"Opcja Benedykta" rozwiązaniem idealnym?

Nasze czasy przypominają kres cesarstwa rzymskiego - lekarstwem na dekadencję może być tworzenie żywych wspólnot chrześcijańskich. Na tym polega koncepcja "opcji Benedykta"

"Opcja Benedykta" rozwiązaniem idealnym?

Nazwa grupy Opcja Benedykta nawiązuje do tytułu książki Roda Dreher'a. Moim zdaniem warto by było podyskutować ją w gronie zainteresowanych tym tematem. Autor książki porusza temat, o którym myślę od lat 80-tych: dzisiejszy kryzys na świecie przypomina bardzo kryzys końca cesarstwa rzymskiego, który dotyczył sfery moralnej, duchowej. Potem był rozpad państwa, wędrówki ludów i w konsekwencji upadek cesarstwa. Aby sobie uświadomić, jaka to była zapaść kulturalno-cywilizacyjna wystarczy powiedzieć, że poziom cywilizacyjny cesarstwa rzymskiego z II, III wieku Europa Zachodnia — Francja, Niemcy, Hiszpania, Anglia — osiągnęła dopiero w XVII wieku. Wtedy dopiero miasta zachodnie wróciły do poziomu sprzed 1500 tysiąca lat pod względem poziomu sieci kanalizacyjnej, wodociągowej, budowy dróg, szlaków komunikacyjnych. Natomiast jeżeli chodzi o edukację mierzoną umiejętnością pisania i czytania, to ludność Europy Zachodniej osiągnęła poziom kultury z czasów cesarstwa rzymskiego dopiero w pierwszej połowie XIX wieku, a Polska może pod koniec tego wieku. To ogromna zapaść kulturowa jaka istniała w Europie ponad 1,5 tysiąca lat!

Odpowiedzią na upadek cesarstwa rzymskiego nie były ruchy, które chciałyby to osiągnąć siłą. Św. Benedykt nie podejmuje żadnych walk, inicjatyw społecznych, zakłada jedynie klasztory, w których konsekwentnie pielęgnuje kulturę. Żeby nie być gołosłownym: cała literatura starożytna, poza Pismem Świętym, przetrwała do naszych czasów tylko w odpisach, które powstawały w klasztorach(!). Przez wiele wieków elity społeczne, królowie, książęta byli analfabetami. To, że w XI wieku Kazimierz Odnowiciel, który jest fundatorem naszego opactwa, umiał pisać i czytać to tylko dlatego, że miał mądrą matkę. Właściwie był przeznaczony do kariery kościelnej, dlatego został wysłany prawdopodobnie do Braunschweig do opactwa benedyktynów w Nadrenii. Kiedy wezwano go na polski tron, wziął ze sobą mnichów. Pisać i czytać umiała również jego siostra, Gertruda, która wyszła za mąż za księcia kijowskiego i która była autorką „Modlitewnika Gertrudy” napisanego oczywiście w języku łacińskim. Można powiedzieć, że była pierwszym literatem polskiego pochodzenia. To był jednak wyjątek. Tak naprawdę dopiero od końca XII wieku rozpoczęła się edukacja elit i dopiero wraz z wiekiem czternastym i piętnastym, czyli wraz z nastaniem epoki renesansu, poziom społeczeństwa zaczął wzrastać. Jednak ten wzrost był jeszcze przez długi czas zawężony do elit. Zaczęło się także rozwijać szkolnictwo elementarne, ale dopiero w XIX wieku kultura osiągnęła poziom rozwoju właściwy cesarstwu rzymskiemu z II wielu.

Jeżeli chodzi z kolei o książki, to żaden tekst pochodzący bezpośrednio ze starożytności nie przetrwał i epoka Odrodzenia nie byłaby możliwa bez tego, co zrobili mnisi w klasztorach, w Europie.

Dzisiaj ponownie obserwujemy upadek kultury: kultury bycia, wzajemnych relacji, kultury krytycznego myślenia... Koncepcja, którą nazywam „Opcją Benedykta” jest następująca: trzeba w pewnym stopniu nawiązać do tego, co zrobił św. Benedykt, czyli tworzyć wspólnoty, które stają się wspólnotami życia albo dużej więzi, w których przechowuje się wartości i kulturę bycia. Wpływ klasztorów benedyktyńskich i cysterskich na kształtowanie się infrastruktury gospodarczej był w historii bardzo duży. W południowo-zachodnich Niemczech jest to bardzo wyraźnie widoczne: tam, gdzie były klasztory, okolice ożywały gospodarczo. Rozwijało się rzemiosło, handel, rolnictwo i oczywiście także kultura słowa pisanego. Jednym słowem wzrastała cała kultura. Jest to zrozumiałe. Klasztory nie angażowały się w wojny, konflikty, nie trwoniły pieniędzy na rozrywki. Żyły skromnie i dbały o to, aby ich praca była podejmowana i realizowana z sensem i dużą kulturą. To przynosiło efekty i przekładało się na rozwój innych dziedzin, w ogóle kultury. Poza tym aż do końca XII wieku kulturę tworzyli duchowni.

Natomiast jest jedna fundamentalna sprawa: u nas wykształcił się pewien schizofrenicznych model, który polega na tym, że uczymy się czegoś, ale jest to tylko wiedza teoretyczna, poczynając od podstawówki. Szkoła jest miejscem, gdzie następuje spotkanie: z jednej strony wykładowcy, z drugiej uczniowie, którzy po zajęciach wszyscy się rozchodzą do swojego życia. Meblujemy głowę wiedzą (czasem jest to ogromna wiedza), natomiast nie przekładamy tej wiedzy na praktykę życia duchowego. I tu rodzi się przepaść, której konsekwencją są np. afery pedofilskie, które dotykają także Kościół. Jeżeli sprawcą jest ksiądz, terapeuta, psycholog, bądź prawnik, to nie można powiedzieć, że oni nie zdają sobie sprawy z tego, co robią. „Teoretycznie” oni wiedzą, że wyrządzają zło, tylko praktycznie nic z tego nie wynika. To jest ta schizofrenia.

To samo dotyczy życia religijnego, nauki, a przecież Ewangelia jest czytana! Nawet jeżeli ludzie nie czytają Ewangelii w domu, to słyszą ją w kościele. I tak Ewangelia mówi jednoznacznie: jeżeli nie przebaczysz z serca, to ci Bóg też nie przebaczy. A w życiu widzimy bardzo dużo złości nawet w rodzinach! Każdy wie, że należy kochać bliźniego, ale niewielu rozumie, że przypowieść o miłosiernym Samarytanie wskazuje, że to właśnie wróg może okazać się naszym bliźnim, jak stał się nim wróg-Samarytanin dla Żyda. Pan Jezus daje nam do zrozumienia, że nie chodzi o to, czy ktoś należy do narodu wybranego, czy do „naszych”, a reszta to obcy, tylko bliźnim jest ten, który po ludzku traktuje drugiego, kto prawdziwie żyje przykazaniem miłości wobec innych:

Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie (J 13,34).

W nauce o Sądzie Ostatecznym nie ma żadnego założenia odnoszącego się do tego, kim jest ten, który zostanie przez Jezusa przyjęty do Jego królestwa: czy jest uczniem Chrystusa, czy jest Żydem, czy jest poganinem, czy Hindusem, czy ateistą. Takiej klasyfikacji nie ma. Jest tylko zdanie: coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili, czyli chodzi o faktyczną pomoc, o faktyczne miłosierdzie albo o jego brak: coście uczynili, albo czegoście nie uczynili. W ten sposób Pan Jezus bardzo wyraźnie wskazuje na konkretną postawę, czyli praktykę w życiu. Biblia jest pod tym względem bardzo wyraźna. Miłość to po prostu konkretna postawa, która wyraża się miłosierdziem, życzliwością. Św. Paweł mówiąc o życiu prawdziwym, o życiu według Ducha, wskazuje na owoce, które jednoznacznie pozwalają rozpoznać prawdziwe życie w odróżnieniu od tego, „co się rodzi z ciała”, czyli konkretne efekty życia według własnych namiętności:

Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa. (Ga 5, 19-23)

Do owoców życia według Ducha trzeba dodać: pokorę, przebaczenie, wdzięczność, wytrwałość.

Powyższe owoce wynikają z konkretnej postawy wobec innych. Św. Jan dodaje, że ta konkretna postawa przekłada się na naszą żywą relację w odniesieniu do Boga:

Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. (1 J 4,20)

Bardziej jednoznacznie nie może to było tego powiedzieć! Natomiast kto się tym przejmuje?!

Dlaczego się tak dzieje? Wydaje się, że jest to wynik schizofrenii intelektualno-egzystencjalnej. Z jednej strony mamy wiedzę teoretyczną, a z drugiej jest życie, które rządzi się zupełnie czymś innym niż człowiek teoretycznie uznaje. Uważam, że dzisiaj największą herezją i problemem, jeżeli chodzi o prawdziwą wiarę, jest jej ideologizacja, sprowadzenie do doktryny, zarówno doktryny w sensie dogmatów, jak i doktryny w sensie moralnym.

Dlatego właściwą odpowiedzią na taką sytuacją jest mądrość monastyczna, która polega na tym, żebym starał się wprowadzić zasadę Ewangelii w życie na co dzień. Można mieć krytyczne uwagi do tego, jak to św. Benedykt robił praktycznie. Z pewnością raz lepiej, raz gorzej, natomiast niewątpliwie Reguła jest doskonale trafiona. Oczywiście też są w niej braki i trzeba ją reinterpretować na dzisiejsze czasy. I tak np. Św. Benedykt bardzo wyraźnie mówi o posłuszeństwie jako o zasadniczym narzędziu życia duchowego, co jest niewątpliwie prawdą zasadniczą. Tylko, że u św. Benedykta posłuszeństwo przekłada się na posłuszeństwo przełożonym bez wyznaczenia temu posłuszeństwu żadnej granicy. Natomiast w nauce moralnej Kościół mówi, że w naszym życiu trzeba się kierować sumieniem, nawet wówczas, gdyby przełożony mówił nam coś innego. Człowiek musi zawsze słuchać swego sumienia. Niewątpliwie trzeba bardzo poważnie traktować polecenie przełożonych, natomiast nawet gdyby papież powiedział coś, co w naszym sumieniu byłoby niezgodne z nauką Pana Jezusa, musimy słuchać naszego sumienia, bo z niego będziemy sądzeni. Jednak musimy pamiętać, że też do posłuszeństwa przełożonym jesteśmy zobowiązani w sumieniu!

Oczywiście takiego wskazania u św. Benedykta nie ma. Dlaczego?  Nie znam odpowiedzi. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że przełożony może nakazywać złe rzeczy. Pierwotnie w monastycyzmie posłuszeństwo posuwało się aż do ślepoty, stąd regułę też trzeba korygować. Jednak kierunek wyznaczony przez regułę jest bardzo trafiony i bardzo trafione są zasady, które będąc uniwersalnymi dotyczą wszystkich ludzi.

Dlatego w Opcji Benedykta chodzi o tworzenie środowiska, a najlepiej wspólnoty, która będzie te wartości pielęgnowała, podtrzymywała i przechowywała. Jednak wydaje się, że w dzisiejszych czasach monastery tego nie są w stanie zrobić tak, jak to robiły w czasach wczesnego średniowiecza. Kryzys Kościoła jest ogromny, maleje liczba powołań, przynajmniej na Zachodzie. Tendencja może się odwrócić, jednak obecna sytuacja społeczno-polityczna powoduje, że same klasztory nie są w stanie uratować kultury. Dziś muszą to zrobić wspólnoty chrześcijan obejmujące nie tylko mnichów, ale też świeckich. O ile dawniej klasztory miały charakter elitarny, o tyle dzisiaj świat niesie z sobą tak wiele możliwości i osiągania sukcesów, że życie monastyczne nie jest już żadnym „awansem” dla ludzi i wyznacznikiem sukcesu. Jak na to już wcześniej wskazaliśmy, św. Benedykt pisał Regułę dla mnichów, jednak de facto jest ona regułą życia duchowego dla chrześcijan. Kiedyś świeccy właściwie nie umieli czytać ani pisać, co dzisiaj nie jest dla nich żadnym problemem. Ponadto sami dobrze znają, bo czytają Ewangelię, i mogą zobaczyć, że Reguła jest próbą wprowadzenia zasad Ewangelii w życie.

Oczywiście, trzeba pewne sprawy sprofilować, jeśli chodzi o życie rodzinne. Ten projekt zakłada istnienie środowiska, ośrodka, wspólnoty w którym rekolekcje, czy warsztaty nie ograniczają się do teorii, ale pozwalają doświadczyć tych wartości, o których się mówi. Wspólnota, czyli grupa ludzi która ten ośrodek prowadzi, sama musi owe wartości praktykować, a nie traktować tego miejsca jak szkołę w obecnym rozumieniu szkoły. Tyniec jest w pewnym sensie przykładem stosowania teorii i praktyki, ale tylko w pewnym sensie. Tutaj mnisi żyją w rytmie liturgii, lectio divina i modlitwy osobistej, co jest wyznacznikiem ich życia. Oczywiście na ile są w tym uczciwi — to osobna sprawa, bo każdy z nas jest słaby, ale jednak w Tyńcu jest pielęgnowana pewna kultura. Widać to choćby w liturgii. Tyle, że jest tu jeden zasadniczy problem: osoba świecka, która tu przyjeżdża właściwie patrzy na mnichów, jak na zjawisko. Może się tu dobrze czuć, ale to nie jest jej życie. To jest dla niej pewna egzotyka. Mnisi tworzą tu rodzinę innego typu, ale przebywająca tu osoba świecka ma w domu żonę, męża, dzieci albo jest samotna. Pracuje, musi się opiekować matką, ojcem, ma obowiązki w pracy i z tym związane dylematy i wiele innych zobowiązań.

Gdyby natomiast założyć wspólnotę, która obejmuje i świeckich, i mnichów, która koncentrowałaby się wokół liturgii, medytacji i lectio divina jako praktyk codziennych, a jednocześnie pracowała konkretnie na własne utrzymanie, jak to w istocie jest u św. Benedykta w Regule, to taka wspólnota może włączać różnych ludzi świeckich w swoje życie. Niezależnie od tego, czy to jest małżeństwo nawet z małymi dziećmi, czy osoby samotne, młode lub starsze. Ich zaangażowanie we wspólnotę może być doraźne w ramach rekolekcji lub warsztatów, dłuższe spowodowane potrzebą odnalezienia równowagi, a nawet może być okresowe lub na stałe. Ważne tylko, aby te osoby miały w wymiarze społecznym zabezpieczone podstawowe potrzeby.

Załóżmy, że wspólnota jest tak zorganizowana, że każdy ma gdzie mieszkać i wspólnie się żywi. To jednak nie wystarczy: trzeba jeszcze zapłacić ZUS, podatek, wychować i wykształcić dzieci. Ktoś, kto jest na emeryturze, ma już świadczenia, i on tych dodatkowych rzeczy nie potrzebuje i wystarczy mu zapewnione codzienne utrzymanie. Zatem sytuacje osób we wspólnocie mogą być bardzo różne. Przede wszystkim osoby zaangażowane muszą zrozumieć, że tworzymy wspólnotę, w której fundamentalne zasady życia praktykuje się na co dzień. Punktem wyjścia do tworzenia takiej wspólnoty jest Reguła św. Benedykta, którą trzeba oczywiście aktualizować.

Jeżeli ta wspólnota zajmuje się prowadzeniem rekolekcji, warsztatów, to osoby świeckie powinny zarządzać: administracją, wyżywieniem, sprawami porządkowymi. Ale jednocześnie te osoby powinny być też żywymi świadkami nie tylko przez sam fakt, że żyją we wspólnocie, ale również przez uczestnictwo w życiu liturgicznym i modlitewnym. Jednocześnie mogą na miarę swoich możliwości prowadzić wykłady, zajęcia dla rekolektantów i uczestników warsztatów. Dzisiaj nie można prowadzić dobrze formacji ludzi bez elementów psychologii, na których zna się psycholog, a nie kapłan. Nie można prowadzić diety, dbać o zdrowie i styl życia bez lekarza i dietetyka. Konieczni są fachowcy w tych dziedzinach.

Mnisi powinni mieć czas, aby móc przewodniczyć liturgii, spowiadać, prowadzić rekolekcje, warsztaty, rozmawiać z ludźmi. Natomiast w organizacji życia, w zarządzaniu powinny uczestniczyć osoby świeckie. Tyniec nie zrobiłby tego, co robi, bez ludzi świeckich. Proponowana zmiana polega na tym, że świeccy w Tyńcu to pracownicy, którzy przychodzą do pracy na osiem godzin, a potem wracają do swojego życia, a w Opcji Benedykta są pełnymi uczestnikami dzieła. Tworzą oni z mnichami wspólnotę, która uczestniczy w życiu, angażuje się. Oczywiście nie uniknie się sytuacji, w której będą potrzebne osoby tylko najęte do pracy, na przykład z okolicznych miejscowości. Natomiast przynajmniej dla części osób to powinien być dom, w którym mieszkają i pracują u siebie. Wszyscy się gromadzimy na liturgii w porządku takim, jak mnisi w Tyńcu. O ustalonej porze jest Jutrznia, msza święta, medytacja, śniadanie praca, inne godziny liturgiczne, obiad, kolacja. Sam porządek dnia trzeba opracować. Jeżeli ktoś nie może w nim uczestniczyć, to nie uczestniczy, bo jako świecki nie jest do tego zobowiązany, ale ze swojego osobistego doświadczenia mogę zaświadczyć, że taki rytm dnia niezwykle pomaga w życiu duchowym. Praktyka stawia kilkakrotnie w ciągu dnia przed Bogiem i wytrąca z zaabsorbowania tylko pracą dając właściwą perspektywę życiową. To jest antidotum na pracoholizm i zamknięcie się w doczesności:

A zatem nie martwcie się, mówiąc: „Co będziemy jeść?”, albo: „Co będziemy pić?”, albo: „Czym się odziejemy?” Bo o to wszystko zabiegają poganie (Mt 6,31—32).

Ale pod jednym warunkiem: nie możemy siedzieć i czekać! Mamy pracować, jednak praca nie może stać się wyznacznikiem życia.

Udział w tej wspólnocie może być bardzo różny. Ktoś może wspierać jej działania z zewnątrz, mogą do niej należeć także ludzie, którzy zaangażują się we wspólnotę tylko w jakimś wymiarze czasowym dla własnego pożytku jak i dla dobra wspólnoty. Mogą do niej należeć ludzie, którzy pobłądzili w życiu, stracili sens, rozpadł im się biznes, upadli na dno, są po terapii alkoholowej i szukają miejsca, gdzie mogliby odnaleźć siebie i normalnie funkcjonować, a po nabraniu sił wracają do świata. Mogą do niej należeć też przyjaciele wspólnoty. Ważne jest jednak miejsce, fakt, że ono jest, że w nim mieszkają i żyją wspólnie ludzie. Przy czym gdy ludzie w Tyńcu często mówią: „A wam mnichom to łatwiej...” W takiej wspólnocie zobaczą też ludzi świeckich, którzy żyją Regułą i w niej pracują. 

Oczywiście na ile jest realne w dzisiejszym świecie utrzymać taki ośrodek, nie wiemy. Wydaje się, że sama działalność duszpasterska nie jest w stanie go utrzymać. Muszą być inne źródła dochodu. Ci, którzy będę przyjeżdżać zapłacą za uczestnictwo w rekolekcjach, warsztatach, a niektórzy będą mogli bezpłatnie brać w nich udział. Możliwa jest też inna forma uczestnictwa: włączanie się w pracę w ośrodku osób, które nie mają pieniędzy na opłacenie pobytu i udziału w warsztatach w prace.

W naszej koncepcji chodzi o holistyczne podejście do człowieka. Hasło Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony trzeba przełożyć na praktykę życia w jego dzisiejszym kształcie, z dzisiejszymi wymogami, zasadami. Tylko taka wspólnota będzie miała odpowiednie zaplecze, żeby prowadzić rekolekcje, warsztaty, bo staje się żywym świadkiem sensowności tego, co się głosi. Wszyscy goście są zaproszeni do liturgii, do jednego stołu, do wspólnoty, a nie stoją z daleka jako obserwatorzy. W tej sposób realizuje się koncepcja Kościoła jako wspólnoty wszystkich wierzących, a nie jedynie duchownych. Kapłani przewodniczą liturgii, jednak liturgia jest dziełem całego Kościoła. Trzeba wyjść z mentalności, która nadal funkcjonuje, że liturgia jest dla kapłanów, mnichów, zakonnic. Dzisiaj część świeckich już wie, że tak nie jest i sami odmawiają liturgię, ale niestety najczęściej indywidualnie. A dopiero wspólna liturgia — świeckich i duchownych — nabiera właściwego, kościelnego charakter wspólnotowego.

Taka jest ogólna koncepcja Fundacji.

Włodzimierz Zatorski OSB (ur. 1953) benedyktyn, fizyk, teolog, filozof. Ukończył studia z fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim (1980 r.) Od 1980 w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu, (śluby wieczyste złożył w 1984 r.). Założycieli wieloletni dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów „Tyniec”. Od 2005 do 2009 przeor w Tyńcu, 2010-2013 mistrz nowicjatu. Od 2015 szafarz (ekonom) klasztoru. Od 2002 roku prefekt (opiekun) oblatów świeckich przy Opactwie w Tyńcu. Autor ponad 40 tytułów książkowych w tym 3 tytuły z zakresu duchowości lidera: „Podstawy duchowości lidera” (2011), „Duchowość lidera. Wybrane zagadnienia” (2014), „Duchowe dylematy lidera” (2017).

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama