Między realizmem a chaosem

Cotygodniowy felieton z Gościa Niedzielnego (44/2000)

Prawa strona sceny politycznej wyszła z wyborów prezydenckich z poczuciem przegranej, bez jasnej oceny przyczyn porażki, bez zdroworozsądkowej recepty na odrobienie strat. Chaos i wzajemne oskarżenia to dość naturalny krajobraz po przegranej bitwie. Trzeba się spodziewać paru miesięcy dyplomatycznych zabiegów dla przegrupowania osób, haseł, proporczyków. Tymczasem czasu nie ma zbyt wiele. Spodziewam się, że resztki instynktu samozachowawczego i poczucie obowiązku względem państwa skłonią Unię Wolności do głosowania za budżetem przygotowanym przez rząd Buzka, przedterminowe wybory byłyby samej Unii w równym stopniu nie na rękę, jak pogrążonej w powyborczej konfuzji Akcji Wyborczej Solidarność. Nawet jednak konstytucyjny termin wyborów parlamentarnych zostawia niedużo czasu na wypracowanie nowych strategii, przedstawienie wyborcom nowych wizerunków partii prawicy i centrum. Niepokój budzą również docierające do opinii publicznej odgłosy ze strony zespołów parlamentarnych, pracujących nad nową ordynacją wyborczą i ustawą regulującą sposób finansowania partii politycznych.

Wysłuchałem radiowej rozmowy z posłem Mirosławem Czechem z UW, który przewodniczy sejmowej komisji zajmującej się tymi sprawami. Przedstawił on wysiłki podejmowane dla oczyszczenia przestrzeni prawnej, w jakiej działają partie polityczne, od zagrożenia uprzywilejowaniem finansowym niektórych ugrupowań.

Idea piękna, ale kierunek działań przerażający. Słuszne jest, aby partie odciąć od dotacji ze strony sfery ekonomicznej, słusznie stawia się prawną tamę zagranicznemu wspomaganiu partii. Tym samym celom ma służyć zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez partie, z zakazem czerpania zysków z wynajmowania pomieszczeń włącznie. Partie miałyby nakaz sprzedaży przedsiębiorstw i nieruchomości. Dotąd dobrze. Partie pozostałyby jednak właścicielami uzyskanych ze sprzedaży funduszy — jest więc oczywiste, że z ich lokaty płynęłyby nie gorsze zyski. Tu zaczyna się fikcja. Przygotowana ustawa przewiduje także finansowanie partii z budżetu państwa proporcjonalne do uzyskanych wyników wyborczych. Oznacza to, że podatnicy mieliby obowiązek pomagania rządzącym partiom w zbieraniu funduszy na dalsze utrzymywanie się przy władzy. Czy to nie drwina z zasad demokracji?

Być może złe pomysły na finansowanie partii z budżetu, na państwowe popieranie zwycięzców, są realistyczne. Wiadomo, że w istniejącym układzie politycznym weto prezydenta stało się gilotyną dla ustaw niemiłych dla SLD. Ustawa musi być taka, aby dla SLD była korzystna albo nie będzie jej wcale. Kwaśniewski nie musi już dłużej udawać, że jest prezydentem wszystkich Polaków, a jego obóz polityczny potrafi mu przypomnieć, aby spłacał długi wdzięczności. Ustawa o państwowej dotacji dla zwycięzców wyborczych będzie dla SLD korzystna.

Pewnie oburzą się niektórzy na wygarnianie z budżetu pieniędzy na partyjną politykę, klasa polityczna straciła wiele w oczach Polaków. Takie są jednak powszechnie przyjmowane koszty demokracji — a wydatki te, to sumy wielokrotnie mniejsze niż choćby te, jakie budżet musi pakować w łatanie systemu kas chorych, funduszów emerytalnych, w uruchamianie i naprawianie systemu komputerowego w ZUS. Wszystko wskazuje na to, że te nasze trudne reformy będą dla nas zgryzotą, zagrożeniem i workiem bez dna przez całe dziesięciolecia, że do ich deficytów trzeba będzie rok po roku dosypywać miliardy. Jedynym argumentem musi być to, że biurokracja i biurokratyczny porządek są jednak mniejszym złem niż rewolucja i rewolucyjny chaos. Bezsilni wobec chaosu, wobec każdego porządku mamy możliwość działań naprawczych, powolnych, trudnych, ale wartych zachodu. W porządku mieszkamy, chociaż cierpimy niedogodności. W chaosie jesteśmy bezdomni.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama