Droga przez zmysły

Recenzja: Joanna Tokarska-Bakir, Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej, Wrocław 1997

 

Joanna Tokarska-Bakir, Wyzwolenie przez zmysły. Tybetańskie koncepcje soteriologiczne, Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej, Wrocław 1997

 

Książka Joanny Tokarskiej-Bakir porusza niezwykle interesujący, ale zarazem bardzo trudny problem, z jakim styka się badacz kultury i religii tybetańskiej - "wyzwolenia przez zmysły". Wydaje się, że ta niezwykła nobilitacja zmysłów, oferujących wyzwolenie tym, którzy im zawierzą i właściwie je zastosują, nie doczekała się jak dotąd godnego opracowania w literaturze światowej. Książka Tokarskiej-Bakir usiłuje tę lukę wypełnić, podchodząc do tego problemu przede wszystkim od strony etnologii. Pod tym względem praca ta stanowi niezmiernie ciekawe studium kulturowe.

Autorka sięga do religijnej tradycji, nie ograniczonej zresztą jedynie do Tybetu, w której nieufność do intelektu i dyskursywnej myśli nie stanowi czegoś negatywnego, ale wprost przeciwnie, jest pewnego rodzaju środkiem uzyskania wyższych stanów egzystencji, wykraczających poza wszystko to, co w zwykłym, wypełnionym niewiedzą i cierpieniem świecie można uzyskać. Podkreśla wagę sensualistycznej tendencji charakteryzującej na ogół kultury tradycyjne, w których, jak pisze, interesujący dla odbiorcy jest nie tyle temat, czyli to, o czym mówi tekst lub co wyobraża wizerunek, ile remat, czyli materialność tekstu, substancja wizerunku, to, z czym można wejść w bezpośredni zmysłowy kontakt. Chodzi o kontakt, który może dostarczyć nie zaburzonego myśleniem i rozważaniem doświadczenia tego, co naprawdę jest, bytu, poznawanego nie poprzez koncepcje, teorie i przypuszczenia, ale bytu w swej nie przesłoniętej niczym jaskrawości. To doświadczenie musi z samej zasady wykroczyć poza zwykłą, zdawałoby się, naturalną postawę, a więc poza nastawienie podmiotowo-przedmiotowe. Przyzwyczajeni do intelektualnej, dyskursywnej drogi poznania, a szczególnie do Kartezjańskiego dualizmu, nie możemy zwykle pozbyć się myślenia w kategoriach podmiotu i przedmiotu, a w konsekwencji dążenia do uczynienia jakiegoś przedmiotu nawet z sacrum. Autorka, idąc za myślą H. G. Gadamera, stara się nam ukazać taką możliwość, koncentrując się w swej książce na przykładach tybetańskich świętych tekstów, obrazów i posągów.

JoannaTokarska-Bakir opisuje sytuację religijnego dążenia do wyzwolenia, w której nie jest ważne to, co mówimy, ale jak mówimy, nie jest ważne dyskursywne wnikanie w naturę wypowiedzi czy obrazu i intelektualne rozważanie sensu, ale nasze biorące się z wnętrza nastawienie, nasza wiara w ich wyzwalającą moc, utrzymywana dzięki na przykład nieustannemu powtarzaniu jakiejś formuły lub przez ciągłe oddawanie czci jakiemuś świętemu wyobrażeniu. Jak zaznacza, "w postaci świętego prostaczka w ten sposób usiłującego urzeczywistnić swą wiarę rozpoznajemy wszystkie... cechy ontologii archaicznej, bytu, który spełnia się tylko an sich, to jest wówczas, gdy sam o sobie jako o bycie nic nie wie". Dzięki takiej postawie możliwe się staje postulowane między innymi przez H. G. Gadamera "odprzedmiotowienie" sacrum, polegające na wprowadzeniu w sytuację, w której to, co święte, nie może stać się czymś zdatnym do jakiejkolwiek, nawet najbardziej subtelnej, myślowej manipulacji. Patrząc na to od innej, psychologicznej strony, "rematyczne" nastawienie do sacrum stanowi aspekt procesu pozbywania się poczucia "ja", procesu, dzięki któremu możliwe jest przekroczenie podmiotowo-przedmiotowego podziału rzeczywistości. To przekroczenie z kolei w koncepcji buddyzmu jest osiąganiem wyzwolenia; gdy świat i podmiot stają się jednością, nie ma tego, kto mógłby powiedzieć "ja". Nie ma więc podmiotu cierpienia, a świat "wydarza się" jako wyraz ostatecznej rzeczywistości nieogarnionego ducha - umysłu. Słowa "ja" i "ty" używane przez oświeconych mają w tej sytuacji wartość jedynie funkcjonalną, nie będąc zakorzenione w trwałej, określonej przez esencjalną ontologię, podstawie.

Wyzwolenie przez zmysły jest charakterystyczne dla tradycji tzw. starej szkoły tybetańskiej (Nyingmapa). Z niej pochodzą zasadnicze teksty tzw. term, czyli przekazów ukrytych przez słynnego mistrza przybyłego w VIII w. do Tybetu, Padmasambhawę. Joanna Tokarska w barwny i intrygujący sposób opisuje historię związaną z powstaniem term, omawia ich rodzaje i przytacza legendy dotyczące ich spontanicznej, wyzwalającej aktywności. W tym kontekście porusza też niezwykle ważny problem rozumienia twórczości i odtwórczości w odniesieniu do wschodnich doktryn. Jak pisze, ideał rzeczy "nie ludzką ręką uczynionej", które to pojęcie stosuje w kontekście tybetańskim także do szczególnych tekstów powstałych w spontaniczny sposób, pozwala na refleksję związaną z poszukiwaniem istotnego źródła zarówno inspiracji, biorącej się z tego, co naprawdę rzeczywiste, jak i twórczości, mającej w ostatecznym rozrachunku stanowić środek wyzwolenia i uzyskania wglądu w naturę umysłu.

Różne sposoby uzyskiwania wyzwolenia przez zmysły mają być ścieżkami prowadzącymi do pierwotnej jedności. Idąc za F. Fremantle i Ch. Trungpą, Autorka podaje ich klasyfikację:1. wyzwolenie przez wspomnienie i myślenie, polegające na odwoływaniu się do oświeconych istot, 2. przez dotyk, przy czym chodzi tu o dotknięcie oświeconego ciała, 3. przez noszenie, czyli przywiązanie amuletu do ciała zmarłego, 4. przez smakowanie cudownych i nasyconych mocą świętych substancji, 5. przez słuchanie instrukcji prowadzących do wyzwolenia, 6. przez widzenie świętych form, ożywionych i stworzonych w szczególnych warunkach, także form "samostworzonych".

Aby zrozumieć, czym jest wyzwolenie przez zmysły, należałoby sięgnąć do prezentowanej w literaturze szkoły Nyingmapa koncepcji "czystego doświadczenia". Jest to zmysłowe doświadczenie, różniące się od wszystkich, jakie zwykle mamy, tym, że przejawia się w nim wrodzona mądrość (rig pa). Istnieje ona zawsze w "przestrzeni" pomiędzy nieustannie płynącymi myślami i uczuciami. Te minimalne i trudne do uchwycenia momenty między nimi to miejsce wolności, sfera przejawiania się prawdziwego, nie uwarunkowanego umysłu, stanowiącego w buddyzmie tybetańskim najwyższą ontologiczną i epistemologiczną wartość. Wejście w tę przestrzeń nie jest łatwe, chociaż nigdy nie jesteśmy od niej oddzieleni, bowiem ona stanowi w naszym bycie to, co naprawdę rzeczywiste: jak wiemy z filozofii buddyjskiej, ta przestrzeń nie jest różna od umysłu. Opisywana w książce koncepcja proponuje w tej sytuacji szczególne wykorzystanie zmysłów, poprzez wejście we wzmiankowane wyżej "czyste doświadczenie". Jest ono opisywane jako doświadczenie nie zapośredniczone żadnym myśleniem, doświadczenie w podstawowym sensie prewerbalne, które by nie ujmowało tego, co się nam jawi, w kategoriach istnienia, nieistnienia, podmiotu czy przedmiotu, wielości lub jedności i tym podobnych dualistycznych kategorii. W takim doświadczeniu, stanowiącym manifestację rig py - pierwotnej mądrości, jego forma i zawartość są transcendentne wobec podzielonego i uwarunkowanego świata. Oczywiście, aby mogło ono mieć miejsce, muszą zajść różne konieczne warunki, zarówno podmiotowe, jak i przedmiotowe, które same należąc jeszcze do sansary, czyli uwarunkowanego świata, tworzą podstawę jej przekroczenia, podobnie jak dobre czyny według buddyzmu nie są wystarczające do uzyskania oświecenia, ale bez nich nie jest ono możliwe. Podmiotowym warunkiem jest tu dojście do takiego stanu umysłu, dzięki któremu umysł sam zacznie przeprowadzać destrukcję swych ograniczeń, swojego uwięzienia w ideach i postawach. Tutaj podkreślić należy wielkie znaczenie sposobów takiego "samouwolnienia", znaczenie "skutecznych metod", do których, obok praktyk medytacyjnych należą właśnie, środki wyzwolenia przez zmysły.

Należy także zauważyć, czym są w koncepcji mahajany, a szczególnie specyficznej dla buddyzmu tybetańskiego buddyjskiej tantry, same zmysły. Ważne w tym względzie jest podejście do ciała. Od lat nie rozwiązany jest w tradycji wielu kultur problem psychofizyczny, kwestia stosunku umysłu do ciała. Tybetańska droga wyzwolenia oferuje szczególne rozwiązanie tego zagadnienia, związanego, jak to ma miejsce na ogół w religiach astrobiologicznych, z docenieniem wartości ciała. W stanowiącym istotę buddyjskiej doktryny Prawie Współzależnego Powstawania, ukazującym między innymi, w jaki sposób poszczególne składniki tworzące continuum ludzkiej egzystencji są powiązane ze sobą, mówi się o tym, że tzw. "sześć podstaw", czyli sześć zmysłów (wliczając w to intelekt w sensie Kantowskim, będący czymś odmiennym od umysłu - ducha - świadomości), utożsamić można z ciałem wchodzącym w kontakt ze światem. Całe ciało jest więc w pewnym sensie narządem poznania pod warunkiem, że jest ono zintegrowane w pełni samo w sobie oraz z umysłem, stanowiąc jego ekspresję. W buddyzmie mówi się, pod pewnymi szczególnymi warunkami, o "cennym ludzkim ciele", a w praktykach buddyzmu tybetańskiego, będącego doktryną alchemicznej przemiany całego człowieka, ciało jest uznawane jako niezbędne narzędzie wyzwolenia. Zmysły nie są w nim traktowane za nieistotny dodatek do intelektu, jak nieraz współcześnie bylibyśmy skłonni sądzić, coraz bardziej identyfikując się z komputerową siecią i wirtualnymi światami. W tantrycznej wizji zmysły, w swej podstawowej, oświeconej formie są tożsame z wzorami uniwersalnej, oświeconej energii, tworząc tzw. Ciało Radości (Sambhogakaja), będące z kolei spontaniczną manifestacją ostatecznej Rzeczywistości, czyli Ciała Prawdy (Dharmakaja). Tym samym zmysły nie występują tu jedynie jako funkcje materialnego ciała w materialnym świecie, ale stanowią pewne archetypowe formy postrzegania. Wgłębiając się w ich istotę, wnikamy w naturę umysłu. Stąd też zaskakujące środki pracy z samymi zmysłami i wiara w ich skuteczność. Nie należy jednak sądzić, że same zmysły wystarczają do uzyskania wyzwolenia. Jest z tym podobnie jak u jednego z greckich filozofów jak w wypowiedzi Demokryta, twierdzącego, że złymi są świadkami zmysły dla ludzi posiadających dusze barbarzyńców. Jeżeli sięgniemy do omawianej w pracy Joanny Tokarskiej-Bakir Tybetańskiej Księgi Umarłych (Bar do thos grol), będącej przykładem wyzwolenia przez słuchanie w stanie pośrednim (po fizycznej śmierci i przed następnym odrodzeniem w jednym z sześciu światów), to spotkamy się z niejako hasłowym powtarzaniem myśli, iż rozpoznanie i zrozumienie przynosi wyzwolenie. Do tego, by mogło być ono osiągnięte, konieczne jest jeszcze coś poza "mechanicznym" powtarzaniem świętych formuł. Przysłowie buddyjskie mówi, że gdyby nawet milion Buddów nauczało psa, to jedynym efektem byłoby to, że machałby on ogonem. W naszym kręgu kulturowym powiedziałoby się zaś "gadał dziad do obrazu..." "Mechaniczne" powtarzanie mantr to nie tylko praktyka "prostaczków", ale także doskonale wykształconych w filozofii lamów. A więc paradoksalne środki opisywane w książce, takie jak powtarzanie, oddawanie czci posągom itd., mają uczynić coś ważnego z nami samymi, pozwolić na to, by przestrzeń między myślami i uczuciami na tyle się "rozszerzyła", by mogła zamanifestować się naturalna mądrość (rig pa), "świecąca" między nimi cały czas, chociaż przytłumiona sansarycznym sposobem życia. To ona ostatecznie jest zrozumieniem prowadzącym do wyzwolenia. Według tekstu Księgi Bar należy zapamiętać wszystko, co jest w niej zawarte, tak by być zdolnym do odtworzenia jej treści nawet w ekstremalnie trudnych okolicznościach, przypomnienie to bowiem pozwala na odtworzenie jej w stanie pośrednim, między śmiercią i odrodzeniem. Jak dalej czytamy, w stanie pośrednim umysł jest dziewięciokrotnie jaśniejszy i dlatego może z łatwością rozpoznać naturę ukazujących się wtedy świateł, kolorów i dźwięków, jako będących projekcjami umysłu. To zrozumienie przynosi wyzwolenie.

Poza powyższymi uwagami można jeszcze wspomnieć o szczególnym, przedmiotowym warunku wyzwolenia przez zmysły, opisanym w interesujący sposób przez Autorkę. Ścieżka wyzwolenia przez zmysły jest sama w sobie aktywna, jej aktywność wychodzi na spotkanie aktywności człowieka. Wiąże się to z istniejącą w tantrze energetyczną wizją świata. Świat pojęty jest jako wielki energetyczny proces, tworzony przez energie sansaryczne jak i energie oświecone. W takim świecie sacrum nie tylko "jest", ale również - działa. Dzięki aktywności Buddów i innych oświeconych istot pewne przedmioty, dźwięki, słowa, sytuacje, miejsca "nasycają się" oświeconymi energiami, czekając na kontakt, poprzez który możliwe będzie ich pozytywne współuczestniczenie w procesie wyzwolenia umysłów z iluzji. Autorka podaje wiele tybetańskich przykładów spontanicznie stworzonych i samostworzonych przedmiotów, odbierających cześć z powodu swych niezwykle pomocnych cech w procesie wyzwolenia. "Manicznie" wyposażone przedmioty mogą się usamodzielnić i powodować realne skutki. Podaje też przykłady przedmiotów, które nabrały tych właściwości dzięki oddawaniu im prawdziwej czci. Nasycają się one wtedy intencjonalnie ukierunkowną mocą, która powoduje realne skutki. Wiąże się to z przekonaniem, nie tylko Tybetańczyków, ale w ogóle człowieka archaicznego, że myślenie ma moc, a od siły umysłu zależy, w jakim stopniu myśli wpłyną na świat.

Książka pełna jest interesujących porównań mających charakter komparatystyki religioznawczej. Zdarza się jednak, że te porównania mogą być niewłaściwie odczytane, niekoniecznie bowiem formalna zbieżność opisu jakichś zjawisk musi świadczyć o ich tożsamości, czy też nawet takożsamości. Tak będzie na przykład w wypadku częstych w książce odwołań do kultury żydowskiej i Bizancjum. Zasadniczą różnicą między tymi systemami jest przyjęcie innego czynnika, który w ostateczności zbawia. W buddyzmie jest to rozpoznanie natury czynu (karman), dzięki czemu możliwe jest poznanie iluzji podmiotowo-przedmiotowego podziału rzeczywistości i rozpoznanie natury umysłu. W judaizmie i chrześcijaństwie jest to łaska miłującego swe stworzenie Boga. W tym kontekście potraktowanie ciemnego języka mistyki (w Indiach sandhjabhasza), języka powtórzeń, mantr i nieustannej modlitwy jako mającego w tych przypadkach ten sam charakter może wprowadzić w błąd. Jest tak, ponieważ ontologie tych trzech religii różnią się w taki sposób, że nawet wtedy, gdy ich przedstawiciele mówią to samo, to nie jest to samo. W tradycji żydowskiej język - trzeba dodać, język hebrajski - jest "substancją" świata, z której został on utworzony. Tora jest konsubstancjalna z Bogiem, którego imieniem jest JHWH, "Ten, Który Jest". A więc a fortiori Tora jest też zasadą istnienia jako istnienia. Pobożny chasyd nigdy nie zapominał o tym zasadniczym, egzystencjalnym znaczeniu świętego języka, tym bardziej pamiętał o nim kabalista. W buddyzmie język, nawet język mantr, jest ostatecznie "pusty", czyli na gruncie głównej filozofii buddyjskiej, madhjamiki, pozbawiony inherentnego istnienia. W buddyjskim ujęciu takiego istnienia nie posiadają żadne szczegółowe i ogólne sensy, w ogóle nic nie istnieje samo z siebie - to główna teza buddyzmu we wszystkich jego odmianach, o ile jest on jeszcze buddyzmem. Ponieważ świat jest "pusty" (śunja) - bowiem jest "współzależnie uwarunkowany" (satitiapradupada) - nie można na gruncie buddyzmu mówić o żadnym Logosie w takim znaczeniu, w jakim mówi się o nim w kręgu śródziemnomorskim. Tym samym różne paradoksalne funkcje szeroko pojętego języka: powtarzanie, niezrozumiałość, zatarcie znaczeń, bełkot, milczenie itd. są zupełnie odmienne w tych tradycjach. Inny jest ostateczny cel, jaki ma być dzięki nim osiągnięty, inny jest po prostu charakter zbawienia i wyzwolenia. W buddyzmie jest to rozpoznanie swego umysłu, swej prawdziwej, nie skażonej niewiedzą (awidja) natury, w chasydyzmie "przylgnięcie" do Boga, którego nie można porównać z celem soteriologicznym buddyzmu. Podobnie mylące może być porównanie praktyk buddyzmu tybetańskiego z praktykami stosowanymi w chrześcijaństwie bizantyńskim, szczególnie w hezychazmie. W modlitwie Jezusowej powtarzanie ma inny charakter i cel niż w przypadku powtarzania mantr. Ta modlitwa nie jest w ostateczności bezprzedmiotowa, chociaż takimi są elementy samej praktyki, jak opróżnienie umysłu z dyskursywnej myśli. Jej celem nie jest ukazanie natury (pustego i świetlistego) umysłu, ale przygotowanie "miejsca" na przejawienie się Energii Logosu. Inne jest też podejście w omawianym buddyzmie i teologii bizantyńskiej do statusu zmysłów. W Bizancjum uważano, że dopiero uciszenie energii ludzkiej działającej właśnie poprzez zmysły otwiera drogę do sfery pozazmysłowej, w której aktywne są "boskie nie stworzone Energie". Drogą jest tu raczej uciszenie zmysłów niż wniknięcie w ich istotę, w buddyjskiej tantrze, jak wiemy, utożsamioną z Ciałem Radości.

Jak wspomniałem na początku, książka Joanny Tokarskiej stanowi bardzo interesujące, błyskotliwe i erudycyjne studium etnologiczne. Nie ze wszystkimi rozważaniami o charakterze filozoficznym zawartymi w niej można się zgodzić, co nie umniejsza faktu, że naprawdę warto ją przeczytać. Tajemniczy, a ciągle jeszcze istniejący świat tybetańskiego buddyzmu z jego niezrozumiałymi dla przeciętnego obserwatora zachowaniami staje się dzięki temu bardziej dostępny.

 

ŁUKASZ TRZCIŃSKI, ur. 1947, dr hab., pracuje w Instytucie Filozofii UJ.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama