Utkwiła mi w pamięci sytuacja, kiedy nasz 3-letni wychowanek, widząc po raz pierwszy ludzi, którzy chcieli go przysposobić, podszedł do mężczyzny i wskazując na towarzyszącą mu żonę zapytał: „Tato, to jest mama?” Wszyscy mieliśmy łzy w oczach - opowiada. Lata pracy w tej placówce sprawiły, że pani Katarzyna od razu potrafi odróżnić rodziców zastępczych od adopcyjnych. Jak? - Tym drugim, na widok dziecka aż świecą się oczy - tłumaczy z uśmiechem K. Graniszewska. - Szkoda, że szansę na adopcje ma tylko połowa wychowanków. Bo kto będzie chciał wychowywać np. siódemkę rodzeństwa? Jednak w najgorszej sytuacji są dzieci, które nie mają uregulowanej sytuacji prawnej - wyjaśnia.

Sąd ostateczny, czyli rejonowy

Niestety, sprawy o odebranie praw rodzicielskich ciągną się w sądach miesiącami. Najpierw trzeba dokładnie rozpoznać sytuację dziecka i zbadać, czy na pewno nie ma szans na uzdrowienie rodziny pierwotnej. Ze względu na dobro dziecka trzeba podjąć mediacje skłóconych rodziców, skierować na leczenie nałogowców, pomóc w znalezieniu zatrudnienia, pracować z pod względem psychologicznym i pedagogicznym. Niestety, szczęśliwe zakończenia zdarzają się nieczęsto.

Michał Rżysko z Fundacji Świętego Mikołaja przypomina, że sędziowie są zobowiązani co pół roku sprawdzać sytuację dziecka i jego rodziny, ale rzadko stosują się do tego przepisu. - I nie ponoszą żadnych konsekwencji. Skutki odczuwają maluchy, które utknęły w placówce. Jest to sytuacja niezwykle groźna, bowiem szansa na adopcję dzieci powyżej trzeciego roku życia dramatycznie spada - podkreśla M. Rżysko, autor badań na temat rodzicielstwa zastępczego. - Statystyki procesów adopcyjnych są porażające. W Polsce aż 26% takich spraw przechodzi na następny rok. W Siedlcach wskaźnik ten wynosi 28%. Są jednak sądy, w których odsetek wynosi zaledwie 3%. Tak duża rozbieżność w szybkości procedur adopcyjnych nie wynika z wielkości sądu oraz liczby rozpatrywanych spraw, a z opieszałości sędziów rodzinnych - podkreśla M. Rżysko.

Z opinią tą nie zgadza się sędzia Jolanta Warsz, przewodnicząca wydziału rodzinnego i nieletnich w siedleckim sadzie rejonowym. - Ministerstwo Sprawiedliwości poprosiło o dane dotyczące spraw adopcyjnych. Przejrzałam dokumenty i wynika z nich, że w naszym sądzie od chwili wpłynięcia aktu z ośrodka adopcyjnego do wydania decyzji o adopcji mija miesiąc. Natomiast orzeczenie o styczności osobistej wydajemy niezwłocznie - tłumaczy sędzia Warsz.

Droga na skróty

Jednak to nie opieszałość sądów, a długość ośrodkowej ścieżki sprawia, że chętni do przyjęcia dziecka wolą ją omijać. Niektórych boli, iż skrzywdzeni przez los niemożnością posiadania potomstwa dodatkowo muszą przechodzić kwalifikacje, których nikt nie wymaga od biologicznych rodziców. Dlatego idą na skróty i wybierają tzw. przysposobienie ze wskazaniem. Według szacunków organizacji adopcyjnych na taka formę decyduje się w Polsce tysiąc rodzin rocznie. - Adopcja ze wskazaniem to legalna forma przysposobienia. Może jednak budzić kontrowersje moralne. Chodzi o podejrzenie, że w grze mogą być pieniądze. Mówiąc wprost: handel dziećmi - tłumaczy sędzia Jolanta Warsz.

Zofia Al-Hiali nie ma wątpliwości: ta forma przysposobienia niesie za sobą wiele zagrożeń. - Tylko ośrodek adopcyjny potrafi przygotować do rodzicielstwa. Kandydaci otrzymują od nas pełną informację na temat dziecka, jego zdrowia, przeszłości czy biologicznych rodziców. Życie może boleśnie zweryfikować tych, którzy wybierają drogę na skróty - ostrzega dyrektor bialskiego OAO.

Natomiast M. Jaroszek dodaje, że kandydaci na rodziców adopcyjnych nie mogą być osobami przypadkowymi. - Dlatego czas przygotowania do przyjęcia dziecka jest bardzo ważny - podkreśla dyrektor OAO w Siedlcach.

Geny i miłość

„Śliczny i mądry ten wasz Krzyś. Tylko nie wiadomo, co w nim siedzi. Nie boicie się, podobno geny to potęga” - takie słowa usłyszała Marta od sąsiadki.

- Nie ma algorytmu, który powie nam, jaką przyszłość będą miały adoptowane dzieci. Znam przysposobione dzieciaki, które nie powieliły losów swoich rodziców biologicznych, choć pewnie miały w swoim DNA, alkohol, i przemoc. Skończyły szkoły, założyły rodziny. I znam adoptowane dzieciaki, które w okresie dojrzewania naprawdę dały popalić swoim rodzicom, a potem w ogóle gdzieś znikały pomimo miłości i troski, jaką były otoczone. Ale czy w biologicznych rodzinach nie jest tak samo? - zastanawia się Marta.

Przemek natomiast tłumaczy, że jeśli Krzyś nie wyrośnie na porządnego człowieka, to będzie ich wina. - Bo to może oznaczać tylko jedno: że za mało go kochaliśmy, za mało rozumieliśmy. My, a nie ktoś, kto go spłodził - mówi stanowczo. - To nieprawda, że wystarczy być dla dziecka dobrym. Rodzice muszą kochać. I to bardzo. Żeby znieść noce, kiedy dwulatek wije się w spazmach, płacze jak noworodek i trzeba go nosić na rękach do rana jak niemowlę, chociaż waży 14, a nie cztery kilogramy. Dlaczego? Bo mu się przyśniło, wylazło z podświadomości coś, co przeżył, gdy miał kilka tygodni. Duszenie poduszką, żeby nie kaszlał po nocy, albo karmienie zimnym mlekiem prosto z foliowego worka, żeby nie wył z głodu. Nigdy nie dowiesz się do końca, dlaczego raz jest słodkim aniołkiem, a innym razem chcesz wzywać egzorcystę. Wiesz tylko, że spotkało go więcej krzywdy w jego krótkim życiu niż ciebie w twoim długim. Dlatego musisz dać więcej niż zakładałeś - dodaje Przemek.

Marta podkreśla jednak, że miłość do dziecka nie rodzi się od razu. - Przecież nie można kochać obcego człowieka. Strasznie trudno się do tego przyznać, bo oczekiwania są takie, że pokocham dziecko od razu - mówi. - Można czuć rozczulenie, zachwyt, ale nie miłość. Miłość to proces. Dziecko też nie musi nas od razu pokochać. Tu obowiązuje pełna równowaga - wyjaśnia.

Beata Dołęgowska, prezes Fundacji Dziecko - Adopcja - Rodzina

Pokochać jak własne

Ile obecnie trwa w Polsce procedura adopcyjna?

Dzieli się ona na kilka etapów i w różnych ośrodkach adopcyjnych różnie jest przeprowadzana. Zasadniczo obejmuje diagnostykę, kwalifikację do szkolenia, szkolenie i kwalifikację zasadniczą, czyli na rodziców adopcyjnych. Trwa to przeciętnie do dziewięciu miesięcy. Później następuje czas oczekiwania na dziecko. Jest on uzależniony od przedstawionych przez przyszłych rodziców preferencji wobec dziecka. Jeśli pragnienia są konkretnie sprecyzowane (płeć, wiek od 0 do 3 lat, zdrowe), to w tej chwili czas oczekiwania sięga nawet kilku lat. Małych, zdrowych dzieci po prostu nie ma. Nie oznacza to, że dzisiaj matki nie opuszczają dzieci. Z powodu adopcji ze wskazaniem, czy adopcji dzikiej maluchy wyciekają i nie są zgłaszane do ośrodków adopcyjnych.

W ośrodkach adopcyjnych po dzieci ustawiają się kolejki, a domy dziecka pękają w szwach. Jak to możliwe?

W domach dziecka przebywają w głównie dzieci z nieuregulowaną sytuacją prawną. Jeśli rodzice biologiczni mają ograniczoną władzę, dzieci nie mogą zostać przysposobione. Wielokrotnie sądy dają szansę na poprawę i zmianę swojego dotychczasowego życia rodzinom naturalnym, odbierając tym samym dziecku szansę na normalny, kochający dom. Znam sytuację, gdzie dziesięcioro rodzeństwa przebywa w placówce, a mama jak piła i biła, tak robi tak do dzisiaj. Sąd jednak czeka na zmianę jej postępowania. Obecnie w domach dziecka przebywa ok. 30 tys. dzieci. Większość z nich nie można przysposobić dopóki sądy nie zaczną sprawniej regulować sytuacji prawnej.

Czy rodzicielstwo adopcyjne bardzo różni się od biologicznego?

Prawnie rodziny adopcyjne mają takie same prawa i obowiązki jak biologiczne. Jednak nawet jeśli rodzice adopcyjni od razu zaakceptują i pokochają dziecko, to nie jest ono przez nich poczęte, a wychowywane w sposób intuicyjny, instynktowny, według reguł i zasad wyniesionych z domu. To dziecko ma swoją historię emocjonalną. Pamiętajmy, że do adopcji trafiają często dzieci kilku, a nawet kilkunastoletnie po przeróżnych traumach, porzuceniu, często z chorobą sierocą. Te dzieci muszą być „prowadzone” inaczej niż dziecko urodzone w rodzinie biologicznej. Muszą być przez rodziców adopcyjnych oswajane i cały czas utwierdzane, że się je kocha. Pozostaje jeszcze jeden aspekt: cień matki biologicznej. Świadomość, że dziecko ma prawo do szukania własnych korzeni, a rodzina adopcyjna to tak naprawdę forma rodzicielstwa zastępczego i nic tego nie zmieni czasami jest trudna do zaakceptowania. Trudno wartościować rodzicielstwo. W każdym przypadku chodzi o to, aby dać dziecku szansę na normalne życie, kochająca rodzinę, zapewnić bezpieczeństwo. Sama jestem matką adopcyjną, kocham moje dziewczynki nad życie i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ale za mną jest cały wachlarz terapii, rehabilitacji i walki, aby moje dzieci normalnie funkcjonowały. To właśnie zadanie, któremu muszą sprostać rodzice adopcyjni, a z którym biologiczni nie mają ochoty nawet się zapoznać.

Czy polskie prawo dba o dobro dziecka?

Gdyby prawo dbało o dobro dzieci, nie mielibyśmy domów dziecka, nie zdarzałyby się dzikie adopcje, nie słyszelibyśmy o pośrednikach w handlu dziećmi w celach adopcyjnych. Gdyby zostały nałożone sankcjonowane alimenty na rodziców, których dzieci przebywają w placówkach, śmiem twierdzić, że połowa z tych dzieci byłaby prawnie wolna.

Dziękuję za rozmowę. MD

opr. aw/aw



Echo Katolickie
Copyright © by Echo Katolickie

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama