słodki cukiereczek
Strona główna Opoki | Liturgia na dziś | Baza Mszy św. | Porozmawiajmy o wierze | Życie Kościoła | Jan Paweł II | Dołącz do grona darczyńców

Opoka jest przydatna? Wpłać darowiznę
Rodzina





Audiobooki w odcinkach




Wiadomości




Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach |


Moje miejsce jest tutaj

Poznali się, kiedy mieli po dwadzieścia jeden lat. On był na II roku medycyny i sądził, że powinien poznać świat, zakosztować jego uroków i dopiero gdy skończy studia, pomyśleć o zorganizowaniu sobie życia. A tymczasem pewnego dnia stanu wojennego, w Warszawie na Mokotowie, w przykościelnej wypełnionej po brzegi ludźmi, zobaczył ją. Tam, wspomina dr Andrzej Majkowski, poznałem Tereskę.

Była przepiękną, szczuplutką blondyneczką; inna niż dziewczyny, jakie dotąd znałem, zaimponowała mi swoją pewnością siebie. Po prostu zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ona, po studium medycznym, pracowała jako pielęgniarka na oddziale chirurgicznym szpitala na Bródnie. Koleżanki ze studium namówiły ją do pójścia na tę katechezę. Katechezy prowadzili świeccy, m. in. Bolesław Szatyński, w czasie powstania warszawskiego komendant „Zawiszaków", dziesięcio-dwunastoletnich chłopców, którzy roznosili pocztę polową. Sam miał wówczas, jak i jego przyszła żona, Zofia, szesnaście lat.

Któregoś dnia zmarły niedawno biskup Władysław Miziołek wręczał wszystkim Pismo święte, a że pan Andrzej siedział wówczas koło Tereski, nie wie, czy bardziej przeżywał dar biskupa czy bliską obecność dziewczyny. Wspaniałe narzeczeństwo trwało półtora roku; czystości naszego związku, wspomina, pilnował mój katecheta szkolny, cudowny ksiądz Stanisław Guzek, który ilekroć mnie spotkał, natarczywie pytał: kiedy się żenisz? Usłyszawszy, że nie miałbym dokąd zaprowadzić żony po ślubie, bo z rodzicami mieszka zamężna siostra z dziećmi, odpowiedział: Andrzej, nie martw się, módl się tylko. To on wynalazł im pierwsze mieszkanie - pokój wynajmowany w zamian za opiekę nad nieuleczalnie chorą staruszką, która była główną lokatorką. Gdy zmarła, wyrzucono ich po prostu, ale byli już małżeństwem.

Ślub był wspaniały. Odbyt się w Trzech Króli 1984 r. w małej kaplicy, w której zmieściło się jednak ponad pięćset osób: rodzina, koledzy, przyjaciele; samo składanie życzeń trwało dwie i pół godziny, śmieje się pan Andrzej. Po czym odbyto się przyjęcie weselne, na którym podawano „patykiem pisane" grzane wino z korzeniami (był mróz) i ciasta upieczone przez zaprzyjaźnione osoby. To byt przepiękny ślub, do dziś dnia wspominam go z rozrzewnieniem. A potem wesele w domu, w którym teraz rozmawiamy, czyli w Kobyłce pod Warszawą, w domu wujostwa, którzy wychowali panią Teresę, sierotę od najmłodszych lat.

Zanim tu zamieszkali, w ciągu pięciu lat zmieniali mieszkania osiem razy, doświadczając przez ten czas bardzo trudnych warunków, ale i ogromnej, wręcz zadziwiającej życzliwości ludzkiej, a nade wszystko opieki Boskiej. Bo gwarantem małżeństwa - mówi doktor - jest Bóg. On zawiera z nami przymierze poprzez sakrament małżeństwa, On jest strażnikiem, że wszystko będzie szło dobrze, że będzie czuwał nad naszą rodziną.

Przyszły lekarz jeszcze studiował, a pilnowany przez żonę i przez nią przepytywany przed egzaminami, zdawał je teraz na czwórki i piątki, inaczej niż w narzeczeńskich czasach. Chciał jak najszybciej zacząć pracować i być lekarzem, tak jak tego zapragnął jako dwunastoletni chłopak ratując ojca, który dostał krwotoku.

Od trzynastu lat ich domem jest ten, który przepisali im wujostwo pani Teresy. Ten dom nieco ostatnio powiększyli, bo z latami rodzina się rozrastała. Dzieci jest dziewięcioro. Piętnastoletnia Marta we wrześniu idzie do liceum, trzynastoletnia Marysia skończyła VI klasę, dziesięcioletnia Zuzia - IV klasę, ośmioletni Janek, największy figlarz w rodzinie, skończył II klasę, Natalka ma siedem lat i jest po zerówce, sześcioletni Wojtek we wrześniu pójdzie do szkoły, Weronika ma cztery lata, Jacek dwa i pół, najmłodszy jest trzymiesięczny Michał. Pięcioro najstarszych chodzi do szkoły w Kobyłce, odległej od domu trzy kilometry. Dojeżdżają autobusem, czasem rowerami, gdy jest ładna pogoda. Wracają czasem pieszo lub w ramach samopomocy rodzicielskiej są podwożeni.

Pani Teresa zostaje w domu z czwórką najmłodszych dzieci. Dzieci czasem jadają obiady w szkole, dzięki uprzejmości nauczycieli nawet bezpłatnie. Ale Marta z Marysią wolą jadać w domu. Pani Teresa gotuje obiady codziennie i codziennie musi być coś innego. Zupa jest gotowa już w południe, bo z drugim daniem czasem czekają na ojca. Pan doktor wracał kiedyś do domu na trzecią i wtedy wszyscy z apetytem jedli razem, siedzieli dłużej przy stole, rozmawiali, ale teraz bywa trochę dłużej w przychodni i jest w domu koło piątej, szóstej. Poza przychodnią rejonową w Wołominie, pracuje jeszcze w gabinecie alergologicznym, chodzi z wizytami do chorych dzieci. W nagłych przypadkach rodzice potrafią także przyjechać do niego wprost do domu. Ale mąż - mówi żona - ma po swoim ojcu pogodne usposobienie, jest uśmiechnięty, lubiany przez wszystkich i każdemu choremu dziecku poświęca tyle czasu, ile tylko trzeba.

Większe zakupy robimy raz w tygodniu, mówi pani Teresa, drobne, codziennie, w sklepie w pobliżu. Ja gotuję chudo, jadamy bardzo mało mięsa, głównie naleśniki, frytki, kopytka, różne kluski, które dzieci wręcz uwielbiają. No wszelkiego rodzaju surówki. Czteroletnia Weronika jest mistrzynią w robieniu sałatki z kapusty pekińskiej, do której dodaje marchewkę i jabłko, starsza Natalka to przyprawia do smaku, ale Weronika wszystko sama kroi i komponuje. Bo dziewczynki już pomagają mamie w kuchni, prasują proste rzeczy, pralka pracuje oczywiście co dzień. Natomiast chłopcy zostali wdrożeni przez ojca, i to dość stanowczo, do sprzątania po sobie, na swoich pólkach, w swoim pokoju. Co tydzień odbywało się sprawdzanie, jak wszystko zostało wykonane; teraz już bez przypominania sami to robią i świetnie dają sobie radę.

Jak prowadzi się dom z tak liczną rodziną? Zostałam wychowana przez ciocię, mówi pani Teresa, i przez nią przygotowana do tego, że mam być w domu, mam być kobietą, która będzie pilnowała garnków i opiekowała się dziećmi. Wujostwo nigdy nie mówili o żadnej karierze zawodowej, tylko od dzieciństwa przyuczali mnie do roli przyszłej żony i matki. Chodź zobaczyć, jak się robi zupę, wołała ciotka, jak się robi ciasto, bo to na pewno któregoś dnia ci się przyda. To musisz posprzątać, tamto zrobić, na tamto zwrócić uwagę, l ja właściwie, wyznaje, nie miałam ambicji, żeby skończyć studia. Po studium medycznym przez pięć lat pracowałam w szpitalu i dobrze się czułam w zawodzie pielęgniarki - na chirurgii, a potem w bloku operacyjnym jako anestetyczka. Byłam szczęśliwa, miałam kontakt z pacjentami, lubiłam z nim porozmawiać, ale czułam także, że to, czego nauczyłam się w zawodzie, przyda mi się potem w życiu. Gdy rodziły się kolejne dzieci, nigdy nie przyszło mi na myśl, żeby iść do pracy, wyrwać się z domu, bo wiedziałam, że moje miejsce jest tutaj, że ja mam być jego ozdobą, stwarzać w nim dobrą atmosferę, a mąż, głowa rodziny, utrzymuje dom. Jego rola to zarabianie pieniędzy, owszem, może mi pomagać, ale moja rola to podanie obiadu mężowi i dzieciom, kiedy wrócą do domu. Dzieci mają być ubrane, nakarmione, z odrobionymi lekcjami, dom zadbany. Dzieciom nie brakuje przy tym ojcowskiej opieki i męskiej ręki. Jest dla nich miły, dobry, bawi się z nimi, czyta im książki, przytula, pomaga w lekcjach, kiedy trzeba. Czują dla niego respekt i coraz bardziej cenią go jako głowę rodziny.

Całą rodziną w sobotę wieczorem, bo to już początek świętowania dnia Pańskiego - mówi pani Teresa - jedziemy na Mszę świętą w Warszawie. Dzieci czekają na ten dzień, słuchają tam katechezy specjalnie dla nich przeznaczonej. Wracają dość późno do domu, ale jeszcze, ożywione, długo rozmawiają i chcą być razem.

Rodzina państwa Makowskich jest bez wątpienia rodziną szczęśliwą. Sprawia to żywa wiara, jaką daje im Kościół. Czują się prowadzeni przez Słowo Boże otrzymując tę łaskę, by wcielać je w życie. Bo własnymi siłami - mówi pani Teresa - nic nie moglibyśmy zrobić. Sami z siebie tego szczęścia nie umielibyśmy stworzyć. Narażeni na codzienne kryzysy, kłopoty, mamy dni smutne, ale nie ciche. Ja nie jestem przecież święta, często umęczona, niecierpliwa, wyżywam się czasem na Bogu ducha winnych dzieciach. Ale szybko sobie przebaczamy. Wiem, że to nasze szczęście jest tylko dzięki Bogu.

Halina Cenglowa

opr. TG/PO







Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Edukacja Ekonomiczna | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Europa, Polska, Kościół | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Księgarnia religijna | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Noclegi w Polsce | Noclegi, hotele w Polsce | Nowości na naszych stronach | Papież Franciszek | Pielgrzymki piesze - ePielgrzymka | Rekolekcje | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Tapety i dzwonki religijne | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła