Władza urzędników, nasza władza

Cotygodniowy felieton z "Gościa Niedzielnego" (19/2001)

W Bułgarii stronnictwo polityczne skupione wokół pretendenta do tronu „cara” Symeona II zostało wyeliminowane z przedwyborczej gry przez urzędników — znaleziono liczne braki w dokumencie zgłaszającym rejestrację i sąd oddalił wniosek. Termin rozpatrywania odwołania koliduje z terminem rozpoczęcia kampanii wyborczej, ustalonym pośpiesznie tuż przed rejestracją. Wszystko to wygląda poprawnie pod względem formalno-konstytucyjnym, a jednocześnie wydawać się może przemyślnymi zabiegami mającymi utrącić polityczną konkurencję. Ponieważ w kilka miesięcy po powrocie z emigracji Symeon II zapewnił sobie przychylność 20 proc. przyszłych wyborców, sprawa z pewnością nie zakończy się na tej sądowo-administracyjnej decyzji. Nie zamierzam zagłębiać się w zawiłości bułgarskiej polityki, a tym bardziej w prognozy. Na Bałkanach może zdarzyć się więcej, niż zdołam sobie wyobrazić. Piszę jednak o tym fakcie jako o wyrazistym przykładzie demokracji ograniczającej demokrację. W demokracji większość rządzi szanując prawa mniejszości. To piękna idea, ale w praktyce rządzą urzędnicy według prawa, które sami przygotowują, proponują do uchwalenia, a potem interpretują. Władza urzędników jest moją władzą. Ja, jak każdy z obywateli społeczeństwa obywatelskiego, zgadzam się dzielić wynikami mojej pracy, zgadzam się ograniczyć swoją wolność w imię dobra wspólnego. Tak, ale moje podatki muszą iść przez ręce urzędników, moja wolność musi się podporządkować ich decyzjom. Chciałbym ufać urzędnikom bezgranicznie, ale nie mogę. Dlatego zgadzam się, aby część moich podatków szła na kosztowny aparat kontroli — któremu też nie do końca ufam. Wiem, że urzędnicy i kontrolerzy nie są aniołami, że mają swoje powiązania polityczne i, niekoniecznie związane z powiązaniami, przekonania polityczne. Wiem, że jedni i drudzy mają swoje słabości i ograniczenia, które skrzętnie ukrywają. Mają też podświadomość, która może ich uczynić bezradnymi wobec pokusy nawet wtedy, gdy postanowili być porządnymi ludźmi. Jak wielu chce być porządnymi? W miarę jak rodziny stają się bezradne wobec wychowania, ubywa ludzi, którzy czynią dobrze, bo tak ich nauczono, przybywa tych, co nie czynią źle, bo boją się prawa. Prawa też musi przybywać, w miarę jak ubywa obyczaju. Przybywać musi więc i urzędników.

U nas nie ma pretendenta do tronu, pewnie to dobrze. Tymczasem w rękach prezydenckich urzędników i prawników jest nowa ordynacja wyborcza — i sytuacja niemal jak w Bułgarii. Podpis Kwaśniewskiego zadecyduje: demokracja przychylna zwycięzcom w wyborach parlamentarnych albo demokracja dająca więcej głosu tym partiom, które nie osiągnęły dobrych wyników. Politycy osądzą więc, która z dwu demokracji jest prawdziwsza, a urzędnicy uzasadnią to w imię prawa.

W programach walki z bezrobociem wiele partii (w tym SLD) przewiduje specjalne ulgi podatkowe przyznawane tym przedsiębiorcom, którzy będą zwiększali zatrudnienie. Ten dobry z pozoru pomysł budzi zastrzeżenia. Do realizacji trzeba by tu nie tylko licznych i kompetentnych urzędników, ale i urzędników całkiem odpornych na korupcję. Inaczej celem staną się nie miejsca pracy, ale ulgi — dla swoich, albo dla tych, co potrafią być wdzięczni.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama