Człowiek jest drogą Kościoła

Każdy przypadek seksualnego wykorzystania dziecka jest tym jednym za dużo. Dlatego trzeba robić wszystko, aby zapobiegać takim aktom

Każdy przypadek seksualnego wykorzystania dziecka jest tym jednym za dużo. Dlatego trzeba robić wszystko, co możliwe, aby zapobiegać takim aktom, ze świadomością, że te działania nigdy nie będą wystarczające

To jeden z punktów stycznych sierpniowego Listu papieża Franciszka do Ludu Bożego i bardzo ciekawego, dla mnie osobiście odkrywczego, wywiadu, którego katolickiemu tygodnikowi „Catholic Weekly”, wydawanemu w Australii, udzielił jeden z najbardziej kompetentnych ekspertów kościelnych w sprawie pedofilii — ks. prof. Hans Zollner SJ z Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Ojciec Święty wyraził to w efektownym sformułowaniu: „Patrząc w przeszłość, nigdy nie będzie dość proszenia o przebaczenie i prób naprawienia wyrządzonych szkód. Patrząc w przyszłość, nigdy nie będzie dość tego, co się czyni, aby stworzyć kulturę zdolną do zapobiegania takim sytuacjom, nie tylko aby się nie powtarzały, lecz także nie znajdowały miejsca na ukrywanie i utrwalanie”. Powyższe powinno być pierwszym przykazaniem w konfrontacji Kościoła z tą wielką niesprawiedliwością, niegodziwością, którą było i jest seksualne wykorzystywanie nieletnich przez niektórych duchownych. Tym wskazaniem powinni się kierować nie tylko duchowni, ale i świeccy, po prostu cały lud Boży.

Priorytetem wszystkich działań mających na celu odkrycie pedofilii i zapobieżenie temu grzechowi, i to w każdym przypadku, powinna być osoba pokrzywdzona — ofiara przestępstwa, zgodnie z tym, że drogą Kościoła jest człowiek, szczególnie ten najuboższy i najbardziej pokrzywdzony. Błędem części dotychczasowych działań, nawet przy szczerych intencjach, było właśnie to, że niedostatecznie to rozumiano i w ten sposób pogłębiano krzywdę z przeszłości; jeżeli nie uniemożliwiano w ogóle, to przynajmniej wydłużano drogę uzdrowienia. „ (...) nie potrafiliśmy być tam, gdzie powinniśmy być, (...) nie działaliśmy w porę, rozpoznając rozmiary i powagę szkody spowodowanej w tak wielu ludzkich istnieniach” — przyznaje z bólem we wspomnianym dokumencie Franciszek.

Pokrzywdzeni chcą być wysłuchani

Czego najbardziej potrzebują ofiary i czego często brakowało w kościelnych działaniach? Rzeczy bardzo prostej. Ks. Zollner, który zaznaczył w wywiadzie dla „Catholic Weekly”, że mówi to z własnego doświadczenia i na podstawie odbytych studiów, podkreśla, iż osoby wykorzystane, zranione chcą być przede wszystkim wysłuchane. Potrzebują empatii i zrozumienia trudnego do zniesienia bólu, który im zadano. To jest punkt wyjścia — często niezauważany — w niesieniu pomocy skrzywdzonym. Jaki jest mechanizm zranienia ofiar? Największą krzywdą wyrządzoną przez molestującego jest to, że osoba wykorzystana traci coś tak fundamentalnego jak zaufanie. Zaufanie do siebie. Zaufanie do innych. Zaufanie do Boga. To pociąga za sobą kolejne, groźne dla integralności osobowej skutki: poczucie winy, obniżenie własnej wartości, samoakceptacji i inne. Wyrządzona krzywda jest więc wielka. To bezdyskusyjne i coraz bardziej jesteśmy tego świadomi.

Kościół nie jest „siedliskiem wszelkiego zła”

Skoro tak wiele mówi się w ostatnich latach o nadużyciach niektórych duchownych katolickich wobec nieletnich, można odnieść wrażenie, że jest to problem wyłącznie Kościoła katolickiego i jego duchownych, kapłanów i osób konsekrowanych. Czy tak jest rzeczywiście?

Czy z powodu jego struktury, w tym szczególnie celibatu, duchowni Kościoła są bardziej skłonni do popełniania takich przestępstw? Ten, kto tak twierdzi, mija się z prawdą, a w części przypadków mija się nie bez udziału świadomości. Nic na to nie wskazuje i nie ma żadnych danych, które potwierdzałyby tezę, że Kościół katolicki, ze względu na swoją strukturę czy metody działania, jest instytucją zarażoną tym strasznym, niszczącym wirusem. Dlaczego zatem o pedofilii mówi się dziś niemal wyłącznie w kontekście Kościoła katolickiego? Zdaniem profesora Gregoriany, takie wrażenie może powstać przede wszystkim z tego powodu, że Kościół jest jedyną instytucją, która od kilkunastu lat walczy z tym okropnym zjawiskiem w swoim środowisku i od lat je bada — mimo że to zadanie bardzo trudne i nie wszyscy sobie z nimi poradzili — to w celu wytępienia tego typu aktów i zabezpieczenia się na przyszłość. Nie czynią tego żadne inne wyznania chrześcijańskie czy religie! Ba! Nie ma analogicznych badań wśród żadnych innych grup zawodowych, takich jak pedagodzy, muzycy, trenerzy sportowi, psychoterapeuci, reżyserzy, aktorzy itp., a przecież wiemy z medialnych doniesień, że sytuacje, w których oprawcą dzieci był przedstawiciel tych grup, się zdarzają. Brakuje więc danych, które pozwoliłyby porównać np. księży z nauczycielami, trenerami czy innymi grupami zawodowymi, i stwierdzić, w której grupie częściej dochodzi do takich okropnych zachowań. Sytuację z pedofilią można porównać do gorącego przed laty tematu lustracji w Polsce. Tylko Kościół zbadał to zjawisko, szczególnie wśród biskupów, i wyniki kwerendy ujawnił opinii publicznej. Żadna inna grupa zawodowa, co dziś zarzuca się np. środowisku sędziowskiemu, a wcześniej zarzucano dziennikarzom, sama z siebie tego nie uczyniła. To, że tak często mówi się o pedofili w Kościele, wynika także z tego, że jest to temat wykorzystywany przez wrogów Kościoła. W Polsce widać to wyraźnie. O nierównym traktowaniu na naszym gruncie świadczy to, że o ile media głównego nurtu nie mają litości dla księży skazanych za pedofilię czy tylko o nią podejrzanych, o tyle znajdują wiele zrozumienia np. dla byłego reżysera w USA nadal oskarżonego o gwałt na nieletniej, albo dla wpływowego europejskiego polityka. Reżysera tłumaczą tym, że było to dawno, a ofiara mu przebaczyła.

Gdzie jest najwięcej przestępczych zachowań

Temat pedofilii jest tematem gorącym od niedawna — podkreśla ks. Zollner. Na Zachodzie zaczęto o nim przebąkiwać 40 lat temu, a otwarcie mówi się i pisze mniej więcej od 10 lat. Czy przedtem przestępstw pedofilii nie popełniano? Pewnie te ohydne występki się zdarzały, pewnie o tym wiedziano, tyle że nikt o nich nie mówił, bo nie wypadało. Był to temat tabu. Wraz ze zmianą społeczeństwa temat wszedł na agendę. W społeczeństwie, w tym także w Kościele, przestano udawać, że temat nie istnieje, i zaczęto o tym mówić otwarcie. Trudno jednak stwierdzić, że po kilku latach wiemy wszystko, w tym — jaka jest rzeczywista skala molestowania nieletnich. Nawet fachowcom trudno jest odpowiedzieć na takie choćby pytanie: No dobrze, molestują księża, molestują nauczyciele, muzycy, reżyserzy, trenerzy sportowi, a co z rodzinami? Właśnie. Według szacunków — jezuita we wspomnianym wywiadzie powołuje się na rozmowę z przedstawicielem Australijskiej Królewskiej Komisji ds. Wykorzystywania Seksualnego Dzieci, która bodaj najbardziej szczegółowo i wnikliwie na świecie badała tę sprawę — 95 proc. tych ohydnych czynów, przygniatająca większość, prawie wszystkie, zdarza się w szeroko rozumianym kontekście rodzinnym. Krzywdę dzieciom wyrządzają najczęściej najbliżsi. Za pozostałych 5 proc. przestępstw odpowiadają inni, w tym znowu za część z tych 5 proc. — nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy za 0,5 proc., czy za 1 proc., czy za 2 proc. — duchowni katoliccy. To także bardzo ważna obserwacja, która pozwala sprawiedliwie ocenić sytuację, w tym odpowiedzialność kapłanów.

Bardzo głośnym echem odbił się niedawny raport na temat zachowań pedofilskich sporządzony w Pensylwanii. Śledczy badali 6 z 8 diecezji istniejących w tym amerykańskim stanie, by zebrać informacje o przypadkach pedofilii wśród duchownych z ostatnich 70 lat, czyli z ponad dwóch pokoleń. Stwierdzono, że w tym czasie w tych 6 diecezjach 300 księży skrzywdziło nieletnich. „(...) zobaczyliśmy, że rany nigdy nie znikają i zmuszają nas do zdecydowanego potępienia tych potworności” — napisał wkrótce po tym z nieukrywanym bólem w Liście do Ludu Bożego papież Franciszek. Ten i inne raporty nasuwają naturalne pytanie: Jaki procent duchownych sprzeniewierzył się swemu powołaniu? Tutaj, choć w przypadku Kościoła wiemy znacznie więcej, również można podać jedynie dane przybliżone. Różne badania z kilku krajów, gdzie najczęściej dochodziło do przestępstw pedofilskich wśród duchownych, różnie oceniają ten odsetek. W literaturze można spotkać szacunki mówiące o 2-6 proc. duchownych, którzy popełnili czyny pedofilskie. Czy to dużo, czy mało? Tak pytać nie można, bo już jeden przypadek byłby tym jednym za dużo, ale w imię prawdy należy powiedzieć, że jest pewne, iż 95 proc., może 96, może 97 proc., a może 98 proc. — w każdym razie ogromna większość księży i osób konsekrowanych nigdy w ten obrzydliwy sposób nie skrzywdziła żadnego dziecka. Przygniatająca większość duchownych z pedofilią nie ma nic wspólnego. Gdy mówi się o pedofilii w Kościele, także to należy mieć na względzie. Co więcej, mówi ks. Zollner i co podkreślano w raporcie z Pensylwanii, w ostatnich 20 latach tam, gdzie Kościół zaczął badać problem (USA, Irlandia, Australia i kilka innych krajów) i wprowadzać procedury chroniące dzieci — w tym szkolił, uwrażliwiał oraz pokutował i się modlił — liczba przestępczych czynów zmalała niemal do zera.

Kościół chce chronić dzieci

W Australii bez szemrania przyjęto 98 proc. wskazań Królewskiej Komisji. W Stanach Zjednoczonych — w pierwszym miejscu na świecie już w 2002 r. wprowadzono procedury mające na celu ochronę dzieci. Nie można jednak uznać, że tych działań wystarczy. Nie można uśpić czujności, bo zły czyha, „kogo by tu pożreć”.

Kościół w Polsce mówi o zjawisku pedofilii od kilku lat. Dziś już nikt w Kościele w Polsce, i chyba na świecie, nie wyobraża sobie, aby chronić duchownego, wobec którego pojawiły się tylko uwiarygodnione podejrzenia. Organizowane są szkolenia, wdrażane procedury. W wielu przypadkach można nawet odnieść wrażenie, że dmucha się na zimne. Media głównego nurtu tego wysiłku w ogóle nie zauważają, starają się wmówić odbiorcom, że Kościół „ukrywa pedofilów”. Powszechnie dostępne dane wskazują, że w Polsce naprawdę tylko nieliczni duchowni dopuścili się tych ohydnych czynów. Według raportu Ministerstwa Sprawiedliwości z 2013 r., wśród 1,5 tys. osób skazanych za pedofilię była niewielka grupa duchownych. Nawet przeciwnicy Kościoła mówią o co najwyżej 60 przypadkach skazanych za czyny pedofilskie duchownych w Polsce. Pamiętajmy, że księży w Polsce jest ok. 30 tys. Mówimy więc nie o procentach, jak w przypadku np. USA czy Australii — pamiętając, że do zdecydowanej większości tych przestępstw dochodziło kilkadziesiąt lat temu — ale o promilach, nawet jeżeli są obiektywne trudności z zebraniem wszystkich danych.

W ostatnim czasie można odnieść wrażenie — gdy patrzy się na tematykę podejmowaną przez niektóre media w Polsce — że stało się coś nowego, że odkryto siatkę pedofilów, bo temat odżył. Materiały pojawiają się w TVN, „Gazecie Wyborczej”, na portalach internetowych, w „Newsweeku”. Charakterystyczne, że w tych materiałach nie ma nic z nowości. Dotyczą one przypadków już znanych, osądzonych. Nowością jest tylko idący w eter, niemający nic wspólnego z rzeczywistością przekaz, że rząd PiS chroni księży pedofilów. Pachnie to zorganizowaną i wyreżyserowaną akcją. Mają się na nią składać również paszkwilancki film „Kler”, który właśnie wszedł na ekrany, a być może także film dokumentalny, w którym — według zapowiedzi jego twórców — ma się wypowiedzieć 7 osób molestowanych przez duchownych. Ciekawe, że jego twórca Tomasz Sekielski w lipcu br. w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi Gazecie Prawnej” wspomniał o kontekście politycznym. Czy nie jest zatem tak, że publikacje mają związek z wyborami? Że skoro zawiodła ulica, zawodzi zagranica, to może chwyci temat pedofilii w Kościele, który trudno, żeby nie oburzał potencjalnego elektoratu, skoro oburza ludzi Kościoła... Jeżeliby tak było, a wiele na to wskazuje, to mówi to tylko o tym, że mediom nie o pomoc ofiarom ohydnych czynów tutaj chodzi.

 

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama