Dom między lipą a bilbordem cz.2

Spis treści i pierwszy rozdział



Dom między lipą a bilbordem cz.2

Łukasz Kamykowski

DOM MIĘDZY LIPĄ A BILBORDEM

ISBN: 978-83-7505-152-0

wyd.: WAM 2008




4.

Niedziela, 2 lipca, po południu

Przeczytałem jeszcze raz to, co napisałem wczoraj. Popoprawiałem. Ciekawe. Niezależnie od tego, co z tego ostatecznie wyjdzie, chyba warto to pociągnąć dalej. W najgorszym razie mi to odrzucą. No, to trudno. Pisać trzeba, bo już sam jestem ciekaw, czy uda mi się przedstawić to, o czym naprawdę myślę i jak się to wszystko skończy.

5.

Antek Koziarski czekał na przystanku już dobry kwadrans na cokolwiek, co by jechało przez Most Dębnicki i Aleje w stronę AGH. Przemarzł zupełnie i zabijanie rękami ani przytupywanie nogami nie mogły tego zmienić. Po prawdzie, po tej stronie ronda wielu możliwości nie było. W zasadzie tylko jedna regularna linia i paru kolegów maluchami, którzy czasem go zgarniali z przystanku. Ale z żadnym z nich nie był dziś umówiony. Więcej autobusów czy busików w tamtą stronę zatrzymywało się po przeciwnej stronie ronda i gdyby chodziło tylko o to, żeby się nie spóźnić na zajęcia i nie zamarznąć na amen, to od początku trzeba było ustawić się na tamtym przystanku. Nie ruszył się jednak z tego, na którym stał. Oficjalnie nie chciało mu się pokonywać pieszo połowy ronda i czekać dwa razy na światła. Tak naprawdę, to ciągle zerkał w stronę niewidocznego we mgle blokowiska za plecami z nadzieją, że może jeszcze nadejdzie Kaśka, osobista przyjaciółka jego kuzynki Joasi. Zwykle jeździła na swoje ogrodnictwo o tej właśnie porze i tą właśnie linią, i zdarzało się, że jechali razem, co nie było dla Antka bez znaczenia. Ale dziś wciąż nie było jej widać. Zresztą niczego nie było widać w tej cholernej mgle. Nawet godziny na zegarku. Podsunął go sobie bliżej pod oczy. Z jego wzrokiem od dzieciństwa było cienko i coraz grubsze szkła poprawiały sytuację tylko częściowo. O tej porze — już raczej nie ma szans. Kaśka jest zawsze superpunktualna. Musiała chwycić poprzedni autobus, żeby się na pewno nie spóźnić. Albo zabrała się jakąś okazją. Podobno Agnieszka Wójcicka, jej druga serdeczna przyjaciółka — prawie na równi z Aśką — od niedawna jeździ maluchem.

W tej chwili usłyszał sapanie i jęczenie wspomaganych hamulców i na przystanek zatoczył się przegubowiec, na który czekał on i — jak się okazało — większość ludzi. Jakoś udało im się wepchać wszystkim i ruszyli w okrążenie trzech czwartych ronda, od świateł do świateł — zawsze czerwonych i ledwie widocznych we mgle. Na przystanku przy zjeździe z ronda w stronę Mostu Dębnickiego coś się działo. Większość ludzi, odwróconych tyłem do autobusu tłoczyła się wokół ławeczki pod zadaszeniem. Kierowca niecierpliwie dał sygnał, że odjeżdża i dopiero wtedy ten i ów oderwał się od zbiegowiska i wskoczył na platformę pojazdu. Okazało się, że ktoś zasłabł na moście w pobliżu przystanku. Jakaś starsza pani obładowana zakupami została z trudem podprowadzona przez młode dziewczę do ławki i kiedy siadła, znów jej było słabo. Ale oprzytomniała natychmiast, gdy ktoś zaproponował wezwanie pogotowia i zaczęła się energicznie opierać. „Całkiem jakbym widział babcię Jankę” — pomyślał Antek. Przeszło mu nawet przez myśl, czy to czasem nie ona. Próbował się dowiedzieć jeszcze czegoś od tych, co właśnie wsiedli i przekazali te wiadomości. Ale nikt z nich nie znał ani starszej pani, ani dziewczyny. Nie wiedzieli też, na czym w końcu stanęło. W dalszej drodze Antek nasłuchiwał mimo woli wycia karetki, ale nic się już nie zdarzyło, dopóki nie wysiadł pod Akademią.

6.

— Zatrzymaj się! Jeszcze Gośka na przystanku — Kasia Szkolnik zawsze miała dobre serce i talent do wymuszania na otoczeniu przynajmniej równie dobrego.

— Nie mogę. Za mną autobus. Też zjeżdża na przystanek — kierująca maluchem Agnieszka, koleżanka Kasi, świeżo po egzaminach na prawo jazdy, była widocznie podenerwowana.

— Poczekaj, pomacham jej, może zauważy — Kasia nie dawała za wygraną.

Nie mogąc sobie poradzić z korbką od szyby, otworzyła drzwiczki i wykręcając się cała do tyłu, wychrypiała w mgłę za sobą:

— Gooośka!

Agnieszka, która właśnie postanowiła uciec przed autobusem i dodała gazu, przyhamowała wobec tego gwałtownie i odbiła ostro ku krawężnikowi w zatoczce przystanku. Widząc nieobliczalne manewry malucha przed sobą, kierowca autobusu zatrąbił nerwowo i zahamował w sam raz, żeby dziewczyna, która oderwała się właśnie od zbiegowiska na przystanku, zdążyła przebiec mu przed maską i wepchnąć się za Kasią w czeluść malucha, stojącego ukosem do chodnika, gdy ta otworzyła drzwiczki na całą szerokość i wyskoczyła na zewnątrz, przez co zatarasowała autobusowi możliwość zjechania na przystanek. W zatłoczonym autobusie na moment zawrzało. Na szczęście rzutkie studentki wykonały manewr na tyle sprawnie, a maluch, mimo maksymalnego obciążenia, poderwał się na tyle szybko — Agnieszka w ostatniej chwili przypomniała sobie o wrzuceniu jedynki — że wrzenie ucichło, a ciśnienie wewnątrz autobusu po otwarciu drzwi chwilowo zmalało, zanim nowa porcja pasażerów zajęła miejsce wysiadających. Trzy zgrabne, dziewczęce dłonie z tylnego siedzenia malucha zamachały przyjaźnie do kierowcy w momencie, gdy zamykał drzwi i włączał lewy migacz. Agnieszka zamrugała grzecznie światłami awaryjnymi, włączając się do ruchu przed ostro hamującą furgonetką. Maluch zaoponował zgryźliwym zgrzytnięciem na próbę zmiany biegu bez wysprzęglenia. Ostatecznie nie doszło do kolizji i pojazd pomknął ku Alejom Trzech Wieszczów, a dziewczyny mogły nareszcie swobodnie porozmawiać. — Ja już prawie odpuściłam dziś zajęcia — tłumaczyła się, lekko dysząc, Gośka. — Chciałam pomóc Aśce Koziarskiej, która właśnie ratowała na przystanku swoją babcię, kiedy nadeszłam. Znacie Aśkę Koziarską?

— Też coś! Oczywiście, że znamy! — oburzyła się w imieniu wszystkich Kasia i zaraz zaproponowała

— To może zawrócimy na rondo?

— Nie wygłupiajcie się! — zaoponowała dziewczyna wciśnięta w prawy, tylny kąt pojazdu — ja muszę dziś zdążyć na zajęcia. Mam już zawalone jedno kolokwium.

— No, ale... — spróbowała Kasia.

— Aśka twierdziła, że sobie poradzi, że babci zaraz przejdzie i pójdą powolutku do domu — wyjaśniła Gosia. — To niedaleko od ronda. Ktoś zresztą zaproponował, żeby wezwać pogotowie. Inni uważali, że nie warto. Twierdzili, że erka i tak nieprędko dotrze z Grzegórzek, bo Dietla podobno zatarasowana przez wykolejony tramwaj, a wszystkie boczne uliczki zapchane autami szukającymi objazdu.

— To tym bardziej powinnyśmy zawrócić — upierała się Kasia.

— Możemy cię najwyżej wysadzić na pierwszych czerwonych światłach — Agnieszka miała już najwyraźniej dość dobrego serca koleżanki. — Ja też dziś nie mogę się spóźnić na ćwiczenia.

Dodała gazu, przeskakując na lewy pas. Kaśka umilkła obrażona i wykręciła twarz do tylnej szyby. Ale we mgle nie widać już było ronda i przystanku. W szarym mroku jarzyły się tylko blado światła najbliższych samochodów. Westchnęła, a w stronę koleżanek rzuciła zgryźliwie:

— Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

opr. aw/aw



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama