Św. Wojciech Sławnikowic - pierwszy mord założycielski

Jedna z biografii świętych z książki "Żywoty świętych poprawione" (Z. Mikołejko, wyd. W.A.B.)

 

ŚW. WOJCIECH SŁAWNIKOWIC (OK. 956-997)

Pierwszy mord założycielski

[1 rozdział książki: Św. Wojciech Sławnikowic - pierwszy mord założycielski  Żywoty świętych poprawione]

Z baśni rodem

Dzieckiem będąc, dzieckiem siedmio- czy ośmioletnim, zawistnym okiem spoglądałem na skarb, który trzymał w swoich szpargałach pewien chłopak z klasy. Niechętnie tylko i z rzadka, przymuszony ciągłym nagabywaniem, wydobywał go z szuflady i pokazywał innym. Aż raz stał się cud prawdziwy: ubłagałem go, przysięgając na wszystkie świętości, że oddam, by użyczył mi owej drogocennej rzeczy na całe popołudnie, do wieczora. Chodziło o stare -może przedwojenne, może jeszcze wcześniejsze - wydanie Wieczorów pod lipą Lucjana Siemieńskiego z olśniewającymi (nas, niedorostków) kolorowymi rycinami. Dziś zapewne trudno zrozumieć taką magię i takie pożądanie, jakie ogarniało na widok tej rozpadającej się już w szwach i nieco postrzępionej książeczki. Wtedy jednak, u końca lat pięćdziesiątych, nikomu z nas nie śniła się nawet bajka o telewizji i plastikowym blichtrze mas-kultury, a w prowincjonalnych umysłach, może zresztą we wszystkich polskich umysłach, trwał ciągle - mimo komunizmu, mimo okrucieństw okupacji i wojny - dobry wiek XIX z jego naiwnymi dziejowymi mitami. Wtedy też ów historyczny Siemieńskiego elementarz, napisany „dla ludu”, był - ciągle jeszcze - naszym elementarzem.

Gdzieś u początku dziełka Siemieńskiego stała opowieść o świętym Wojciechu. Szczegółów jej nie pamiętam, a do Wieczorów pod lipą nie chcę teraz zaglądać, by nie ulotnił się mit - tamten cokolwiek smętny i cokolwiek oszałamiający sen, tamten czad umysłu. W każdym razie z opowieści o świętym Wojciechu została w moim mózgu historia o „wdowim groszu”, zilustrowana zresztą dokładnie stosowną ryciną. Dziś wiem oczywiście, że było to obiegowe nawiązanie do ewangelicznej perykopy, do przypowieści Chrystusa o groszowym majątku ubogiej wdowy. Jednak relacja o wykupieniu ciała męczennika z rąk pogańskich okrutników pruskich nabrała dzięki temu barwy niezwykłej, krzepiącego koloru Transcendencji: oto bowiem z Bożej mocy, za sprawą cudu - co można było dokładnie zobaczyć na obrazku - wystarczyło dla wykupu, by na szalę, zamiast równoważnej świętym zwłokom masy złotego kruszcu, padł jeden jedyny grosz wdowi. To więc, według opowieści z Wieczorów, miało tak przerazić niecnych, zbrodniczych Prusów, że zbiegli w panicznej trwodze w swoje knieje, nie żądając już żadnej zapłaty.

Inną cudu odmianę, inną baśń nabożną, przedstawił natomiast wielebny ksiądz Skarga, czyniąc zresztą srebro środkiem wymiany: „Nie żałował się na tak wielką utratę pan on pobożny [tj. Bolesław Chrobry - Z.M.], wiedząc, jako go Pan Bóg w wielkich a sławnych zwycięstwach za przyczyną tego świętego szczęścił, nad wszytki skarby nadrożej sobie członki, w których Duch Święty przemieszkiwał, i pałac Boskiego przebywania poczytając, zebrał wielką kupę srebra i posłał do Prus. Ale Pan Bóg nabożeństwo i chęć pobożną Bolesławową cudem wielkim uczcił i swego męczennika zasługą wsławił, bo ciało ono tak się lekkie na wagach stało, iż barzo mało srebra wzięło” (Piotr Skarga SJ, Żywoty świętych polskich, Kraków 1987, Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy, s. 50).

Ów cud z opisu Siemieńskiego, ów radykalny objaw świętości w jej nadświatowym splendorze i w jej dramacie mrocznym, w jej fascinans i w jej tremendum, nie miał oczywiście żadnej podstawy w faktach, żadnej osnowy w najwcześniejszej, pierwotnej legendzie: „Święty zaś męczennik - pisze bowiem Gali o Wojciechu - płonąc ogniem miłości i pragnieniem głoszenia wiary, skoro spostrzegł, że już nieco rozkrzewiła się w Polsce wiara i wzrósł Kościół święty, bez trwogi udał się do Prus i tam męczeństwem dopełnił swojego zawodu [kronikarz nawiązuje tu do Pawiowej idei agonu, czyli słów z Drugiego Listu do Tymoteusza, 2 Tm 4, 7: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” - Z.M.]. Później zaś ciało jego Bolesław wykupił na wagę złota od owych Prusów i umieścił [je] z należytą czcią w siedzibie metropolitalnej w Gnieźnie” (Anonim tzw. Gali, Kronika polska, przełożył Roman Gródecki, opracował, przypisami i wstępem opatrzył Marian Plezia, Wrocław 1989, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, s. 20).

Lecz ja - niezależnie od późniejszych lektur i doświadczeń -nie umiem myśleć o świętym Wojciechu inaczej niż w feerycznych obrazach, jakie stoją u początku polskiej baśni dziejowej. Starej baśni w chrześcijańskim i etnocentrycznym wydaniu. Ale trzeba też o nim pomyśleć historycznie, zobaczyć go w powięzi dziejów.

Dwa sprzeczne zeznania: polityka i służba Boża

We fragmencie Bogurodzicy (Bogurodzica, w: Brat Słońca. Antologia poezji polskiej o świętym Franciszku z Asyżu. W siedemset pięćdziesiątą rocznicę śmierci Świętego, opracował Wacław Marian Michalczyk OFM, wstępem opatrzył Marek Skwarnicki, Kraków - Asyż 1976, Prowincja Matki Bożej Anielskiej Zakonu Braci Mniejszych, s. 36) pochodzącym z czwartej ćwierci XVI stulecia znalazł się taki oto skrótowy zapis losów świętego Wojciecha:

Biskup święty Wojciech Wziął do Polski pośpiech, [A] niewierni Prusowie Zabili ji przy sobie.

Oczywiście akcenty zostały rozłożone w tym urywku pieśni w szczególny sposób, z podkreśleniem śmierci „biskupa świętego” z rąk „niewiernych” pogan pruskich. Cóż jednak znaczyły słowa, dosyć topornie zresztą zrymowane, że męczennik „wziął do Polski pośpiech”? Z tekstu Galla nie wynika bowiem nic takiego. I nie ma w jego kronice wcale mowy o jakimś „pośpiechu”, wręcz przeciwnie - o bolesnej i „długiej wędrówce”: „On to [czyli Chrobry - Z.M.] również, gdy przybył doń św. Wojciech, doznawszy wielu krzywd w długiej wędrówce, a [poprzednio] od własnego buntowniczego ludu czeskiego - przyjął go z wielkim uszanowaniem i wiernie wypełniał jego pouczenia i zarządzenia” (Anonim tzw. Gali, s. 20).

Była to zatem odyseja - z wszystkimi jej strasznymi klęskami życiowymi i szlachetnymi tęsknotami, z tragediami i tryumfami. Była to wędrówka meandryczna i bohaterska - poprzez dramatyczne zakola ówczesnej polityki, z jej łatwością bezpośredniego fizycznego gwałtu (jako instrumentu i zarazem ekspresyjnego symbolu władzy), zastępowania siły dyskursu dyskursem siły - ku średniowiecznemu ideałowi świętości. Wędrówka, jak się miało okazać, skuteczna. Wędrówka z tronów na ołtarze, w której - mogłoby się wydawać - Wojciechowi udało się przezwyciężyć antynomię między profanum a sacrum, między polityką a służbą Bogu.

Był to jednakże zarazem, czas miał to pokazać, tylko pozór, tylko złuda, za którą przyszły męczennik i święty gonił bezskutecznie, śniąc o chrześcijańskim ideale. Nie było po temu miejsca, nie było dni właściwych, nie było autonomii odpowiedniej dla wewnętrznej, głębokiej wiary - pośród historycznej kipieli, w gąszczu gwałtownych wypadków, jakie towarzyszyły temu, co można nazwać „świtem” środkowoeuropejskich narodów albo, inaczej i wyraźniej, w gwarze uczonych, kształtującym ostatecznie oblicze i granice Zachodu „powstaniem «nowego chrześcijaństwa» na wielkich obszarach słowiańsko-węgiersko-skandynawskich” (Jerzy Kłoczowski, Mlodsza Europa. Europa Środkowo-Wschodnia w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej średniowiecza, Warszawa 1998, Państwowy Instytut Wydawniczy, s. 484). Nie istniało w tym świecie nic gotowego, nic stabilnego. Żadne struktury w nim nie okrzepły na tyle jeszcze, by nie runąć z dnia na dzień. Żadne „nisze” dla duchowego życia nie mogły się tu pojawić. Tym bardziej wtedy, gdy - jak w przypadku Wojciecha - zamierzało się dokonać radykalnej chrześcijańskiej transgresji: przejść od wewnętrznej ascezy i pobożności wprost ku zewnętrznej misji, ku chrystianizacji pogan, naiwnie odrzec się insygniów władzy książęcej i biskupiej na rzecz laski wędrowca i odkupiającego słowa. Wojciech był - przypomnę - z książęcego rodu, rodu książąt libickich, władających terenami położonymi nad górną Łabą, na których ścierały się wpływy niemieckie, polskie i czeskie. Od północy państewko libickie graniczyło z ziemiami śląskimi, od południa -z domeną praskich Przemyślidów. I to na jej rzecz właśnie Libice, księstwo plemienne z własną mennicą i z własnym kościołem Mariackim pośród stołecznego grodu, traciło stopniowo niezależność. Już więc w czasach Sławnika, ojca Wojciecha i krewnego cesarskich Ottonów (Ludolfingów), było ono jedynie - wprawdzie z dużym zakresem autonomii - dziedziną Pradze podporządkowaną.

To oczywiście Przemyślidom nie wystarczało. Ich apetyty były duże, bardzo duże, ale mogły kierować się jedynie na północ - nie ku potężnym krajom niemieckim, nie ku zbyt obcym etnicznie i zbyt silnym Węgrom. Chcieli więc sięgnąć po utracony Kraków, a poprzez Libice właśnie - po Śląsk. I dalej jeszcze zapewne: po Gniezno, Poznań, Mazowsze. Chcieli też odzyskać, przy silnym powiązaniu z Niemcami, symboliczną i zarazem faktyczną rolę pierwszego spośród „nowych” narodów chrześcijańskiej Europy. Tymczasem oczywistym profitentem owego środkowoeuropejskiego „świtu” stało się państwo pierwszych Piastów - m.in. z powodu rozmaitych błędów, jakie popełnili Przemyślidzi, pragnąc zawładnąć Libicami i zniszczyć ród Sławnikowiców. Nadto ów zysk piastowski i przegrana Przemyślidów okazały się na tyle trwałe, że nie zachwiały nawet nimi tak traumatyczne wydarzenia w państwie polskim, jak zupełny upadek monarchii i reakcja pogańska za Mieszka II oraz Kazimierza Odnowiciela czy późniejsze rozbicie dzielnicowe.

W skrócie taki bilans zysków i strat można ująć w ten sposób: „Czechy powstały ze zjednoczenia plemion słowiańskich wokół Pragi i dynastii Przemyślidów. W VIII w. docierało tu chrześcijaństwo i zachodniołacińskie, i w postaci liturgii słowiańskiej. Książę Bożywój wraz z żoną Ludmiłą i synem Spitygniewem zostali ochrzczeni przez arcybiskupa Metodego, ale Spitygniew po śmierci ojca deklarował w Ratyzbonie swe związki z cesarstwem. W X w. opcja łacińsko-zachodnia przeważyła zdecydowanie, mimo widocznych także śladów tradycji słowiańskiej. Dwa męczeństwa członków dynastii,

uznanych potem za świętych, podniosły z biegiem czasu prestiż Przemyślidów i ich państwa. Ludmiła, pobożna żona Bożywoja, została zamordowana przez reakcję pogańską, której przewodziła Drahomira, żona jej własnego wnuka [Wratysława I - Z.M.]. Z kolei syn Drahomiry, książę Wacław (921-929), przywrócił porządek chrześcijański tak gorliwie, że wywołało to sprzeciw, który doprowadził do zamordowania młodego, pobożnego władcy [wyniesionego wkrótce zresztą na ołtarze - Z.M.]. Jego brat, Bolesław (929-971), w sojuszu z Niemcami rozszerzył granice i umocnił państwo. Małżeństwo córki Bolesława, Dobrawy, z księciem polskim Mieszkiem w 965 r. doprowadziło do bliskiego sojuszu polsko-czeskiego i chrztu Polski. Chrystianizacja Czech postępowała bardzo powoli. Cały kraj przynależał początkowo do diecezji w Ratyzbonie nad Dunajem, dopiero w 973 r. utworzono biskupstwo w Pradze, przyłączając je - decyzją cesarską - do arcybiskupstwa w Moguncji. Czechy aż do XIV w. musiały czekać na własną metropolię [uzyskały ją zresztą tylko dzięki żmudnym staraniom swojego króla, który był zarazem cesarzem i pochodził z niemieckiego rodu Luksemburgów - Z.M.]. Drugim z kolei biskupem Pragi został św. Wojciech. Trudności, z jakimi ten człowiek nieprzeciętnej kultury i wrażliwości spotykał się podczas pełnienia funkcji biskupich, nieźle oddają stan społeczeństwa w trudnym procesie przechodzenia od pogaństwa do chrześcijaństwa” (tamże, s. 46-47).

W porównaniu z Czechami polski zysk, mimo późniejszej niźli czeska chrystianizacji, wydaje się oczywisty. Nawet biskupstwo w Poznaniu - od razu niezależne od niemieckiej archidiecezji w Magdeburgu, mimo jej twardych i długo ponawianych roszczeń, i poddane bezpośrednio papieżowi (najprawdopodobniej więc uznane za misyjne) - było tworem wcześniejszym niż praskie. A zupełna już niezależność od roszczeń Kościoła niemieckiego, dzięki błyskawicznemu utworzeniu metropolii gnieźnieńskiej, właśnie za sprawą męczeńskiej śmierci Wojciecha Sławnikowica, przyszła o kilkaset lat wcześniej niż czeska, wielce już zresztą spóźniona: z racji silnej germanizacji elit tego kraju i jego Kościoła, z racji inkorporowania - od samego początku - królestwa Czech w imperialne feudum, w instytucjonalne struktury Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.

„Polska - pisze historyk - pojawia się w latach sześćdziesiątych X w. jako duże i silne państwo między Odrą i Narwią. Chrzest księcia Mieszka I, poprzedzony małżeństwem z Dobrawą czeską w 965 r., odbył się w 966 r. w związku ze zbliżeniem państwa polskiego do Czech i cesarstwa. Był ostrzeżeniem dla pogańskich plemion nadbałtyckich. W 968 r. utworzone zostało biskupstwo polskie podległe bezpośrednio papiestwu, co uznać można za szczególny sukces Mieszka. Ostatni akt Mieszka przed śmiercią w 992 r. świadczy o jego woli umocnienia niezależności młodego, stworzonego zaledwie w ciągu kilku dziesięcioleci, organizmu państwowego. Chodzi o tak zwany akt Dagome iudex; Dagome to prawdopodobnie po prostu przekręcone przez pisarzy rzymskich imię chrzestne Mieszka, Dagobert. Aktem tym Mieszko-Dagobert ofiarowuje swe państwo, rozszerzone w stosunku do 966 r. o Śląsk i Małopolskę, bezpośrednio papiestwu. Prawdopodobnie mamy tu do czynienia z pierwszym w ogóle aktem donacji państwa na rzecz, jak to wtedy ujmowano, świętego Piotra. Chodziło, jak można się domyślać, o potwierdzenie naszych granic, pewną ochronę przed wyłączną protekcją cesarską, wreszcie o własną prowincję kościelną. Taką prowincję uzyskała Polska w kilka lat później, za rządów syna Mieszka, Bolesława Chrobrego (992-1025), w niesłychanie sprzyjających okolicznościach. Męczeńska śmierć biskupa praskiego Wojciecha w 997 r. miała tu szczególne znaczenie. Wojciech, nie mając możliwości powrotu do Czech, gdzie wymordowano jego rodzinę, znalazł oparcie na dworze Bolesława i stąd wyruszył w swą ostatnią podróż po męczeństwo gdzieś nad Bałtykiem. W czasie długich pobytów za granicą, zwłaszcza w Rzymie, biskup Pragi dał się poznać ludziom elit ówczesnego chrześcijaństwa zachodniego jako człowiek wyjątkowej świętości; młody cesarz Otton III, jak i uczony papież Sylwester II (999-1003) mieli dla niego najwyższe uznanie. Śmierć Wojciecha wstrząsnęła nimi, zwracając zarazem uwagę na kraj, z którym męczennik związał się w ostatnich latach życia; starania Chrobrego, który wykupił ciało Wojciecha i złożył je w Gnieźnie, znalazły w tej sytuacji dobry grunt. Już w 999 r. papież kanonizował biskupa Wojciecha i jednocześnie w porozumieniu z cesarzem utworzył arcybiskupstwo dla Polski z bratem św. Wojciecha, Radzimem-Gaudentym, na czele. Otton III udał się wczesną wiosną 1000 r. do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie i tu ogłosił rzymskie postanowienia. Arcybiskupstwo gnieźnieńskie objęło biskupstwa w Krakowie, Wrocławiu i Kołobrzegu, po kilku latach włączono do niego i diecezję poznańską, istniejącą od 968 r. [...] Kościół zbudowany w Polsce w ciągu kilkudziesięciu lat rządów Mieszka I, Bolesława Chrobrego i Mieszka II został w ogromnej części zniszczony wskutek buntów społecznych i reakcji pogańskiej lat trzydziestych-czterdziestych XI w. Później, za Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmiałego, trzeba było dokonać gruntownej odbudowy, ale własna metropolia utrzymała się” (tamże, s. 47-48).

„Królewskość - komentował wcześniej historyk inny - była w świecie rzymskokatolickim instytucją nową i jego własną. Wątkiem, z którego się rozwinęła, było dawne księstwo, którym się rządziły narody pogańskie; ale razem z przyjęciem chrztu udostojniła i wzmogła się władza książęca nowym elementem władzy: przybyło zwierzchnictwo świeckie nad duchowieństwem; zaś wyrazem tego zwierzchnictwa było prawo królewskie inwestytury biskupów i opatów, przyznane królom jako władcom chrześcijańskim. Rozwój historyczny zachodniej i środkowej Europy podniósł z biegiem czasu szereg dawnych księstw pogańskich do nowej godności królewskiej. Nie było w tym ani kolei, ani chronologicznego następstwa, bo korona królewska nie mogła być jakoby nagrodą za przyjęcie chrztu. Zależało to raczej od tego, o ile narody nowo chrzczone miały lub nie miały dosyć mocy do utrzymania własnego i niezawisłego państwa. [...] Aby jednak być królestwem, do tego potrzeba było, wedle ówczesnych pojęć, oprócz odpowiedniej mocy państwowej - jeszcze i samodzielności kościelnej. Nie można było mieć pretensji do korony, jeżeli się nie było osobną, tj. samodzielną prowincją kościelną, podległą samej tylko Stolicy Apostolskiej przez własnego arcybiskupa metropolitę. Wynikało to z wielorakich powodów. Nie mówię już o tym, że w państwie, powiedzmy - w księstwie, gdzie nie było arcybiskupa, lecz tylko biskup, nie można było odprawić koronacji; albowiem biskupi, chociaż mieli prawo włożenia korony na głowę królewską przy solennych uroczystościach, nie mieli jednak prawa dokonania obrzędu koronacyjnego przez pomazanie. Wynikało stąd, że kandydat do korony musiałby udać się o koronację do swego metropolity - rezydującego w sąsiednim państwie, który jednak nie odprawiłby koronacji bez przyzwolenia swego zwierzchniego pana. A gdy między sąsiadami były zwyczajnie interesy sprzeczne, więc o przyzwoleniu nie było co myśleć. [...] Gdzie więc nie było własnej prowincji kościelnej, tam biskup czy biskupi musieli wyjeżdżać po konsekrację i na synody poza granice swego kraju, za czym też wchodzili z całym duchowieństwem swoich diecezji w związki wielorakiej zależności nie tylko względem metropolity, ale i tego państwa, gdzie była metropolia. A że duchowieństwo było zawsze poważnym, a czasem i prze-ważnym elementem potęgi państwowej, więc łatwo zrozumieć, że tam, gdzie ten element nie był związany wyłącznie tylko z własnym krajem, tam też nie mogło być mowy o pełnej niezawisłości państwowej. [...] Najwybitniejszy przykład zależności razem kościelnej i państwowej był w Czechach. Diecezja praska, czyli całe księstwo czeskie, podlegała metropolii mogunckiej” (Tadeusz Wojciechowski, Królestwo Polskie i koronacja Boleslawa II, w: Szkice historyczne XI wieku, wstęp i opracowanie Aleksander Gieysztor, Warszawa 1970, Państwowy Instytut Wydawniczy, s. 148-151).

Ujawniło się to już dramatycznie w 1041 roku, podczas buntu księcia czeskiego Brzetysława przeciw cesarzowi i arcybiskupowi mogunckiemu: biskup praski, według Kroniki Kosmasa, musząc dokonać wyboru między lokalnym władcą z dynastii Przemyślidów a tymi, którym zawdzięczał inwestyturę, zdradził i uszedł potajemnie nocą do obozu niemieckiego.

Taki był mniej więcej rezultat czeskiego błędu, a polskiej dale-kowzroczności w związku ze sprawą świętego Wojciecha (i nie tylko). Mowa oczywiście - na razie - o męczeństwiejako fundamencie i spoiwie polskich struktur kościelnych. Ale śmierć i kanonizacja świętego, jak wiadomo, były także podstawą oraz instrumentarium dzieł państwowych - sakralnego przejścia od mitry do korony, od księstwa do królestwa.

Nim jednak Wojciech Sławnikowic złożył głowę, by - wcale o tym nie myśląc, wcale tego nie przypuszczając - dać „nowy początek” polskiemu Kościołowi i polskiemu państwu, odbył on długą drogę.

Przyszedł na świat jako szósty syn księcia Sławnika i pobożnej Strzeżysławy (najbliższy mu duchowo brat Radzim, siódmy syn Sławnika, był jego bratem przyrodnim). Przewidywano dlań być może drogę wojownika, wojskowego przywódcy, na co według hagiografów wskazuje imię, dające się wyłożyć - jak przypuszcza Skarga (choć ja nie wiem, co sądzić o takiej etymologii) - jako „wojsko ciesząc”. Rychło jednak gwałtowna choroba, z przekarmienia mlekiem, pokrzyżowała te plany i „od płaczącej matki” został Wojciech ofiarowany, w libickiej świątyni Mariackiej, Matce Bożej. „Będąc niemowlęciem zachorzał i żałość niemałą rodzicom uczynił, którzy pragnieniem zdrowia jego ściśnieni, pociechy swej doczesnej w nim odstąpili, a Panu Bogu na służbę go poślubili, woląc raczej żywym go między sługami kościelnymi widzieć, niż na smętną śmierć jego patrzyć. I nieśli go na poły umarłego do ołtarza Przeczystej Matki Bożej Maryjej, prosząc, aby Ona na służbę Synowi swemu nowego a maluczkiego sługę przykazała, a zdrowie mu do tego zjednała. Nie omieszkając dzieciątko ozdrowiało. Anielska i nasza Cesarzowa świętą przyczyną swoją i cudem onym naznaczyła sługę wielkiego Panu Bogu” (Skarga, s. 37).

Owo cudowne piętno „anielskiej i naszej Cesarzowej” było znakiem nie do odparcia. Znakiem, który trzeba było nieść na sobie już od najwcześniejszego dzieciństwa. Zaraz więc potem, ledwie przyszły święty odrósł nieco od ziemi, były stosowne nauki: najpierw przy kościele w Libicach, później już w szkole katedralnej magdeburskiej (założonej przez cesarzową Teofanię, matkę Ottona III), do której został oddany, gdy miał lat szesnaście. Nie szło to łatwo, natura stawiała opór. Młody książę był młodzieńcem niespokojnym, z wszystkimi tego konsekwencjami, aż do ucieczki i buntu. Ale też i pojętnym. Miało to razem przedziwne skutki: zdarzało się więc, że chłostany, zgodnie ze zwyczajem, przez nauczyciela za krnąbrność wywrzaskiwał swój ból i gniew aż w trzech językach - po łacinie, słowiańsku tudzież w dialekcie saskim. Szkoła magdeburska dała Wojciechowi nie tylko wiedzę, ale i uczoną łacińską ogładę, I - w odróżnieniu od peryferyjnych Libic - wprowadzała go po trosze w świat kultury Zachodu. W Magdeburgu otrzymał także Wojciech bierzmowanie z rąk arcybiskupa Adalberta, który obdarzył go z tej okazji swoim własnym imieniem (Adalbert/Albert nie jest więc, jak się czasem uważa, zachodnim odpowiednikiem imienia Wojciech; dodać też należy, że nie znamy imienia chrzestnego Wojciecha, tylko jego imię rdzenne, „pogańskie”).

Wreszcie po dziewięciu latach nauki mógł opuścić Magdeburg: zdołał się zatem pożegnać jeszcze z umierającym ojcem. A wkrótce po śmierci Sławnika przybył do Pragi, aby przyjąć wyższe święcenia kapłańskie i rozpocząć kościelną karierę. Była to najpierw - z racji pochodzenia i stosownej ogłady - kariera młodego panka, niewiele przejmującego się swym kapłańskim stanem, skłonnego do próżniactwa i goniącego za materialną „ułudą”. Co znaczyło - jak mówi żywotopisarz - „na Pana Boga mało wspomnieć, rozkoszy marnej kosztować, a z rówienniki biesiad używać i ine pochlebstwa a zwodzenia tego świata przyjmować” (tamże, s. 38). Wzór stanowił tutaj zresztą sam Thietmar (Dytmar), pierwszy biskup praski, nie stroniący od uciech „tego świata”. Ale w styczniu 982 roku biskup ciężko zachorował i, umierając, popadł w rozpacz. Jął się też kajać publicznie z powodu swego niegodnego zachowania, z racji swej skłonności do użycia i swych duszpasterskich zaniedbań. Jął żałować za winy i wołać, „że go czarni czarci do piekła wlekli” (tamże, s. 38). Jął wykrzykiwać wreszcie: „Niczego innego nie znają ani nie czynią, jeno to, co palec szatański zapisał w ich sercach!”. Było to dla Wojciecha dramatyczne doświadczenie (każdy ma swoje mane thekel fares i każdy po swojemu je czyta), które sprawiło zaraz, że „okryty włosianym worem, z głową posypaną siwym popiołem, obchodził kościoły”. Rozdawał też, zgodnie z wszelkimi wymogami średniowiecznego theatrum pokuty, własne mienie ubogim i polecał się - w kornej, żarliwej modlitwie - Panu Bogu. Stało się to już w noc po śmierci biskupa, gdyż ów, porzucając na zawsze ziemski padół z jego wszystkimi pokusami, taki „wielki mu gwóźdź w serce wbił” (tamże, s. 38-39), że trzeba było natychmiast go wyrwać, natychmiast oczyścić się z grzechu. Wojciech zatem „ukrócił obyczaje swoje i w klubę je bogobojności wprawił” (tamże, s. 39).

Tak dramatyczna i spektakularna katharsis była czymś niezbędnym, by w czystości duszy i ciała objąć po Thietmarze biskupi stolec, na który go „Czechowic” posadzili - ,jako swoje krew i zacnego, uczonego a cnót pełnego człowieka. [...] Po którym obieraniu klerycy, którzy czarta z ciała ludzkiego wyganiali, tak wołającego słyszeli: «Biada mnie, już się tu zostać nie mogę, bo dziś obran jest biskup, sługa Chrystusów, którego się bać muszę» (tamże, s. 39).

Mimo więc, że Wojciech nie spełniał kanonicznego wymogu, to znaczy: nie miał jeszcze trzydziestu lat, 29 czerwca 963 roku otrzymał sakrę pod „łagodnym okiem błękitu”, w Weronie, z rąk arcybiskupa mogunckiego Willigisa. Był wszak książęciem (i nieźle wykształconym kapłanem). Takie zresztą to były czasy, że prawo kanoniczne musiało ustąpić przed przywilejem urodzenia - zdarzali się wszak wówczas, z tej właśnie racji, i kilkunastoletni biskupi (czy wręcz kardynałowie wysokiego rodu, nie mający nieraz wyższych święceń kapłańskich i odpowiednich nauk). A na dodatek władający wówczas Czechami Bolesław Pobożny wolał na biskupstwie praskim Sławnikowica niż rodzonego brata - Krzyżana.

Wracając z Włoch - teatr ubóstwa musiał trwać nadal, musiał ukazywać nowy wzór duszpasterza - jechał Wojciech na marnej szkapie ze sznurową uprzężą, a u bram miasta zsiadł z konia, zdjął buty i na bosaka odbył ingres.

Z miejsca budowało to wszakże przyszły konflikt.

Raz, że nowy biskup rzucał w ten sposób moralne wyzwanie Pradze, miastu na poły jeszcze pogańskiemu, miastu z chrystianizmem wątłym i powierzchownym, żywszym tylko i bardziej autentycznym w najbliższym kręgu Wyszehradu. Wokół zaś kwitły obyczaje pogańskie i obowiązywały brutalne reguły gry, według których można było wszystko czynić jawnie i bez skrępowania, zgodnie z dyskursem siły i mamony - nawet chrześcijan i własne dzieci zaprzedawać w niewolę, nawet zabijać najbliższych, czyli „powinna krew mazać” (tamże, s. 40).

Praga była zatem największym w Europie rynkiem niewolniczym, gdzie handlowano także Słowianami, między innymi z ziem polskich. I wcale ów handel nie musiał być „podsycany przez Żydów”, nielicznych jeszcze i bez znaczenia, jak chce antysemicko nastawiony ideolog (Feliks Koneczny, Święci w dziejach narodu polskiego, Kraków-Warszawa-Struga 1985, Wydawnictwo Michalineum, s. 15), dyskretnie, bez słów, podsuwający nam skojarzenie z późniejszymi obrazami żydowskiej Pragi. Bo to nade wszystko miejscowi możnowładcy i wielcy kupcy wystawiali na targ swych słowiańskich braci, przy olbrzymim udziale i zainteresowaniu chrześcijańskich przybyszów z Niemiec (oraz egzotycznych nabywców arabskich).

Praga po staremu nie święciła niedziel i nie przestrzegała postów, po staremu oddawała cześć dawnym bogom, po staremu hołdowała magii oraz kultowi przodków, po staremu powszechnie praktykowała cudzołóstwo i wielożeństwo (monogamia, jak dziś w plemiennej Afryce, była rzeczą wstydliwą, znakiem ubóstwa i bardzo niskiej pozycji społecznej, więc jeszcze w 1039 roku surowo, choć zapewne wciąż nieskutecznie, musiał nakazać ją dekret Brzetysława I). I nawet w obrębie rządzącej dynastii, o czym świadczyły morderstwa na świętej Ludmile i świętym Wacławie, silne były tęsknoty za minionym politeizmem. Restytucja pogaństwa nie mogła być już oczywiście czymś skutecznym i trwałym, ale to, że jej próby podejmowano kilkakrotnie na tak wysokim szczeblu, musi zastanawiać.

Dwa (wracając do ingresu Wojciecha jako zarzewia konfliktu), że wjazd - wstąpienie raczej - nowego biskupa był etyczną prowokacją dla władzy, że demonstrował on jej nowy styl i wzór, radykalnie odległy, radykalnie różny od stylu oraz wzoru dotychczasowej władzy świeckiej, od jej autorytetu wyrażającego się w dyskursie siły. Była to swoista nauka także dla Bolesława Pobożnego, który nadto - w odróżnieniu od pierwszych Piastów - musiał nie tylko zmagać się, jak oni właśnie, z członkami własnego rodu, ale również lawirować pośród silnych dynastii plemiennych, takich choćby jak Sławnikowice czy Wrszowcy.

Ascetyczny styl życia, praktykowany teraz gorliwie przez Wojciecha, stał się zatem wyzwaniem - dla wszystkich. Stał się wyzwaniem dla człowieczeństwa i dla diabelstwa, gdziekolwiek się ono zalęgło. „Wróciwszy się na biskupstwo, dochody kościelne [zgodnie z prawem kanonicznym - Z.M.] na cztery części rozdzielił: jedną na kapłany i kleryki swe, drugą na ubogie, trzecią na poprawę kościołów i wykupno niewolników, czwartą na swoje wyżywienie” (Skarga, s. 39). „W dni powszednie gościł dwunastu nędzarzy na cześć dwunastu apostołów. Jednocześnie własny organizm trapił częstymi postami; nigdy syty nie szedł na spoczynek. Zazwyczaj zresztą nie dosypiał, kładł się bowiem na podłodze, z kamieniem pod głową. W jego pościeli z puchu wylegiwał się przyrodni brat Radzim albo pewien biedny ślepiec. [...] Od modlitw wieczornych do porannych, czyli od komplety do primy, zachowywał ascetyczne milczenie. Nierzadko nocami studiował księgi. Nikt tak jak on nie doświadczył, jak smakuje sercu święte czytanie, ile znaczy w oczach Boga szlachetna pieśń psalmów. Odczuł bezpośrednio łaskawość Bożą i w duszy zakosztował słodkiego Zbawiciela, którego wstawiennictwo sprowadza Ducha Świętego” (Gach, s. 33). „Wiódł żywot świętobliwy, bogactwy gardził, złoto sobie za błoto miał i rozkoszy do piekła prowadzące uderzył; to jedno jego pragnienie i staranie było, aby o Chrystusie myśląc, nic sobie innego nie smakował, niczegoż inego nie szukał. Posty gęstymi i wielkimi trapił członki swe, a modlitwa była mu chlebem powszednim, w której się ustawicznie za swoje i ludzkie grzechy Panu Bogu skruszonym sercem korzył. Wszytką się siłą starał, jakoby był złe namiętności swe i chuć, i pokusy świeckie i cielesne z serca swego wykorzenił. Znał się też na zastrzałach szatańskich i umiał z nim wojnę wieść, a korzyści cnót świętych z pokus jego dostawać” (Skarga, s. 39).

To wszystko jednak oznaczało samotność i bezsilność. Tym bardziej że wspierający dotąd biskupa Bolesław Pobożny, odczuwając ciężary życia, zaczął usuwać się powoli w cień. Aktywny był za to Krzyżan, królewski brat, któremu nie dano zasmakować biskupiej władzy. Aktywny był też Bolesław Rudy, młodszy królewski syn, znany ze swego gwałtownego charakteru i skłonności do okrucieństwa. Obaj oni weszli tedy w porozumienie z potężnym rodem Wrszowców, zapiekłymi wrogami Sławnikowiców.

A i duchowni z biskupiego otoczenia - mając za nic kościelną karność i autorytet ascetycznego, choć łagodnego biskupa, łaknąc dostatków, kariery i innych marności „tego świata”, nie stroniąc od rozpusty i pijaństwa - judzili przeciw niemu czeskich panów.

Schody świętego Aleksego

W tej sytuacji, rozgoryczony, w poczuciu słabości wobec zła moralnego i w obliczu bezkarnej przemocy możnych, postanowił Wojciech Sławnikowic uwolnić się od urzędu. Miało to dokonać się w pielgrzymce - przez Rzym - do Jerozolimy. Na Monte Cassino bowiem, w klasztorze tak samotnym i tak wyniosłym, benedyktyńscy mnisi doradzili mu duchową wędrówkę w głąb siebie, wewnętrzną pracę nad własnymi cnotami i własnym życiem godziwym, „dobrym życiem” (bo był to ten krzepki i, mimo wszelkich dramatów ludzkich i zaświatowych pragnień, jasny czas średniowiecza, kiedy jeszcze przedkładało się wyraźnie chrześcijańską ars vivendi nad chrześcijańską ars moriendi, „sztukę dobrego życia” nad sztukę „dobrego umierania”). Udał się więc z powrotem do Rzymu, gdzie papież Jan XV zasugerował mu, by - dla zdobycia wewnętrznego spokoju i dla duchowego wzmocnienia - schronił się na awentyńskim wzgórzu, w klasztorze benedyktynów pod wezwaniem św. Bonifacego i św. Aleksego. Na ów czas uspokojenia i namysłu, czas wytchnienia i kontemplacji, zawiadywanie diecezją praską powierzono prawdopodobnie Fokoldowi, biskupowi miśnieńskiemu.

Na Awentynie tymczasem Wojciech odbył roczny nowicjat, złożył śluby zakonne i pozostał kornym (i karnym) zakonnikiem jeszcze dwa i pół roku.

Cisza i świętość Awentynu... I ów nabożny błogostan wzgórza w niedzielny dzień, gdy w kościołach biją, nie raniąc ciszy, poranne dzwony...

Nie wiem, czy Wojciech widział ten ułomek schodów, który dzisiaj - poczerniały ze starości i absurdalny - tkwi na białej kościelnej ścianie, jakieś (jeśli sobie dobrze przypominam) dwa metry nad ziemią: nie dotykając posadzki, urywając się nagle w powietrzu... Ten ułomek schodów, pod którymi święty Aleksy miał spędzić ponoć szesnaście lat, jak mówi średniowieczna opowieść (Legenda o świętym Aleksym, w: Poeci polscy. Od średniowiecza do baroku, opracowała Kazimiera Żukowska, Warszawa 1977, Państwowy Instytut Wydawniczy, s. 47):

Tu pod wschodem leżał, Każdy nań pomyje, złą wodę lal, A leżał tu sześćnaćcie lat. Wszytko cirzpial prze Bóg rad...

Myślę, że pewno widział.

Myślę, że żywot świętego Aleksego miał być wzorem dla żywota świętego Wojciecha.

Ale - ostatecznie - nie był.

Owszem, starał się Wojciech zapomnieć w klasztorze - jak Aleksy pod swymi schodami - o książęcym pochodzeniu. Owszem, nie chciał myśleć o biskupim urzędzie. Owszem, karność i pokora, ścisłe przestrzeganie reguły, spełnianie najniższych nawet posług kuchennych czy higienicznych zdały mu się wybawieniem. Owszem, modlitwa i kontemplacja...

Świat jednak czyhał, od przeznaczeń jego nie było ujścia. To, co dla Wojciecha Sławnikowica miało być życiowym zadaniem, klasztorny żywot w ciszy, ubóstwie i znoju, kościelne władze potraktowały jako czasową tylko przerwę w sprawowaniu biskupiej funkcji. Trzeba było porzucić zakon i powrócić do Pragi, choćby dlatego, że zmarł biskup Fokold i diecezja pozostawała bez pasterza. Naglił tedy zniecierpliwiony arcybiskup moguncki, a prażanie, po faryzejsku skruszeni, przysłali nawet poselstwo do Rzymu - z propozycją ugody.

Była jesień 992 roku, kiedy Wojciech wyruszył do Pragi.

Krew i krew, sen i sen

Tymczasem w Czechach było jeszcze ciężej niż dawniej. Ród Wrszowców wzrósł w potęgę, wsparty mocno przez Bolesława Rudego, któremu chwiejny i słabnący już ojciec de facto powierzył władzę. A Wrszowcy mieli tylko jedno pragnienie polityczne, któremu sprzyjali otwarcie Przemyślidzi, nawet sam Bolesław Pobożny: chcieli zniszczyć - i to fizycznie - Sławnikowiców.

Pretekstu dostarczył przypadek, który zdarzył się po dwóch latach ponownego pobytu Wojciecha w Pradze, pobytu - trzeba dodać - najeżonego jeszcze gorszymi trudnościami niż poprzedni. „Zdarzyło się, że żona jednego z Werszowców [sic!] popełniła wia-rołomstwo; prawo zwyczajowe czeskie, oparte na dawnym prawie pogańskim, pozwalało w takim razie mężowi zabić niewierną. Było to tym surowsze, że mężczyźni żyli powszechnie w jawnym wielożeństwie, a żony zmieniali, nie troszcząc się o sakrament. [...] Werszowcowa, uciekając przed zemstą męża, schroniła się do klasztoru [ściślej: do benedyktyńskiego kościoła przyklasztornego pod wezwaniem św. Jerzego - Z.M.], na co biskup zezwolił, ażeby ją od śmierci ocalić [i własnym ciałem zasłonił drzwi - Z.M.]. Było i jest prawo kościelne, zabraniające wykonywania czynności sądowych w miejscach świętych. Werszowcy wdarli się jednak gwałtem do klasztoru [przymuszając stróża do otwarcia bocznego wejścia -Z.M.], wywlekli niewiastę [na podwórze - Z.M.] i kazali ją ściąć pachołkowi. [...] Biskup [już następnego dnia - Z.M.] rzucił klątwę na Werszowców, co ich do reszty rozjuszyło. Zanosiło się na wojnę domową Werszowców ze Sławnikami [sic!] i św. Wojciech wolał znów opuścić Pragę” (Koneczny, s. 16-17). Postanowił również do niej nigdy nie wracać.

Wyruszył zatem wraz z bratem Radzimem w drogę - i u schyłku 994 lub w początkach 995 roku znaleźli się obaj na Awentynie, w tym samym klasztorze św. Bonifacego i św. Aleksego. Po drodze jednak były Morawy i Węgry, gdzie Wojciech zatrzymał się na dworze księcia Gezy i jego żony Sarolty, zwanej Białą Kniaginią (i utożsamianej czasem bezpodstawnie z Adelajdą, siostrą Mieszka I i ciotką Bolesława Chrobrego). Ochrzcił wówczas ich syna Stefana (Szczepana), późniejszego króla Węgier i świętego.

Klasztorne życie na Awentynie zamąciły jednak obu braciom wieści o krwawych wypadkach w Czechach. 25 września 995 roku Wrszowcy otoczyli gród w Libicach i obiecawszy wolność obrońcom, skłonili ich podstępnie do złożenia broni. Kiedy to jednak nastąpiło, napastnicy zamordowali natychmiat, nie bacząc na dane słowo, czterech braci Sławnikowiców wraz z żonami i dziećmi. Poza Radzimem i Wojciechem ocalał tylko nieobecny podczas rzezi w Libicach Sobiesław (Sobiebor), który zbiegł do Polski, na dwór Bolesława Chrobrego.

Mimo to arcybiskup moguncki Willigis żądał powrotu Wojciecha na biskupstwo, przedstawiając tę kwestię na synodzie rzymskim (intencje arcybiskupa, który dobrze znał krwawe wypadki czeskie, zasługują oczywiście na uwagę). Co istotne, synod podtrzymał żądanie pod groźbą anatemy. Trudno liczyć się z czystością jego zamiarów, z tym, że dyktowały je wymogi prawa kanonicznego i troska o pozbawioną pasterza diecezję - trzeba raczej myśleć o skutecznym działaniu arcybiskupa, a poprzez niego Wrszowców i Przemyślidów. Bolesław II wprawdzie był (zgodnie z przydomkiem) pobożny, ale nie aż tak bardzo, by nie zabić czy przynajmniej nie uwięzić niepokornego biskupa z wrażego rodu. Nie byłby to zresztą żaden wyjątek. W owej epoce podobny los często czyhał na duchownych, nawet tych w papieskiej tiarze. A i władcy, również ci wyniesieni pośmiertnie na ołtarze, zbytnio nie szanowali pomazańców w biskupich szatach i nie cofali się przed okrucieństwami. Tak więc węgierski Stefan I Święty, ochrzczony przez Wojciecha, słynął ze srogości; cesarz Henryk II Święty powiódł pogańskich Wieletów nie tylko przeciw pobożnemu Bolesławowi Chrobremu, ale i przeciw katolickiemu biskupowi Metzu; pobożny Bolesław Chrobry poprowadził dwukrotnie najemnych Pieczyngów (również pogan) przeciw chrześcijańskim Rusinom, a ponadto bez oporów oślepiał i kastrował przeciwników; Olaf II Święty, król Norwegii, oślepił jednego ze swych królewskich kuzynów, królowi Dalów kazał wyciąć język, trzech innych lokalnych królów wygnał, a ich doradcom z jego polecenia obcięto nogi lub ręce. I aż ciarki przechodzą na samą myśl o tym, co potrafili wyczyniać w owych wiekach papieże albo ich synowie (nieślubni i ślubni). Albo na myśl o tym, jak postępowały wpływowe arystokratki rzymskie, decydujące wedle własnego zachcenia, niemal z godziny na godzinę, który z ich kochanków albo nieprawych synów ma właśnie włożyć tiarę, a którego należy zamordować, uwalniając tym sposobem papieski tron.

Takie były to zabawy pobożne w one lata, takie drogi na ołtarze i trony.

Trudno się więc dziwić, że Sławnikowic zachował się dyplomatycznie i poprosił nowo wybranego papieża Grzegorza V o przyznanie mu - jeśliby Bolesław II Pobożny nie życzył sobie widzieć biskupa Sławnikowica w Pradze - statusu misjonarza. A papież wyraził zgodę.

W Rzymie poznał jednak Wojciech pewnego szesnastoletniego wizjonera - cesarza Ottona III, w którego żyłach płynęła krew greckich imperatorów Bizancjum i niemieckich imperatorów Rzymu. Pragnął on wprawdzie zostać kiedyś mnichem, ale na razie snuł marzenia o europejskim universum christianum, które pogodziłoby chrześcijański Wschód z chrześcijańskim Zachodem, które połączyłoby stare chrześcijańskie kraje Zachodu z nowo schrystiani-zowanymi państwami, Italię, Galię, Germanię ze „Sławonią” (Słowiańszczyzną, czyli - według ówczesnej terminologii zachodniej, terminologii sprzed kroniki Thietmara - Polską). Owe cesarskie wizje poznał być może Wojciech jeszcze w Rzymie, a na pewno już w Moguncji, gdzie przez miesiąc bawił na zaproszenie Ottona. Dniami i nocami rozmawiali wówczas oni, czterdziestoletni mężczyzna i kilkunastoletni chłopiec o niebywałej wrażliwości i wiedzy, nie tyle jednak o sprawach świeckich, takich jak powinności władcy, co o duchowych - przemijaniu, wieczności, wzorach chrześcijańskiego życia opartego na ascezie, o kontemplacji i pokorze.

Taką drogę, taką via ascetica et contemplativa, praktykował tymczasem Wojciech w awentynskim klasztorze. Ale doszedł tutaj element nowy - pragnienie misji w pogańskim świecie, pożądanie męczeństwa.

Pan zresztą dał mu znak, zarysował możliwy wybór. Którejś nocy miał Wojciech sen. Śniło mu się oto, że widzi dwa orszaki -”w szatach purpurowych (święci męczennicy) i w szatach śnieżnobiałych (święci wyznawcy), równocześnie usłyszał głos: «Wśród jednych i drugich masz miejsce, uczestnictwo i należną część»” (Gach, s. 35).

I wybór został dokonany. Odwiedziwszy najpierw groby świętych jesienią 996 roku - św. Marcina w Tours („w Turonie”, jak mówi Skarga), św. Dionizego w podparyskim wówczas St. Denis, św. Benedykta we Fleury („we Floryjaku”, jak mówi Skarga) oraz św. Maura w St. Maur - udał się Wojciech znów do Niemiec, aby pożegnać się z Ottonem III i wyruszyć do Polski, kraju na obrzeżach chrześcijaństwa, graniczącego od północy - a częściowo i zachodu - z pogańskim morzem. Kraju ledwie znanego zachodniemu światu, skoro jeszcze Żywot świętego Wojciecha, spisany być może przez samego Radzima-Gaudentego, zaczyna się od takiej informacji: „W okolicach Germaniijest miejsce zasobne w środki, potężne bronią i srogimi mężami; mieszkańcy zwą je Słowiańszczyzną” (cyt. za: Paweł Jasienica, Polska Piastów, Warszawa 1979, Państwowy Instytut Wydawniczy, s. 52). Ową podróż jednakże poprzedziła kolejna wizja dana we śnie: oto ujrzał siebie Wojciech jako męczennika.

Na dwór Chrobrego dotarł Sławnikowic w lutym 997 roku, zastając tutaj swego brata Sobiesława, dobrze już zadomowionego. Bolesław, z właściwą mu przenikliwością, dostrzegł natychmiast wielką szansę, jaką stworzyło przybycie tak znamienitej postaci: oto miał u siebie sławnego już w Europie człowieka, przyjaciela cesarza Ottona, wzorzec chrześcijańskiej pobożności i ascezy. No i kogoś, kto mógłby się okazać przydatny w opanowaniu Czech, do czego polski władca bardzo się wówczas sposobił. Przyjął więc wędrowca z niemałymi honorami i pragnął go zatrzymać na dłużej.

Ale temu spieszno było do męki: czas naglił, sen naglił. Czuł się już także wolny od biskupich powinności (dostał oto odmowny list od Bolesława II, wzbraniający mu powrotu do Pragi, co pozwalało formalnie spełnić zobowiązanie wobec papieża). Zaczął tedy dążyć do wyprawy między pogan. Chciał wpierw ruszyć na Połabie, między wojowniczych Wieletów (Luciców). Ale - na mocy umowy między Bolesławem a Ottonem - była to wyłączna strefa wpływów cesarskich. Ruszył więc, po jakichś pięciu-sześciu tygodniach pobytu na polskim dworze, ku północy, w stronę Pomorza i Prus. Możliwe, że popłynął tam Wisłą - nie znamy dokładnie jego szlaku. Jedynym wiadomym punktem tej trasy był tylko Gdańsk, gdzie święty, zdaniem żywotopisarzy, nieco zapewne przesadnych w tej sprawie i emfatycznych, nawracał masowo okoliczną ludność.

Na północ przybył Wojciech - to wiemy - pod ochroną trzydziestu wojów Chrobrego. Towarzyszyli mu ponadto brat Radzim--Gaudenty, oraz prezbiter Bogusza (Benedykt). Po około miesięcznym pobycie w Gdańsku, na polskim jeszcze terytorium, Wojciech odprawił eskortę i trzej duchowni ruszyli dalej, ku pruskim czcicielom bałwanów, pragnąc im „zanieść łaskę chrztu albo zyskać męczeństwo”.

Była połowa kwietnia 997 roku.

Drogę, której szczegółów nie znamy, odbywali najpierw statkiem, wzdłuż Mierzei Wiślanej, stanowiącej wtedy jeszcze pasmo wąskich wysp. Po wpłynięciu na Zalew Wiślany, mający także postać odmienną od dzisiejszej, misjonarze wylądowali na jednej z wysepek pruskich, w pobliżu sporego portu (być może legendarnego Truso).

Kiedy gdański statek odpłynął, zostawiając trzech wędrowców na lądzie, nastąpił szereg chaotycznych i okrutnych wydarzeń, których dramatyzm, jak się miało okazać, wynikał raczej z radykalnej obcości etnicznych światów, słowiańskiego i bałtyckiego, niż z religijnej nienawiści.

Oto bowiem najpierw do wysepki podpłynęła łódź z kilkoma Prusami, którzy pospiesznie zaczęli o coś wypytywać przybyszów. Nie rozumiejąc owych pytań, zadawanych w jakimś miejscowym, zachodniobałtyckim dialekcie (być może tylko Bogusza-Benedykt rozumiał nieco język pruski), duchowni nie potrafili właściwie zareagować. Wojciech więc w odpowiedzi zaintonował psalm, co tak rozdrażniło pruskich wioślarzy, że jeden z nich uderzył biskupa wiosłem w plecy, powalając go na ziemię (interpretowano to później jako zapowiedź męczeństwa). Łódź odpłynęła, ale kilka godzin później zjawił się przed misjonarzami „pan wsi”, który zaprowadził ich do siebie i udzielił gościny. Następnego dnia pozwolono Wojciechowi wystąpić przed jakimś zgromadzeniem publicznym, najprawdopodobniej sądem wiecowym, stanowiącym miejscową władzę, nie zaś - jak myślał Skarga (s. 47) - „zjazdem ludzi wielkim do przekupna”. Rzecz działa się na prusko-polskim pograniczu, więc znalazł się nawet tłumacz, który potrafił przełożyć biskupią mowę na lokalne narzecze. „Z pochodzenia - mówił Wojciech - jestem Słowianinem. Nazywam się Adalbert, z powołania zakonnik; niegdyś wyświęcony na biskupa, teraz z obowiązku jestem waszym apostołem. Przyczyną naszej [tu] podróży jest wasze zbawienie, abyście - porzuciwszy głuche i nieme bałwany - uznali Stwórcę naszego, który jest jedynym Bogiem i poza którym nie ma innego boga; abyście, wierząc w imię Jego, mieli życie i zasłużyli na zażywanie w nagrodę niebiańskich rozkoszy w wiecznych przybytkach” (cyt. za: Gach, s. 37).

To jasne: Wojciech przemawiał uniesiony pewnością, jaką daje wiara. Ale dla słuchających go Prusów mowa jego wynikała z pewności, jaką daje poczucie zupełnie niereligijnej, zupełnie ziemskiej dominacji. Jaką daje imperatyw obcego - najpierw kulturowego i religijnego, a następnie politycznego i militarnego - podboju. Słowem, tak to rozumieli, uniesiony swoją pychą etniczną przychodził do nich z imieniem „polskiego Boga” na ustach i w imieniu „polskiego Boga” chciał powalić ich bóstwa, chciał zrujnować ich mały, zamknięty świat.

Byli więc oburzeni. Ale mimo wszystko zachowali się przyzwoicie: ustaliwszy w głosowaniu, że należy się pozbyć obcych, wsadzili ich do łódki i przewieźli na najbliższy polski brzeg, gdzieś na zachodni skraj obecnego jeziora Druzno (wtedy jeszcze była to część Zalewu). Zabronili także - już pod karą śmierci - powrotu na te tereny; kara taka miała spotkać tych również, którzy zechcą udzielić im gościny (można sądzić zatem, że na pogranicznych terenach pruskich, wbrew rozpowszechnionym opiniom, istnieli już jacyś tajemni sympatycy chrystianizmu i - co podtrzymują niektórzy badacze - jacyś zwolennicy polskiego panowania, jacyś „agenci” Chrobrego). Wbrew opiniom pewnych późniejszych hagiografów zatem, próbujących zdarzenia widzieć w konwencjonalnej i ideologicznej perspektywie, próbujących interpretować je wyłącznie w prostych i bezdyskusyjnych kategoriach „męki za wiarę”, Prusowie nie szydzili z chrystianizmu misjonarzy - nie potrafili go bowiem zrozumieć inaczej niźli obcą wiarę plemienną, wiarę wrogą ich wierze, ich plemiennej tożsamości. Inny model religii, chrześcijański uniwersalizm zbawienia, mieścił się najzwyczajniej poza ich światem, poza granicami ich wyobraźni, poza kręgiem ich egzystencjalnego i sakralnego doświadczenia.

„Szli wzgardzeni z miasta, w pole się udając” - powiada Skarga (s. 47-48) o Wojciechu i towarzyszach. Niezupełnie tak było. Oto bowiem pięć dni spędzili misjonarze na polskich ziemiach, medytując i modląc się. Potem zaś podjęli decyzję, że ruszą - był wczesny ranek 23 kwietnia 997 roku - w głąb pruskiego terytorium, choćby za cenę męczeństwa. „Do południa zrobili około 20 kilometrów, idąc lasami. Kiedy przekroczyli ponadkilometrowej długości pomost-groblę z dębowych bali na rozlewisku rzeki Dzierzgoń i wyszli na otwartą przestrzeń w pobliżu grodu o nazwie Cholin [...], Wojciech zarządził postój. Wówczas Radzim-Gaudenty odprawił mszę. Od pewnego momentu byli obserwowani przez oddział Prusów, którzy potraktowali nabożeństwo jako nieprzychylne swojej ziemi praktyki magiczne [zapewne wędrowcy naruszyli nieświadomie pruskie miejsce święte, zwane Romowe - Z.M.], W każdym razie, gdy tylko misjonarze ułożyli się do krótkiej drzemki, zostali otoczeni przez ośmiu zbrojnych pod wodzą miejscowego kapłana [czyli krywe - Z.M.]. Chwilę później Wojciech otrzymał siedem pchnięć włócznią [zabójca biskupa stracił niedawno brata w walkach z Polakami - Z.M.], po czym jeden z Prusów odciął mu głowę. Zdarzyło się to przypuszczalnie w pobliżu dzisiejszej miejscowości Święty Gaj [...]. Radzimowi i Boguszy, po krótkiej niewoli, darowano życie i wolność, by mogli donieść o śmierci biskupa swojemu księciu. Uciętą głowę Wojciecha pozostawiono na słupie. Zabrał ją stamtąd pewien wędrowiec i schował do torby. Możliwe, iż był to wynajęty Pomorzanin, którego Radzim i Bogusza wysłali zza granicy, aby im dostarczył bezcenną relikwię. W każdym razie wiadomo, ze w Gnieźnie znalazła się najpierw głowa męczennika, a dopiero potem ruszyło do Prusów poselstwo Chrobrego, by odzyskać również korpus” (Gach, s. 37).

„Tak ten wielki święty oddał ofiarę swoje Bogu swemu, a męczeńskiej korony, której długo w rozlaniu krwie swej dla Chrystusa Boga swojego pragnął, uczestnikiem się stał” (Skarga, s. 49).

Tak: sen się wyśnił. Tak: krew została przelana.

Ale dla jakiej korony?

Brzask królestwa

Zmasakrowane ciało Wojciecha, po wykupieniu przez Bolesława Chrobrego, powędrowało najpierw do Trzemeszna, a następnie do Gniezna. Ale powędrowało nie bez stosownej legendy: oto bowiem - zanim ktoś je pogrzebał z litości - zawisło ono na drzewie, gdzie przez trzy dni pilnował go ponoć orzeł.

Tak mówiono, tak pisano już wówczas, kiedy sens późniejszych wydarzeń historycznych był najzupełniej jasny, kiedy -wstecz, na zasadzie ideologicznej projekcji (tego, co utkwiło na dobre w polskiej podświadomości zbiorowej) - musiały przemówić symbole. I na straży zwłok świętych, ugodzonych siedmiokrotnie (zgodnie więc z wszystkimi wymogami rytualnego symbolizmu, z wszystkimi wymogami sakralnego zabójstwa), musiał pojawić się orzeł, ptak królewski.

„Śmierć Wojciecha wywarła wielkie wrażenie w świecie zachodniego chrześcijaństwa. Wstrząsnęła zwłaszcza umysłem Ottona III, który zaczął gorliwie zabiegać o kanonizację męczennika. Najdalej w roku 999 papież [był nim wtedy niezwykle uczony Sylwester II - Z.M.] uznał Wojciecha świętym” (Jasienica, s. 52). Dalej już wypadki zaczęły biec gwałtownie, wynosząc Polskę Chrobrego wysoko ponad okoliczne kraje o młodym chrześcijaństwie. Najpierw więc Bolesław (przy wsparciu Radzima-Gaudentego) wystarał się o założenie arcybiskupstwa w Gnieźnie, gdzie spoczęły relikwie męczennika, oraz kilku biskupstw.

Ale relikwie stały się też fundamentem i władzy świeckiej, królewskiego sacrum. Pielgrzymka Ottona III do świętych zwłok w marcu tysięcznego roku i zjazd gnieźnieński nie dały wprawdzie od razu oczekiwanego przez Bolesława wyniku, nie od razu przemieniły polskie księstwo w królestwo (przeznaczoną dla Bolesława koronę posłano na Węgry, gdzie ozdobiła skronie Stefana I). Jednak - co dobitnie podkreśla Gall - w symbolicznych aktach cesarza, w jego zdecydowanych i czytelnych gestach językowych, wyrażone zostało to jedno: ustanowienie królestwa polskiego jako zasadniczego elementu universum christianum. A w wymiarze już realnym otrzymywał polski władca - najzupełniej już królewskie - prerogatywy: własną metropolię (z zależnością tylko od Rzymu), własnego metropolitę (z jego przywilejem do przeprowadzenia aktu koronacji) oraz prawo inwestytury biskupów. „Wizyta Ottona - pisze historyk - dała też okazję do podkreślenia pozycji Bolesława i jego państwa jako prawie królestwa, chociaż, jak wiadomo, do koronacji doszło dopiero u samego schyłku władcy gnieźnieńskiego w 1025 r. Otton III, łączący w swej osobie bardziej niż jego poprzednicy tradycję cesarską, i to zarówno zachodnią, jak i - przez matkę - bizantyńską, miał koncepcję cesarstwa naprawdę rzymskiego, uniwersalnego, ogólnochrześcijańskiego. W takiej koncepcji odrębne miejsce uzyskiwały nowo powstające państwa chrześcijańskie. Decyzje z lat 999-1000 i wizyta gnieźnieńska mają znaczenie dla całego «nowego chrześcijaństwa”. Był to jakby akt uznania i przyjęcia «no-wego» do «starego», odbiegający - tu osoba i kultura młodego cesarza miała decydujące znaczenie - od typowego podejścia, charakterystycznego zbyt często dla obu cesarstw. Można też widzieć w zjeździe gnieźnieńskim 1000 r. symboliczny akt narodzin cywilizacyjnego kręgu chrześcijańskiego, narodzin Europy w granicach ustalających się na tysiąc lat” (Kłoczowski, s. 48; podkreślenie - Z.M.).

Łupieska wyprawa księcia czeskiego Brzetysława w 1038 roku - w okresie załamania się władzy monarszej w Polsce, buntu społecznego i reakcji pogańskiej - dosięgła zatem wprawdzie ludzkich szczątków, lecz nie dosięgła już idei: „Wtedy to Czesi zniszczyli Gniezno i Poznań i zabrali ciało św. Wojciecha” (Anonim tzw. Gall, s. 44). Miało to dać odpowiednie podstawy buntowi Brzetysława przeciw cesarstwu niemieckiemu i arcybiskupstwu mogunckiemu. Ale nie dało. I ostatecznie czeski książę, zdradzony przez własnego praskiego biskupa, musiał się poddać obcej zwierzchności. „A wtedy okazało się dowodnie, że Brzetysław, jeżeli miał istotnie zamiar utworzenia wielkiego państwa słowiańskiego za wzorem Bolesława Chrobrego, to powinien był pomyśleć najprzód o niezawisłości kościelnej. Zamiast więc łupić Polskę z relikwii św. Wojciecha, które miały być zakładem nowej metropolii czeskiej w Pradze, lepiej było wskrzesić dawną stolicę Metodego (oczywiście bez liturgii słowiańskiej) i ugruntować na niej za zgodą papieża własną prowincję czesko-morawską, po czym dopiero można było bezpieczniej spróbować szczęścia w boju z potężną Teutonią” (Wojciechowski, s. 151).

Cel owej wojny, poza potrzebą łupów, został więc wprawdzie jasno określony, ale czeski błąd dziejowy nie dawał się naprawić przez samo zagrabienie ciała (zresztą nie wiadomo z pewnością, czy Brzetysław zabrał z Gniezna ciało prawdziwe, czy też falsyfikat relikwii, ciało „drugie”, ciało „podłożone” mu dla zmylenia; wiadomo natomiast, że ledwie pokolenie później odzyskano czy też ujawniono w Gnieźnie cenny relikwiarz z głową świętego). Królestwo polskie miało bowiem nie tylko materialny wymiar, ale i duchową osnowę. Miało swój początek i swój skutek w ludzkich umysłach. Początek przede wszystkim w umysłach Bolesława Chrobrego, Ottona III i Sylwestra II, umysłach ludzi zdolnych do symbolicznego tworzenia universum christianum ponad doraźnymi wypadkami politycznymi, a nierzadko wbrew tym wypadkom. Skutek natomiast - w umysłowości już na dobrą sprawę powszechnej.

Czeski błąd dziejowy był tym samym błędem partykularyzmu, niezdolności do myślenia w kategoriach innych niż lokalne, doraźne interesy wyrażane w dyskursie siły. Był niewyciągnięciem wniosków z nowo przyjętego chrystianizmu, który chciano potraktować na stary - plemienny i pogański jeszcze - sposób. „W pogaństwie były księstwa podzielone wedle ilości synów; i dzieliły się też coraz dalej, bo takie tam było prawo państwowe. Nie dość -z podziałów wynikały koniecznie wojny dynastyczne, którym nie było końca inaczej, jak chyba przemocą silniejszego gwałtu, i to tylko wtedy, jeżeli szczęśliwie nadarzył się gwałtownik mocniejszy” (tamże, s. 149). Święta Ludmiła, święty Wacław, święty Wojciech - każde z nich na swój sposób - byli zatem ofiarami Przemyślidów, nie zaś ofiarami dla Przemyślidów. I żadna wyprawa po łupy, choćby święte, nie mogła tego błędu naprawić. „Zależność kościelna Bohemii od Germanii nie ustała nawet i wtedy, kiedy cesarz Henryk IV podniósł księcia czeskiego Wratysława do godności królewskiej (1085). Bo jakie to było królestwo, to można było ocenić wedle tego, że biskupi czescy (było już dwóch: praski i ołomuniecki), jakkolwiek mianowani przez nowych królów czeskich, brali jednak inwestyturę i konsekrację od królów i metropolitów niemieckich” (tamże, s. 151).

Brzask rzeczywistego królestwa musiał więc zapłonąć gdzie indziej, dla kogoś innego. Do tego stopnia był on silny, że to sąsiedzi Polski w 1039 roku, tuż po najeździe Brzetysława, postanowili wydobyć ją z upadku i zamętu. „Książę Kazimierz [Odnowiciel - Z.M.] wkracza do Polski od zachodu, wspierany przez oddział pięciuset rycerzy niemieckich, przysłany mu przez samego cesarza. Od wschodu popiera go władca Kijowa, Jarosław, ten sam, przeciw któremu wyprawiał się ongi Chrobry. [...] Państwo polskie [...] musiało się już stać ważnym czynnikiem równowagi politycznej, skoro w odbudowywaniu go dopomogły mocarstwa ościenne - Niemcy i Ruś. Widocznie ład, mozolnie budowany od czasów Ziemowita, stanowił dużą wartość natury międzynarodowej, chaos natomiast - jaki po Mieszku II zapanował między Bugiem a Odrą - zagrażał także interesom sąsiadów. [...] Polska była po prostu potrzebna Europie jako czynnik równowagi, co musiały rozumieć wybitne umysły polityczne. Kazimierza Odnowiciela zdecydowanie poparł Henryk III, uważany za największego z cesarzy niemieckich. Od wschodu dostarczył mu pomocy Jarosław, nie bez przyczyny pewnie zwany przez historyków ruskich Jarosławem Mądrym” (Jasienica, s. 69).

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama