Przebudzenie, czyli prawdziwe oblicze Weroniki

Powieść przenosi czytelnika do starożytnej Jerozolimy i wraz z jej bohaterką Weroniką pozwala przeżyć wiele ciekawych przygód i doświadczyć czegoś nowego i niezwykłego

Przebudzenie, czyli prawdziwe oblicze Weroniki

Claudia Cangilla McAdam

Przebudzenie, czyli prawdziwe oblicze Weroniki

ISBN: 978-83-7424-901-0
wyd.: Edycja Świętego Pawła,
www.: www.edycja.pl 2012


Powieść przenosi czytelnika do starożytnej Jerozolimy i wraz z jej bohaterką Weroniką pozwala przeżyć wiele ciekawych przygód i doświadczyć czegoś nowego i niezwykłego. Weronika to współczesna nastolatka. Ma swoje plany i marzenia, kłóci się z mamą, podkochuje w chłopaku z sąsiedztwa, buntuje. Ciężko chora, budzi się w Jerozolimie dzień przed ostatnią wieczerzą. Robiąc wszystko, by nie dopuścić do ukrzyżowania Chrystusa, gdyż uważa, że oddanie za kogoś życia nie ma sensu, powoli odkrywa Prawdę... i bardziej poznaje samą siebie. Treść książki trzyma w napięciu, wzrusza, chwilami śmieszy, a przy tym dotyka problemu wiary młodej dziewczyny.



fragment:

Rozdział pierwszy

– Nienawidzę cię! – Trzasnęłam drzwiami z hukiem, aż zadrżały ściany w przedpokoju, salonie i jadalni. Chińska zastawa zadźwięczała na szklanych półkach witryny, a gong na stojącym przy wejściu zegarze dziadka jęknął żałośnie, chociaż do pełnej godziny zostało jeszcze dziesięć minut.

Bibeloty w biblioteczce w moim pokoju zachwiały się i zabrzęczały. Kątem oka dostrzegłam, że stojące na najwyższej półce trofeum zadrżało i zakołysało się na boki niczym zataczający się pijak rozpaczliwie szukający równowagi. Wyciągnęłam rękę, ale już było za późno. Figurka zdążyła przekoziołkować. Złota piłkarka z kucykiem i wyciągniętą nogą oraz balansującą na podbiciu stopy piłką wylądowała na podłodze. Ukruszył się jej kawałek głowy i stopy, a cała postać odpadła od podstawy.

– Au! – jęknęłam i potarłam dłonią tył głowy, zupełnie jakbym to ja ucierpiała na skutek upadku, a nie przedstawiająca mnie figurka.

Pozbierałam jej kawałki. Od podstawy imitującej marmur oderwała się też tabliczka z napisem: „Dla najlepszej zawodniczki”.

– Raczej dla mistrzyni pyskówek – mruknęłam pod nosem. Dlaczego nie potrafię trzymać języka za zębami? – skarciłam siebie w duchu, rozkładając kawałki figurki na biurku.

Przeczesałam włosy palcami – długie jak u piłkarki, ale nie tak proste i złote. Moje były ciemne jak noc i opadały na plecy falami, które przy odpowiedniej wilgotności powietrza zmieniały się w loki.

Kiedy przeciskałam się przez drzwi, sprzączka od moich spodni otarła się o framugę i zgrzytnęła nieprzyjemnie. Usiadłam na podłodze i przyblokowałam drzwi plecami. Po części spodziewałam się, że zaraz wpadnie tu mama na ostateczną rozgrywkę. Nie wejdzie tu, nawet jeśli miałby to być szturm… lub delikatne pukanie i imienna prośba.

Nie tak miało to wszystko wyglądać. Byłam taka szczęśliwa, gdy wchodziłam do domu. Bo przecież niecodziennie się zdarza, żeby ktoś taki, jak Tabby Long, zapraszał mnie na wyjazd wraz ze swoją rodziną do domku w górach. Domek to mało powiedziane. To dwupiętrowy pałac z czterema sypialniami, trzema łazienkami oraz ogrzewanym basenem na tarasie i dwoma śnieżnymi skuterami, czekającymi na przyczepie schowanej w garażu na trzy samochody.

– Dzisiaj wieczorem? Jadą dzisiaj wieczorem? – zapytała mama. Odsunęła delikatnie krzesło od kuchennego stołu i odłożyła książkę kartkami do dołu, tam gdzie właśnie skończyła czytać.

I chociaż leżała do góry nogami, odczytałam jeden z wyrazów w tytule: „wyjście”. Odpowiedni do sytuacji. No bo właśnie planowałam wyjście z domu.

– Właściwie to już przed kolacją – odparłam. – Przecież mamy wolne w Wielki Czwartek i Piątek. Tata Tabby chce wyruszyć wcześniej, żeby zdążyć przed tym wielkanocnym tłumem. To już ostatni weekend, gdy działają wyciągi. Jeśli wyjedziemy odpowiednio wcześnie, to pan Long będzie mógł pozjeżdżać wieczorem ze stoku.

Mama uniosła tylko wzrok. Wiedziała o chorobie oczu pana Longa. Już sama jej nazwa brzmiała przerażająco – zapalenie błony naczyniowej. Białka jego oczu miały przeważnie krwistoczerwony kolor, a tęczówki były zmętniałe. Tabby mówiła, że jej tata może nawet oślepnąć.

– Już nie może jeździć na nartach w ciągu dnia – wyjaśniłam. – Promienie słońca odbijające się od śniegu za bardzo podrażniają jego wzrok. W ogóle to być może jedzie na narty już po raz ostatni.

– Wiem – przytaknęła mama i spojrzała mi prosto w oczy. – Diagnozy nie są najlepsze.

Skoro tak, na pewno pozwoli mi jechać.

– Tabby mówi, że czasami ból jest tak ogromny, że jej tata nie może nawet iść do pracy. Proszę, mamo? Nie wiem, kiedy wybiorą się do swojego domku następnym razem, o ile w ogóle jeszcze będą jechać?

– Ale przecież chodzisz do szkoły dopiero od poniedziałku.

– Czuję się naprawdę dobrze. – Przełknęłam ślinę z kamienną twarzą jako dowód, że angina, która uziemiła mnie w domu na cały tydzień, zupełnie minęła. A nawet jeśli gardło trochę mi jeszcze dokuczało, mama nie musiała o tym wiedzieć.

– Nie chodzi o to – dodała szybko mama. – Ale o lekcje. Masz mnóstwo zaległości – przypomniała, unosząc brwi w sposób nieznoszący sprzeciwu.

– Przecież wiesz, jak szybko czytam i mam dobre oceny. – No, może nie zawsze – pomyślałam. – Zabiorę ze sobą książki i będę codziennie się uczyć.

Mama wstała i nie odzywała się przez chwilę, patrząc na stół. Widziałam, że zastanawia się nad tym, co powiedziałam.

– A kiedy wracacie?

Zrobiłam głęboki wdech.

– W niedzielę rano. Na pewno zdążę jeszcze pójść na wielkanocną Mszę św. – zapewniłam bez chwili wahania.

Mama kiwnęła głową i zaczęła masować czoło opuszkami palców, zastanawiając się wciąż nad moją prośbą. Wiedziała, jakie to dla mnie ważne. Co prawda, Tabby doszła do naszej klasy dopiero we wrześniu, ale obecnie nikt w ósmej klasie nie cieszył się taką popularnością jak ona. Niektóre z dziewcząt gościły już w jej domku w górach podczas ferii zimowych. A teraz, dwa miesiące przed wakacjami, w końcu zaprosiła i mnie.

Mama z powrotem usiadła na krześle i położyła dłonie na stole.

– Ronni, przecież wkrótce rozpocznie się Triduum Paschalne. Dlaczego chcesz wyjechać w tym najbardziej świętym czasie w roku? – Rozłożyła ręce i uniosła je delikatnie dla podkreślenia pytania.

Chciała wiedzieć dlaczego? Czy ona kiedykolwiek była w moim wieku? Czy zapomniała już, jak to jest, gdy człowiek chce trochę się zabawić?

– Ale przecież wrócę na Mszę św. w Wielkanoc. – Nawet jeśli zupełnie nie miałam na to ochoty. – Pan Long dopilnuje, żebym była na czas, o którejkolwiek godzinie sobie zażyczysz. – Pięknie, zaczynam się podlizywać. – Zawsze jest niezwykle punktualny. To chyba zasługa długich lat spędzonych w armii.

– A Wielki Czwartek i jutrzejsza Msza Wieczerzy Pańskiej? Przecież miałaś służyć przy ołtarzu? – Miałam. Po co w ogóle wpisałam się na listę. Kiedyś bawiło mnie bycie ministrantką, zapisałam się dwa lata temu w szóstej klasie. Ale teraz… zamierzałam to zostawić wraz z końcem roku szkolnego. Służyłam tylko dlatego, że tak chciała mama.

– No i opuściłabyś Drogę krzyżową w Wielki Piątek – dodała. – Co byś wtedy robiła?

Cokolwiek – miałam ochotę odpowiedzieć.

– Nie wiem, może…

– Wiesz, że On za ciebie oddał życie.

No nie, znowu – pomyślałam.

– Przecież Go o to nie prosiłam!

Mama otworzyła usta, ale nie powiedziała ani słowa.

– Tata na pewno pozwoliłby mi jechać. – Tym razem przesadziłam i to z dwóch powodów. Po pierwsze, tata nie był katolikiem, a po drugie, nie minął jeszcze rok od dnia, gdy zginęli ze Stevenem. Chciałam coś jeszcze dodać, ale szybko zamknęłam jadaczkę. Mówienie o tacie i Stevenie było niczym rozdrapywanie ran. A ja z całą pewnością nie miałam dzisiaj na to ochoty. Mama zamknęła oczy i zacisnęła usta. Miała nadzieję, że zdławi tym ból. Była w tym naprawdę niezła. Po chwili otworzyła oczy i spojrzała na mnie, nie zamierzała dać się ponieść. Ani słowem nie wspomniała o tym, co zrobiłby tata. Obydwie doskonale wiedziałyśmy, że i tak nie miało to znaczenia. Nie teraz.

– A więc nie rozumiesz, dlaczego Chrystus cierpiał i umarł za ciebie? Za nas?

– Nie – odparłam. I to było szczere.

Dlaczego ktoś miałby umierać za kogoś, kogo nawet nie zna. Nie oznacza to, że kwestionowałam potrzebę zbawienia, przebaczenia grzechów i pójście do nieba. Jednak ta akurat część ofiary nie miała dla mnie sensu. Czy to nie mogło odbyć się trochę inaczej? To znaczy, było we mnie coś z niewiernego Tomasza. Wierzyłam w Jezusa. Naprawdę wierzyłam. Ale jakoś nie mogłam zrozumieć, dlaczego On musiał umrzeć. Zastanawiałam się często, dlaczego nikt Go nie powstrzymał. Ja na pewno bym to zrobiła. Jego śmierć wydawała mi się taka niesprawiedliwa. Nie mogłam tego pojąć. Przecież nic nie jest warte tego, by oddać za to życie.

– I, według ciebie, weekend z Tabby pomoże ci zrozumieć, dlaczego Zbawiciel za nas umarł? Nie sądzę. Kilka najbliższych dni to dobry moment na takie rozważania. Skup się, a być może uda ci się coś zrozumieć. Podniosła się, a nogi krzesła zaszurały nieprzyjemnie o drewnianą podłogę, i wyszła do salonu. Doskonale wiedziałam, co teraz robi. Usiadła na bujanym fotelu i zabrała się za robienie na drutach albo wzięła do ręki różaniec i błagała Matkę Bożą o potrzebne siły. Lub prosiła Jej Syna, żeby ocalił moją duszę.

Któregoś razu splotła ze sobą dwa palce, wskazujący i środkowy, i uniosła dłoń.

– Właśnie tak jestem przywiązana do Maryi – wyjaśniła. Dorastała bez mamy, dlatego szukała pomocy i wsparcia u Matki Jezusa. Rozumiałam to, ponieważ sama przeżyłam stratę i bezsensowną śmierć rodzica.

Musiałam podjąć jeszcze jedną próbę, ale żaden przekonujący argument nie przychodził mi do głowy. Poszłam za nią do salonu.

– Proszę.

Żadnej odpowiedzi. Tupnęłam nogą.

– Nigdy na nic mi nie pozwalasz! – skłamałam.. Nie zareagowała. – Jesteś taka okrutna! – krzyknęłam i pobiegłam do swojego pokoju.

Usiadłam na podłodze, po moich policzkach płynęły łzy; taki miniwodospad. Poczułam dławienie w gardle, jakbym miała na sobie za ciasny golf. Gruczoły chłonne pod kością szczękową były nabrzmiałe i bolesne. Zaczęły mnie swędzić grzbiety dłoni, to moja egzema dawała o sobie znać; działo się tak przy każdym większym zdenerwowaniu. Rozdrapałam łuszczące się miejsca prawie do krwi. Obrzydliwe ręce. Nienawidziłam ich.

– Ronni!

Początkowo nie byłam pewna, czy rzeczywiście usłyszałam swoje imię, ale pukanie do okna mojej sypialni potwierdziło, że to jednak nie halucynacje.

– Ronni!

O rety! Zupełnie zapomniałam, że Tabby czekała na ganku, aż porozmawiam z mamą. Zerwałam się z podłogi i pochyliłam nad biurkiem, żeby uchylić okno.

Tak, stała tam, a słoneczne promienie odbijały się w jej blond włosach, podkreślając jaśniejsze kosmyki. Oparła łokcie o parapet i położyła podbródek na splecionych dłoniach.

– Wygląda na to, że nie jedziesz.

– Słyszałaś?

– Nawet nie musiałam się starać – uśmiechnęła się, a na jej policzkach ukazały się dołeczki. – Zupełnie jakby w środku doszło do jakiejś eksplozji.

– Przepraszam. – Usiadłam na biurku.

– A może jednak pojedziesz? – Pochyliła się lekko do przodu i zmrużyła oczy. – Zabierz manatki i wyjdź przez okno – szepnęła.

– Zobacz, co przyniosłam.

Sięgnęła do kieszeni swojej polarowej kurtki. Oczywiście, jak zwykle niebieskiej. Tabby zawsze ubierała się na niebiesko, twierdząc, że to podkreśla kolor jej oczu. Ale opisując swoje ubrania, przypominała, że one nie są po prostu niebieskie. Na przykład jej piżama miała kolor błękitny jak jajka drozda, kostium kąpielowy był lazurowy, jej ulubiona bluzka akwamarynowa, a welwetowa spódnica kobaltowa. Miała szczęście, że nasze szkolne mundurki miały niebieski kolor. A może powinnam powiedzieć, że marynarski? Nie wyobrażam sobie jej reakcji, gdyby musiała założyć czerwień strażacką.

– Proszę – szepnęła, wyjmując z kieszeni płytę DVD. Była w plastikowym opakowaniu, więc od razu zauważyłam jej tytuł: Czarnoksiężnik z krainy Oz. – Pooglądamy sobie razem w domku. – To była część naszej pracy domowej z religii. Miałyśmy wybrać jakiś film z listy pana Josephsona i przeanalizować zawarte w nim wątki religijne. Miesiąc temu spisałam moje ulubione hity wszech czasów i Tabby wybrała właśnie ten.

Pan Josephson pozwolił nam pracować nad tym razem. I tak oto zaczęła się nasza przyjaźń.

– No chodź – nalegała Tabby.

Przez moment rzeczywiście miałam ochotę dać się skusić. Zanim mama nakryje do kolacji, pewnie byłybyśmy już w domku.

– Nie mogę. Jutro służę do Mszy św. i…

Tabby chrząknęła. Głośno.

– Czy to chodzenie do kościoła kiedykolwiek ci się znudzi? – Założyła ręce na piersi, opierając się o parapet i spojrzała mi prosto w oczy. Jej rodzice nie byli katolikami. Właściwie to sama nie wiem, jakiego byli wyznania. Do żadnego się nie przyznawali. Tabby powiedziała, że wysłali ją do katolickiej szkoły z powodu panującej tam dyscypliny i wymagań. Pogłębianie wiary nie wchodziło tu w rachubę, nawet jeśli była zobowiązana chodzić na lekcje religii do pana Josephsona.

Utkwiłam wzrok w blacie biurka i zaczęłam bawić się długopisem, turlając go palcami do przodu i do tyłu. Kiedy tylko się zorientowałam, że Tabby widzi moje łuszczące się dłonie, szybko schowałam je za plecy, świadomie nie unosząc wzroku. Nauczyciele oraz znajomi wiedzieli o tej chorobie, ale nie znaczało to, że widok łuszczącej się skóry był dla nich przyjemny. Dla mnie z pewnością nie.

Starałam się nie pokazywać innym moich rąk, o ile mogłam. W wyniku choroby miałam grubsze paznokcie, pożółkłe i nierówne. Kiedy siadałam, wciskałam dłonie pomiędzy kolana lub krzyżowałam ręce na piersi, chowając je pod pachy. Bardzo lubiłam zimę, bo wtedy nosiłam swetry z długimi rękawami; wyciągałam je do granic możliwości – aż po opuszki palców, jeśli tylko mogłam.

(...)

To jeden z tych snów, gdy wiesz, że śnisz, ale zupełnie się tym nie przejmujesz. Otula mnie błogi spokój i cisza. Niebo jest pochmurne i zamglone, zupełnie jakby ktoś posypał je cukrem pudrem. Wtem na samym środku pojawia się szczelina, a z niej wylatuje biały gołąb. Jest coraz bliżej i bliżej. Czuję na twarzy delikatny podmuch powietrza wprawionego w ruch łopotem jego skrzydeł. Siada na moim ramieniu, wciąż trzepocąc skrzydłami. Jego pióra delikatnie muskają moją twarz.

Widzę to wszystko, ale nie mogę otworzyć oczu; mam wrażenie, że ktoś zaszył mi powieki. Ciążą mi potwornie. W końcu uświadamiam sobie, że to nie skrzydła głaszczą moją twarz, ale czyjeś palce. W powietrzu miesza się kilka zapachów. Ryb. Ziół. Ziemi. Potu. I człowieka.

Zaczynam nasłuchiwać. Do moich uszu dociera jakaś muzyka. Ktoś gra na flecie. Nad moją głową unoszą się smętne dźwięki.

Słyszę jakieś szepty, przerywane łkaniem mojej mamy:

– Seraphina! – To dziwne. Dlaczego używa mojego drugiego imienia.

– Nic jej nie będzie – zapewnia kobiecy głos.

– Musisz ufać – dodaje mężczyzna.

Mój umysł jest dziwnie sparaliżowany, ale gdzieś z jego głębi dociera do mnie, że oni nie mówią po angielsku, a mimo to i tak wszystko rozumiem.

Czyjeś palce przestały gładzić mnie po policzku i teraz ta sama ciepła dłoń spoczęła wzdłuż linii mojej szczęki.

– Talitha kum – powiedział mężczyzna. – Dziewczynko, mówię ci, wstań!

Moje płuca wypełniły się powietrzem i wreszcie mogłam otworzyć powieki. Na brzegu posłania, na którym leżałam, siedział brodaty mężczyzna. Lewą ręką obejmował moją dłoń, a prawą wciąż czułam przy twarzy.

Nagle usiadłam i wyprostowałam plecy. To nie On mnie podniósł ani nie zrobiłam tego sama. A jednak siedziałam i czułam się naprawdę dobrze. Z lewej strony dotarł do mnie stłumiony okrzyk zdziwienia. To mama.

– „Uwielbiaj, duszo moja, Pana, i całe moje wnętrze – Jego święte imię!” – zawołała po chwili.

Znałam te słowa. Czy przypadkiem nie tak zaczynał się jeden z psalmów? Pan Josephson kazał każdemu z nas nauczyć się na pamięć jakiegoś psalmu, a potem wyrecytować go na egzaminie semestralnym z religii. Czy nie ten właśnie psalm wybrała jedna z moich koleżanek? Dlatego go znałam?

Najwyraźniej nie byłam jedyną, która go usłyszała. Gdy tylko mama wypowiedziała pierwsze jego słowa, dołączyli do niej wszyscy zebrani przy moim łóżku.

– „Uwielbiaj, duszo moja, Pana, nie zapominaj o tym, co dobrego ci uczynił. On przebacza wszystkie twoje winy, leczy wszystkie twe słabości. – Mama zaszlochała cicho. – On ocala od zguby twe życie, wieńczy cię łaską i miłosierdziem. On syci dobrami twe siły, twa młodość odnowi się jak u orła” .

– Utkwiłam wzrok w siedzącym przy moim boku mężczyźnie, On także modlił się psalmem. Miał ciemną cerę, a jego pofalowane, sięgające do ramion włosy były czarne i błyszczące. Nie potrafiłam oderwać wzroku od jego oczu, zupełnie jakbym znalazła się we władzy jakiejś przyciągającej wiązki promieni. Jak to możliwe, żeby tak ciemne oczy miały w sobie tyle światła i życia? Uśmiechał się do mnie całą twarzą, także ustami, pomimo iż recytował słowa psalmu. I chociaż nigdy wcześniej go nie widziałam, miałam wrażenie, że znamy się od zawsze.

Przez otwarte drzwi, znajdujące się za nim, wpadał do środka snop światła, tworząc świetliste półkole nad jego głową. Po chwili moją uwagę zwróciło jakieś poruszenie za jego plecami. W nogach mojego łóżka stało trzech mężczyzn z pochylonymi głowami, ich usta poruszały się w modlitewnym szepcie. Przypominali mi Hunka (Stracha na Wróble), Zeke'a (Tchórzliwego Lwa) i Hickory'ego (Blaszanego Drwala) – trzech bohaterów z Czarnoksiężnika z krainy Oz, skupionych wokół Dorotki w jej pokoju, w jednej ze scen pod koniec powieści. Z tym że nie mieli na sobie roboczych ubrań, ale coś, co przypominało płaszcze kąpielowe.

„Hunk” i „Zeke” musieli być braćmi, bo byli do siebie bardzo podobni, ale ten starszy był nieco niższy i miał lekko zaniedbany wygląd. Na brodzie młodszego nie było ani śladu zarostu – nastolatek, całkiem przystojny. „Hickory” z wydatnym torsem objął mnie poważnym spojrzeniem, jego twarz okalały ciemne, przyprószone siwizną włosy, opadające na zarośniętą brodę.

Zamknęłam oczy i potrząsnęłam głową, próbując się obudzić. Kiedy znowu je otworzyłam, zebrani właśnie zakończyli modlitwę psalmem, a w drzwiach zobaczyłam zarys jakiejś postaci z kędzierzawą czupryną. Nawet nie musiałam patrzeć na tę twarz, od razu go rozpoznałam: Mark.

Siedzący przy mnie mężczyzna ścisnął moją dłoń, po czym ją wypuścił.

– Dajcie jej jeść – poinstruował.

Do mojego łóżka podeszła kobieta. Początkowo myślałam, że to zakonnica. Miała na sobie ciemną, długą suknię, a jej śliczną twarz okalał antracytowy welon. Jej bardzo życzliwa twarz była podobna do twarzy mężczyzny, który siedział na brzegu mojego łóżka, tyle że starsza i o delikatniejszych rysach.

Obejmowała dłońmi drewnianą miskę wypełnioną suszonymi figami. Poczęstowała mnie nimi. Wzięłam jedną i trzymałam tak przez chwilę, przypominając sobie tatę. Przed świętami jego kancelaria wysyłała klientom tacki z suszonymi owocami. Zawsze pilnował, żeby jedną z nich przesłano także i naszej rodzinie. Mama najbardziej lubiła daktyle. Steven zajadał się morelami i gruszkami, a ja uwielbiałam słodkie, mięsiste figi. Niestety, na ostatnie Boże Narodzenie nie otrzymaliśmy takiej tacki.

Ugryzłam kawałek figi, ale tak mi zaschło w gardle, że nie mogłam jej przełknąć.

– Mleko – zasugerowała mama i podała mi kubek.

Upiłam spory łyk i natychmiast się zakrztusiłam. Mleko cofnęło mi się w gardle, poczułam nieprzyjemne musowanie w nosie. Rety! Co to za mleko? Nie było zimne ani odtłuszczone i nie pochodziło od krowy. I wtedy jego źródło samo się ujawniło, z dworu bowiem dobiegło beczenie kozy.

Zaśmiałam się cicho. Siedzący przy mnie mężczyzna, najwyraźniej lekarz, poklepał mnie po nodze i wstał.

– Dziękuję, dziękuję – powiedziała mama i objęła jego ręce, przyciskając je do ust.

A potem spojrzała na towarzyszącą mu kobietę.

– Miriam – szepnęła łamiącym się głosem.

Miriam odstawiła miskę z figami, przytuliła mamę i uśmiechnęła się do mnie, wychodząc za mężczyznami na dwór. Zamknęła za sobą drzwi, likwidując tym samym szczelinę, w której nie widziałam już Marka.

– Seraphina! – Mama przyklęknęła przy łóżku i objęła mnie. – Myślałam, że… – Przytuliła mnie tak mocno, że aż nie mogłam oddychać. Czułam, że drży jej podbródek.

Odsunęłam się trochę i spojrzałam na mamę. Jej twarz się zmieniła, jedynie cienie pod mokrymi od łez oczami były bardziej wyraziste. Miała na sobie prosty, staroświecki strój. Naprawdę staroświecki. Gładką, sięgającą do podłogi suknię z czarnego, szorstkiego materiału, przepasaną w talii rzemieniem.

Zlustrowałam wzrokiem strój mamy, od góry do dołu, a potem zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak dziwnie. Poczułam przypływ paniki, z moich ust wyrwało się zduszone westchnienie.

– Ciii… – szepnęła mama. – Nic ci nie grozi. Jesteśmy w domu.

Zamknęłam oczy, potarłam powieki i znowu je otworzyłam, przyglądając się pomieszczeniu. Było skąpo umeblowane. Małe i ciemne. Po drugiej stronie stało kolejne łóżko – mojej mamy? Ściany były z kamienia, a podłoga z gliny. Dominowała czerń i biel, zupełnie jak na starych filmach. Wnętrze w niczym nie przypominało mojego pokoju.

Nie mogłam pojąć, gdzie jestem. W jakim czasie. I w ogóle kim jestem. Podeszłam do zamkniętych drzwi. Klamka z nieobrobionego metalu w miejscu, gdzie dotykało się jej kciukiem, była gładka i błyszcząca. Pociągnęłam do siebie ciężkie, drewniane drzwi. Skrzypnęły stare zawiasy. Monotonia wnętrza ustąpiła przed eksplozją kolorów na zewnątrz.

Stałam przez chwilę w progu, podziwiając skąpane w popołudniowym słońcu otoczenie. Zauważyłam, że nasza dostarczycielka mleka, najwyraźniej ostatnio ostrzyżona, była przywiązana do pala. Przeżuwała coś błogo i strzygła swoimi długimi, zwisającymi uszami, odganiając przy tym natrętne muchy.

Moją uwagę zwrócił okrąg zbudowany z ciosanych kamieni z otworem w środku, do złudzenia przypominający wbudowany w ziemię ogrzewany basen. Ale widok podniszczonych lin zwiniętych niczym kobry oraz porozrzucanych drewnianych wiader uświadomił mi, że to musiała być studnia.

Także i inne pomieszczenia naszego domu wychodziły na podwórze. Znajdujące się na zewnątrz schody prowadziły na płaski dach. Wzdłuż niskiego murku na dachu rozwieszone były kolorowe maty, wycieraczki oraz ubrania. Dzień, w którym robi się pranie.

W kącie podwórza rosła palma. Pierwsza palma, jaką widziałam na oczy. Jej smukłe, zielone liście machały do mnie, falując na lekkim wietrze. A pod nią stał drewniany stołek, otoczony płóciennymi workami, z których wystawała wełna. Domyśliłam się, że należała do uwiązanej nieopodal kozy. O stołek opierał się długi kij z przymocowanym do jego końca kamieniem. Nie miałam pojęcia, do czego mógł służyć.

Zerknęłam na kozę, która właśnie skończyła przeżuwać i przekrzywiając łeb, patrzyła w moją stronę.

– Toto, wygląda na to, że nie jesteśmy już w Kansas – przerwałam na dźwięk własnego głosu. W myślach mówiłam po angielsku, ale z moich ust wydobywały się słowa aramejskie. Zatkałam sobie usta. Mówię w innym języku! Ja, która po dwóch latach nauki hiszpańskiego z trudem potrafiłam coś wydukać, mówiłam po aramejsku.

(...)

>>Recenzja książki<<

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama