słodki cukiereczek
Strona główna Opoki | Liturgia na dziś | Baza Mszy św. | Porozmawiajmy o wierze | Życie Kościoła | Jan Paweł II | Dołącz do grona darczyńców

Opoka jest przydatna? Wpłać darowiznę
Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!





Audiobooki w odcinkach





 


ks. Wacław Hryniewicz

Nad przepaściami wiary

Partnerami w rozmowie są
Elżbieta Adamiak i Józef Majewski

ISBN: 978-83-240-1074-5
wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2010

Spis wybranych fragmentów
Bóg ukryty
Bóg sprawiedliwy czy miłosierny?

Część III

Na drogach Boga łaskawego

2. Bóg sprawiedliwy czy miłosierny?

Wielokrotnie wyrażał Ksiądz pogląd, że sami chrześcijanie ponoszą odpowiedzialność za odchodzenie ludzi od Boga. Na czym polega ta wina?

Czasem można ponosić winę za coś, co było czynione z dobrymi intencjami. Wina chrześcijan przybiera również takie oblicze. Wiele rzeczy w głoszeniu Dobrej Nowiny stawało się nieraz nośnikiem przesłania, które z dobrem nie miało wiele wspólnego. Raczej z groźbą, ze strachem, ze złą nowiną. Radosna Nowina — bo przecież tak też można tłumaczyć greckie euangelion — zbyt często w ustach chrześcijan przerażała. Pytanie o odpowiedzialność samego chrześcijaństwa jest złożone.

A co jest najważniejsze?

Trzeba by chyba zacząć od wizji Boga, jaką w ciągu dziejów oferowało ludziom chrześcijaństwo. To jest dziejowa wina, która rozkłada się na całe stulecia. Oczywiście, w ciągu historii obraz Boga w chrześcijaństwie stopniowo się zmieniał. Każda epoka miała swoje wyobrażenia, co wiązało się z konkretnymi warunkami, w jakich żyli ludzie. Niemniej w niektórych okresach wyobrażenia te stawały się wizją zatrważającą. Widziano Boga jako bezwzględnie sprawiedliwego, wyważającego moralną jakość ludzkich czynów, niemal arytmetycznego w swoim nagradzaniu czy karaniu.

Czyli zapominano o tym, że Bóg jest Miłością?

Z jednej strony głoszono Go jako Miłość, ale z drugiej często robiono niemal wszystko, aby temu zaprzeczyć. Bóg miłości i miłosierdzia przybierał oblicze surowego moralisty, sędziego, wymierzającego grzesznikom ciężkie kary, czyhającego na najdrobniejsze potknięcie człowieka, niewahającego się całe rzesze ludzi posyłać do piekła. Stawiano ludziom przed oczy wzniosłe ideały moralne, a na straży ich przestrzegania umieszczano bezwzględnego Boga groźby i kary. Religia, która stawia ludziom niebotyczne wzorce moralne i maksymalistyczne wymagania, często osiąga skutek przeciwny. Ludzie nie wytrzymują ciężarów na nich nałożonych, a w końcu dostrzegają, że niektóre obciążenia nie mają głębszego sensu, że są po prostu bezzasadne. Stróże zasad takiej religijności z kolei reagują na to negatywnie, mnożą zakazy, nakazy, ostrzeżenia i groźby. Nad wszystkim stawiają Boga z sankcją wiecznego piekła.

Ale w końcu to Ewangelia stawia przed nami wielkie wymagania: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48).

To zostało powiedziane w kontekście miłosierdzia. Słońce dla wszystkich, deszcz dla wszystkich — naśladujcie swojego Ojca, który ma dla wszystkich wyrozumienie. U Łukasza jest to jeszcze wyraźniejsze: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (6, 36). O jaką doskonałość chodziło ewangeliście? Odpowiedź na to znajdziemy u samego Mateusza, który nawiązując do proroka Ozeasza, dwukrotnie wkłada w usta Jezusa znane nam już słowa: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.

Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (9, 13; por. 12, 7). Tymczasem „doskonałość” rozumiano w sensie moralnego perfekcjonizmu. Można dać się owładnąć obsesją perfekcjonizmu, a w istocie rzeczy pozostać daleko od ducha Ewangelii.

To znaczy?

Choćby w szczególny sposób łącząc Boską doskonałość ze stanem monastycznym czy duchownym. Wręcz identyfikując ją z tym, co dziewicze i związane z celibatem, gdy tymczasem to, co świeckie, nie mogło być doskonałe i święte. Mówiliśmy już o tym... Ileż tragedii pociągnęła za sobą obsesja perfekcjonizmu, ile wynaturzeń! Perfekcjonizm łatwo staje się pułapką dla ludzi. Wyjść poza to, co ludzkie, stać się „jak Bóg” (Rdz 3, 5). To brzmi jak pierwsza pokusa w raju. Stawiano nieraz karkołomne ideały — wyrzeczenia, ascezy, odrzucenia świata, co w końcu prowadziło do moralnej trwogi, bo było niemożliwe do zrealizowania. Zapędzano ludzi niemalże w angelizm.

Właśnie tak określano stan monastyczny — życie anielskie, stan najdoskonalszy z możliwych...

Anioły na ziemi! Wyrzeczenie się świata i jego radości... Tymczasem opisani w Biblii aniołowie nie gardzą zwyczajnymi radościami ludzi (gościna u Abrahama), są blisko ludzkich spraw, pomagają w odnalezieniu drogi życia (anioł Rafał doprowadza Tobiasza i Sarę do małżeństwa). Stawianie angelicznych ideałów, idących w parze z nieufnością do świata i do ludzkiego ciała, traktowanego jako siedlisko grzechów, prowadziło do tego, że ludzie nie byli w stanie uporać się z tym ideałem. W końcu kierowali agresję przeciwko sobie samym. Nie potrafili zdobyć się na akceptację siebie. Akceptacja wymaga pogodzenia się z tym, jakim się jest, chociaż człowiek zdaje sobie sprawę, że powinien dążyć do czegoś lepszego.

Zatem miłosierdzia Bóg chce, nie zaś ofiary...

Istotne jest, że Jezus w Ewangelii według Mateusza dodaje do słów o miłosierdziu i ofierze znamienne polecenie: „Idźcie i nauczcie się zrozumieć” (9, 13). Zrozumieć, uczyć się — to jest przecież wzniosła droga religii. Dlatego tak często wracam do tego tekstu. Religie prześcigały się w składaniu ofiar. Już w Starym Przymierzu pojawiają się ostrzeżenia. Warto sięgnąć do Księgi Izajasza, gdzie Bóg mówi: „Co mi po mnóstwie waszych ofiar? (...) Syt jestem całopalenia kozłów i łoju tłustych cielców. Krew wołów i baranów, i kozłów mi obrzydła. (...) Przestańcie składania czczych ofiar! Obrzydłe mi jest wznoszenie dymu (...). Nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości. Nienawidzę całą duszą waszych świąt nowiu i obchodów; stały mi się ciężarem; sprzykrzyło mi się je znosić! Gdy wyciągniecie ręce, odwrócę od was me oczy. Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi. Obmyjcie się, czyści bądźcie! Usuńcie zło uczynków waszych sprzed moich oczu! Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobrem! Troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego, oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie!” (1, 11-17). Sierota i wdowa — symbol ludzkiego nieszczęścia, bolesnej samotności, osoby najbardziej narażone na zranienie i skrzywdzenie. To o nich trzeba pamiętać przede wszystkim, a nie o ofiarach. Czynienie dobra jest najważniejsze. Można w religii zboczyć z drogi. Stąd protest Jezusa przeciw instytucjonalizacji, która staje się zniewoleniem. Stąd protest przeciw wypaczaniu sensu szabatu... Gdyby zacząć czytać Ewangelie pod tym kątem, to można by zobaczyć, jak proroczo przestrzegają one przed możliwością zejścia chrześcijaństwa z właściwej drogi. I proroctwa te — niestety — nieraz się ziściły.

Również w odniesieniu do obrazu Boga w naszym nauczaniu?

Jeżeli Bóg wymaga angelicznego perfekcjonizmu, to musi być Tym, który skutecznie będzie stał na straży jego przestrzegania. Taki Bóg musi umieć się rozgniewać na niepokornych. Niemal wziąć odwet za grzechy. Potrafi zemścić się na istocie ludzkiej. W takim kontekście łatwo o karkołomne wnioski w rozumieniu tajemnicy Chrystusa i Jego dzieła.

W jakim sensie?

Taki Bóg mści się za grzechy na swoim Synu. Znajdowano na to argumenty w Nowym Testamencie. „On, który nawet własnego Syna nie oszczędził — czytamy w Liście do Rzymian — ale Go za nas wszystkich wydał” (8, 32). Co więcej, „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu” (2 Kor 5, 21). Syn bierze na siebie ogrom ludzkich win i niemal przejmuje na siebie całe piekło odrzucenia. To jest swoisty odwet Boga. Taka jest cena ludzkiego grzechu. Dlatego i wina tym większa. Niedaleko stąd do sankcji ostatecznej — wiecznego piekła. Oto konsekwencja radykalizmu i wygórowanych wymagań. Nie można słabej istocie ludzkiej stawiać żądań tak maksymalistycznych, że ona się w końcu załamuje i zniechęca.

Ale przecież nie można też stawiać wymagań minimalistycznych.

Tak, ale trzeba stawiać maksymalistyczne wymagania w sferze tych najbardziej istotnych i realnych wymogów religii. Raz jeszcze powtórzmy: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary” — nie ascetyzmu, nie cierpiętnictwa, nie wyrzeczenia, nie odrzucania świata czy pogardy dla ludzkiej płciowości. Perfekcjonizm w końcu przeradzał się w jurydyzm bądź legalizm. Należało go opatrzyć kodeksami drobiazgowych przepisów, przykazań, norm, dyrektyw, rytuałów. Wieczne szczęście czy potępienie uzależniano — na przykład — od kilku gramów zjedzonego czy niezjedzonego mięsa w dniu postu. Wystarczyło bodaj o minutę przekroczyć eucharystyczny post, by znaleźć się na krawędzi piekła. A nad tymi gramami czy minutami czuwał uważny, bardzo uważny Bóg, w każdej chwili gotów wymierzyć sprawiedliwość... To były ciężary nie do udźwignięcia dla ludzi. Wielu z nich nie mogło się z tym pogodzić.

Dlatego odchodzili od wiary?

Również dlatego rodził się bunt przeciw takiemu Bogu, który przeraża, napawa strachem i lękiem. Ale chodzi mi także o to, że tego rodzaju religijność wpędzała ludzi — i nadal ich wpędza — w nerwice. Ileż świadectw na to zebrał w swoich książkach Jean Delumeau! Strach czytać. Bo widać w nich Boga, który staje się niemalże przeciwnikiem, wrogiem człowieka. Boga, który z jakąś niewiarygodną konsekwencją wygasza ludzką radość, optymizm i śmiech. Który potrafi się mścić. Dzisiaj można by Go przyrównać do nieubłaganego komputera, precyzyjnie rejestrującego najdrobniejsze potknięcia, uchybienia i winy, by w odpowiednim momencie porazić bezwzględną sprawiedliwością.

Co zrobiliśmy z niektórymi tekstami Nowego Testamentu? Choćby z wypowiedzią Apokalipsy (1, 16) o obosiecznym mieczu w ustach Chrystusa! Malarstwo chrześcijańskie nadawało temu wyobrażeniu przerażającą wymowę. Biblijna symbolika słowa Bożego, które potrafi dotrzeć — niczym miecz obosieczny (por. Hbr 4, 12) — do najgłębszych głębi ludzkiego serca, przekształciła się w Bożą zemstę, karę i groźbę. Nie wahałbym się mówić — za Paulem Evdokimovem — o narodzinach sadystycznego, penitencjarnego obrazu Boga w chrześcijaństwie; Boga, który w swojej nieubłaganej sprawiedliwości dopadnie kiedyś człowieka, odpowiednio go rozliczy i ukarze.

Mówił Ksiądz o religijnych nerwicach...

Mam przed sobą wstrząsającą książkę amerykańskiego psychiatry M. Scotta Pecka Droga mniej uczęszczana. Autor jest katolikiem. Szczegółowo opisuje kilka przypadków takich nerwic. Oto jeden z nich. W końcowej fazie choroby pewna młoda kobieta zachowywała się jak zwierzątko zapędzone w najciemniejszy kąt pokoju i w nieskończoność powtarzała: „Ja umrę, umrę, umrę... Bóg mnie ukarze”. Psychiatra stopniowo odkrywał, skąd brały się depresyjne i lękowe stany pacjentki. Jedna z przyczyn kryła się w wychowaniu religijnym. Wpojono jej obraz Boga karzącego, szczególnie surowego w odniesieniu do spraw ludzkiej cielesności i seksu. Dziewczyna bała się Go, ratując się systemem tysięcy modlitw — powtarzała je w kółko niczym nakręcony mechanizm. U podstaw choroby legło nauczanie religijne oraz niezdolność do samodzielnego myślenia.

Nauczanie jakiejś sekty?

O nie, tu chodzi o Kościół katolicki. Żadna zakonnica na katechezie, żaden ksiądz nauczający katechizmu nigdy nie zachęcili tej dziewczyny do stawiania sobie pytań w odniesieniu do religijnych doktryn i możliwości rewizji popularnych poglądów. W Kościele rzadko uczy się ludzi samodzielnego i odważnego myślenia. Mają słuchać autorytetu. Autor tej książki konkluduje, iż nie dziwi się, że dzisiaj tak wielu psychiatrów i psychoterapeutów odbiera religię jako nieprzyjaciela człowieka. Niektórzy formułują wręcz tezę, że religia jako taka ma destrukcyjny wpływ na ludzi.

Zazwyczaj mówi się, że wszystkiemu byli winni teologowie, kaznodzieje, katecheci, albo twierdzi się, że to wina katolicyzmu ludowego. A jak do tego obrazu — pozostańmy przy bardzo plastycznej terminologii Evdokimova — sadystycznego Boga ma się oficjalne nauczanie Kościoła?

W najważniejszych wypowiedziach Kościoła chyba jednak nie znajdziemy tak drastycznego obrazu Boga. Natomiast jeśli chodzi o tak zwane Magisterium zwyczajne, to ono nieraz niebezpiecznie zbliżało się do wizji Boga, który jest surowym, bezwzględnie sprawiedliwym sędzią.

Rozróżnia tu Ksiądz nauczanie uroczyste i zwyczajne. Czy jednak nie należałoby również mówić o Magisterium... milczącym, niereagującym na popularne wyobrażenia Boga, na wizję Boga kaznodziejstwa, katechezy, chrześcijańskiego wychowania? Czyż w braku reakcji nie kryła się jakaś akceptacja?

Magisterium w przeszłości potrafiło być „rychliwe”. Pamiętamy — ileż głów spadło z tego powodu! Ale rzeczywiście do myślenia daje fakt, że wizja Boga strasznego, groźnego, bezwzględnie sprawiedliwego przeżyła całe wieki, a nawet dzisiaj ma się często całkiem dobrze.

I chyba żadnemu głosicielowi takiej wizji nawet jeden włos nie spadł z głowy, zresztą, dzięki Bogu.

Zastanawia fakt, że przetrwała w katolicyzmie pedagogia strachu. Delumeau, do którego często wracam, powiedział niedawno, że nie wydaje mu się, aby Kościół katolicki oficjalnie odrzucił tę pedagogię. Ona od czasu do czasu odżywa. Jej ślady można dostrzec w ostatnim Katechizmie, który obstaje przy tradycyjnej nauce o piekle i dosłownym odczytaniu Księgi Rodzaju w odniesieniu do grzechu pierworodnego. Przy takiej interpretacji pozostaje ziarno pedagogii strachu. Mężczyzna i kobieta zostali — za karę — wydani na cierpienie i umarli, a wszystko na skutek grzechu pierworodnego.

Skąd bierze się to przywiązanie do pedagogii strachu?

Ona służyła jako narzędzie potrzebne do wstrząśnięcia człowiekiem, doprowadzenia go do opamiętania i nawrócenia. Nie przeczę, że wstrząs czasami jest potrzebny, ale czy na dłuższą metę jest to przemiana skuteczna? W to wątpię. Strach nie jest w stanie na trwałe przemienić człowieka. Należałoby co najwyżej mówić o inicjacyjnej funkcji lęku. Ten etap może jest czasami potrzebny w życiu człowieka, żeby zdał sobie sprawę, wręcz przeraził się tym, co czyni. Ale nie można na nim pozostać; to nie może być jedyny biegun religijności. Inicjacja winna iść dalej, prowadzić głębiej — do samego rdzenia religijności. Ku religijności bardziej bezinteresownej, szlachetniejszej. Lęk nie jest najgłębszym czy najbardziej właściwym fundamentem moralności. Tu Kościół ma jeszcze wiele do zrobienia. Wierzę, że Kościół przyszłości będzie się nadal uczył mądrości Ewangelii, że potrafi nadrobić zapóźnienia i jednostronne odczytanie jej przesłania. Jesteśmy wspólnotą uczniów, którzy popełniają błędy.

Czy zatem Kościół pobłądził?

Kościołowi wciąż grozi oddalanie się od ducha Radosnej Nowiny. Niebezpieczeństwo polega na czynieniu z niej narzędzia zastraszenia człowieka. Nie ma innego wyjścia — Kościół musi podejmować wysiłek poddawania korekcie swojej doktryny.

Ale przecież poddaje, by wspomnieć choćby Sobór Watykański II.

Wciąż nie ma odwagi powiedzieć, że pewne doktryny wywierały negatywny wpływ na ludzkie życie. Jest jeszcze dużo lęku w stosunku do sprostowań doktrynalnych. Z etycznego punktu widzenia już lepiej widzimy, że Kościół zawiódł, że posługiwał się siłą i przemocą w głoszeniu Ewangelii, że nie zawsze w pełni ufał sile i mocy samej prawdy. Dzisiaj Kościół wyznaje, że posługiwał się metodami niezgodnymi z Ewangelią. Ale wciąż tematem tabu pozostaje sprawa odejść od Ewangelii w doktrynie i teologii. Zresztą, rachunek sumienia Kościoła — mówiliśmy już o tym — nie może dotyczyć jedynie przeszłości. To jest program na dziś i na jutro. Kościół musi się kiedyś zdobyć na większą odwagę, nie lękając się tego, że pomniejszy swą wiarygodność w oczach wiernych i świata. To nie byłoby przecież przyznanie się do całkowitego odpadnięcia od Ewangelii, tylko do pewnych odchyleń od ducha Ewangelii.

Postuluje Ksiądz pożegnanie się z Bogiem o groźnym czy przerażającym obliczu. Ale przecież to sama Biblia tak właśnie Go przedstawia. Można by mnożyć fragmenty mówiące o Bogu tworzącym wręcz zło. Na przykład u Izajasza Bóg mówi: „Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, daję pomyślność, ale i stwarzam zło” (45, 7). Czy tego rodzaju teksty biblijne nie usprawiedliwiały tradycyjnych wyobrażeń o Bogu? W końcu to jest dziedzictwo Pisma Świętego. Jak Ksiądz Profesor radzi sobie z takimi tekstami?

Jeden z moich przyjaciół powiedział mi, że wypisuje sobie te wszystkie biblijne teksty grozy, przedstawiające Boga strasznego, okrutnego, zapalczywego w gniewie. Sporo już kartek zapisał w ten sposób. Cytowany tu tekst z Księgi Izajasza to tylko cień tych okrutnych spraw, które pojawiają się w Biblii. I w przeciwieństwie do ręki anioła, który powstrzymał Abrahama chcącego złożyć — rzekomo na rozkaz Boga — ofiarę ze swojego syna Izaaka, w tekstach tych nikt nikogo nie powstrzymuje, raczej zachęca do okrucieństwa.

No więc jak sobie Ksiądz radzi z takim biblijnym Bogiem?

Zacznę od świadectwa człowieka światłego, doktora filozofii, który jest duchownym i pracował w Niemczech jako katecheta w liceum. Pisał mi kiedyś, że na katechezie ma wiele kłopotów z krytycznie usposobionymi młodymi ludźmi, którzy — kiedy słyszą te biblijne okropności — nie mogą tego pojąć ani tym bardziej zaakceptować. Ów ksiądz napisał kiedyś do mnie: „Okrucieństwa ponoć na rozkaz Boga i z pomocą Boga...”. A mają one zresztą — dodam od siebie — swoje przedłużenie w późniejszych czasach, gdy i chrześcijanie potrafili wyniszczać całe ludy. Wracam jednak do wypowiedzi tego księdza: „Dla mnie cały Stary Testament to próba usprawiedliwienia podbojów izraelskich i popełnionych przy tym zbrodni. Historiozofia i teologia historii, która setki lat po fakcie chciała usprawiedliwić okupację tych ziem”. Nie miejsce tu na komentowanie tych słów. Właśnie ten katecheta naprowadził mnie na pewien ważny trop, pisząc dalej: „Bardzo mi się podoba uwaga Orygenesa, że greccy filozofowie wstydziliby się takiego myślenia. Takie teksty biblijne są nie do pomyślenia w ustach Platona lub Arystotelesa. Oni bez Objawienia mieli lepsze rozumienie Boga niż Izraelici z Objawieniem. Wiem, że u późniejszych proroków jest lepiej. Może i pod wpływem greckim?”. Ogromnie dużo czasu straciłem, żeby odnaleźć wspomniany tekst Orygenesa.

U niego chciał Ksiądz szukać pomocy?

To jeden z bardziej światłych umysłów w ciągu całych dziejów chrześcijaństwa. Przewertowałem jego homilię do Księgi Kapłańskiej...

... trudno się dziwić, że do tej właśnie Księgi — moc tu tekstów pełnych okrucieństwa.

Inne z Pięcioksięgu też im nie ustępują. Oto przykład, jeden z wielu, z Księgi Liczb, mówiący o ślubowaniu klątwy, tj. przeznaczenia na całkowitą zagładę: „Złożyli Izraelici następujący ślub Jahwe, mówiąc: «Jeśli dasz ten lud w nasze ręce, klątwą obłożymy ich miasta». I wysłuchał Jahwe próśb Izraela i wydał w ich ręce Kananejczyków” (21, 2). Chodzi o klątwę skazującą wrogów — w tym wypadku miasta, ich wszystkich mieszkańców i wszystko, co tam było — na zniszczenie i śmierć.

To religijnie umotywowana kara polegająca na całkowitej zagładzie, przeniesiona potem do Nowego Testamentu w postaci wyłączenia ze wspólnoty w sferze duchowej. Mówi dalej Księga Liczb: „Rzekł Jahwe do Mojżesza: «Zbierz wszystkich [winnych] przywódców ludu i powieś ich dla Jahwe wprost słońca, a wtedy odwróci się gniew Jahwe od Izraela». Rozkazał więc Mojżesz sędziom Izraela: «Zabijajcie każdego (...)»” (25, 4-5). A oto cytat z Księgi Powtórzonego Prawa: „Wtedy tak rzekł mi Jahwe: «Patrz, zacząłem oddawać na twój łup Sichona i jego ziemię. Zacznij zajmować, bierz w posiadanie jego kraj». (...) Nasz Bóg Jahwe wydał go nam i pobiliśmy jego synów (...) i klątwą obłożyliśmy każde miasto, mężczyzn, kobiety i dzieci, nie oszczędzając niczego oprócz zwierząt...” (2, 31-34). Zawsze przerażały mnie tego rodzaju teksty... Lepszy już los zwierzęcia! I jeszcze jeden cytat z tej samej Księgi: „Wytępisz wszystkie narody, które ci daje twój Bóg, Jahwe. Nie zlituje się Twoje oko nad nimi (...) wszystkich mężczyzn wytniesz mieczem. Tylko kobiety, dzieci, trzody i wszystko, co jest w mieście, cały łup zabierzesz...” (7, 16; 20, 13-14). Niektórzy bibliści wyjaśniają, że tego rodzaju fakty w rzeczywistości nie miały miejsca, że są to tylko późniejsze interpretacje.

No więc zacząłem szukać u Orygenesa. W końcu znalazłem — pamiętam ten dzień: 14 lutego 1999 roku. Chodzi o siódmą homilię do Księgi Kapłańskiej. Wiadomo, że Orygenes nawoływał do duchowego rozumienia Pisma. Litera Biblii potrafi zabijać, uśmiercać wiarę w człowieku. Trzeba zatem podejść do tych tekstów inaczej. I w tym miejscu właśnie pojawia się rozumieli pewne wypowiedzi Pisma, to okaże się, że poganie są bardziej szlachetni aniżeli ci, którym powierzono Objawienie: „Wstydzę się powiedzieć i przyznać, że Bóg nadał takie prawa. Bo wtedy bardziej szlachetne i bardziej rozumne okażą się prawa ludzkie [magis elegantes et rationabiles hominum leges], na przykład prawa Rzymian, Ateńczyków, Lacedemończyków” (VII, 5).

A ten cytowany katecheta na tym poprzestał?

Nie, pisał również o wyobrażeniach i prawdach chrześcijańskich. „Idź, bardzo ci radzę, opowiedzieć to w trzynastej klasie, z mocnym zamiarem przekonania słuchaczy o prawdziwości tego (łatwe są modlitwy, nabożeństwa, kazania, które już wszystko zakładają lub jakoś ponad tym się unoszą). Wtedy będziesz widział, jak beznadziejnie trudna jest religia chrześcijańska. Pomyśl tylko na przykład o tajemnicy Trójcy, zbawienia, Eucharystii, unii hipostatycznej... W imię tych «prawd» tysiące, może miliony ludzi masakrowano, bito i zabijano. To przecież wszystko — jeśli pomyślisz jako hipotetycznie stojący poza Kościołem — makabryczne”. Czyżby i to było późne żniwo rozumienia starotestamentalnych tekstów?

Czy nie lepiej było — jak Marcjon — odrzucić Stary Testament? O ileż łatwiejsze mielibyśmy, my — chrześcijanie, życie.

Wydaje się, że trzeba by jeszcze raz wrócić do trudności wczesnego chrześcijaństwa ze Starym Testamentem. W każdym razie postawa Marcjona, jakkolwiek nie do przyjęcia, wcale nie była całkowicie bezzasadna. Jego zdaniem, Bóg Starego Testamentu nie jest Bogiem Jezusa Chrystusa. Stąd wniosek, że trzeba odrzucić Stary Testament, bo jest w nim wiele rzeczy przerażających. Bóg, który nakazuje okrucieństwa — jak to pojąć? Jak się z tym pogodzić?

A Nowy Testament?

Nowy Testament oddala się od tego rodzaju poglądów. Apostoł Paweł podejmuje raczej wątek o zatwardziałości serca: „[Bóg] komu chce, okazuje miłosierdzie, a kogo chce, czyni zatwardziałym” (Rz 9, 18). To wyraźna aluzja do Księgi Wyjścia (4, 21; 7, 3; 9, 12; 10, 1 i 27; 14, 8).

Ale przecież Stary Testament, szczególnie u proroków, jest również pełen całkiem innych obrazów Boga: litującego się, miłosiernego, będącego niczym matka...

To jest przedziwne w Biblii, że płyną w niej różne nurty obrazów Boga. Te nurty czasami są od siebie nieskończenie dalekie. Wracają stare pytania: Czy natchnienie rozciąga się na wszystko w Biblii? Czy wszystko trzeba uznać za objawione przez Boga? Sami bibliści nie są tu zgodni. Czy te niepokojące teksty o okrucieństwie to nie owoc mentalności Wschodu, mentalności semickiej, która przypisuje Bogu wszystko jako Ostatecznej Przyczynie, pomijając przyczyny wtórne, ludzkie, drugorzędne? Ale w takiej sytuacji istnieje niebezpieczeństwo przypisywania Bogu tego, co przynależy tylko ludziom — przenoszenia tego, co ludzkie, na to, co Boskie. Czy te straszliwe obrazy Boga nie są wyrazem niezdolności autorów biblijnych do zrozumienia objawiającego się im Boga? Czy taki przerażający Bóg nie jest owocem ludzkiej krótkowzroczności i złych uczuć? Sposobem na legitymizację własnych interesów? Jakąś formą usprawiedliwienia tego, co okrutnego zrobiło się z innymi ludźmi? Nie umiem uwierzyć w Boga, który nakazywałby tego rodzaju okrucieństwa — zagładę, szoa. Dzisiaj „problem” szoa powrócił — i to tym bardziej woła o nowy interpretacyjny trud spojrzenia na niektóre teksty Biblii. Aż się boję w pewnych myślach iść dalej... Trzeba na nowo podjąć rzetelny wysiłek interpretacji. To jest wielki program dla trzech religii monoteistycznych (chrześcijaństwa, judaizmu oraz islamu): na nowo odczytać prawdę o Bogu. Potwierdza to również dyskusja nad „ofiarowaniem Izaaka”, zapoczątkowana w „Tygodniku Powszechnym” przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego1.

Wróćmy do Orygenesa.

Ten wielki aleksandryjczyk daje nam ważną wskazówkę hermeneutyczną — nie można iść tropem interpretacji dosłownej. Kto będzie literalnie rozumiał Pismo, kto będzie dosłownie brał te straszne nakazy Boga, ten powinien zawstydzić się w obliczu tylu szlachetnych postaw „Rzymian, Ateńczyków, Lacedemończyków”. Należałoby pójść śladem Orygenesa. Nie umiem naprawdę uwierzyć, że ten sam Bóg (w tych samych księgach, w których pojawiają się teksty pełne okrucieństwa) ofiarował ludziom swoje przykazania, a wśród nich przykazanie: „Nie zabijaj”.

Abraham Cohen w swoim dziele: Talmud. Syntetyczny wykład na temat Talmudu i nauk rabinów dotyczących religii, etyki i proroctwa przytacza pewną legendę: „Kiedy Egipcjan zalały fale Morza Czerwonego, usługujące anioły pragnęły ofiarować Bogu pieśń tryumfalną. On jednak sprzeciwił się, mówiąc: «Dzieło moich rąk zatonęło w morzu, a wy chcecie ofiarować mi pieśń!»”. Wierząc w Boga jako Sędziego wszechświata, rabini lubili nazywać Go miłosiernym i nauczali, że świat sądzony jest przez łaskę. I ta łaska powinna być naszym światłem w interpretacji Biblii: jeżeli coś z tej interpretacji przesłania prawdę o Bożej łasce, oznaczałoby to, że nie doszliśmy do właściwej, najgłębszej interpretacji, że trzeba szukać dalej.

Przypomina się słynne pytanie Marcina Lutra, na które szukał on odpowiedzi przez całe swoje życie: „Jak znajdę Boga łaskawego?”. Odpowiedź, do której doszedł, wydaje się bliska temu, co powiedział Ksiądz Profesor. Kluczem do zrozumienia Biblii (no i oczywiście, Boga) jest krzyż Chrystusa. Krzyż to niejako okno, przez które patrzymy na teksty Pisma Świętego, przez które mamy odczytywać każdy jego fragment. To, co w Biblii nie jest podług krzyża Chrystusa, nie może się ostać.

Biblia wymaga myślenia. Pan Bóg dał nam po to rozum, by stale toczył on spór z wiarą. Ze swej strony wiara poszukuje zrozumienia. Tak rozumiem cytowaną wypowiedź Orygenesa. On stał mi się tym bardziej drogi. Tak rozumiem również przytoczone zdanie Marcina Lutra, o którym już wcześniej była mowa.

Nie są to łatwe rzeczy. Zaczynamy teraz lepiej rozumieć, dlaczego były czasy, że Kościół nie zachęcał wiernych do czytania Biblii, szczególnie Starego Testamentu. W tym kontekście rodzi się jednak pytanie, czy trzeba wyzbywać się lęku wobec Boga? Karl Jaspers w nieco innym, ale podobnym kontekście pisał: „Człowiek, który wyzbył się lęku, to człowiek tylko powierzchowny”. Czy Ksiądz nie lęka się Boga?

W jakiejś mierze każdy człowiek wierzący nosi w sobie pewnego rodzaju lęk przed tym, co nieznane — cokolwiek byśmy powiedzieli o Bogu, to On i tak pozostaje wciąż ukryty i nieznany. Ale ten lęk może mieć różne zabarwienia. Lęk może mieć charakter pełnej czci bojaźni, wskazującej na to, że człowiek liczy się z Bogiem. Jakaś cząstka tej pełnej lęku czci chyba na zawsze pozostaje w człowieku. Niemniej jednak staram się nie bać Boga. Pomoc znajduję u Jana apostoła, w jego Pierwszym Liście: „Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu (...). W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk” (4, 17-18). Wulgata ostatnią frazę przetłumaczyła jeszcze mocniej: „Perfecta caritas foras mittit timorem” — „doskonała miłość precz wyrzuca lęk”. Gdy mamy w sobie miłość, możemy mieć pełną ufność na dzień sądu. Kto się lęka, ten nie spełnił się w miłości. Na ile nie dostaje nam miłości, na ile zawodzimy — na tyle pozostaje w nas lęk.

W końcu chyba każdy z nas zawodzi...

Ale lekarstwo jest tylko jedno: bardziej stawać się przyjacielem Boga i ludzi. Wtedy lęk znika, bo kogo się lękać?! Jan nieco wcześniej podsuwa nam odpowiedź na to pytanie: „A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko” (1 J 3, 20). Bóg większy od naszego serca, Bóg większy od naszego lęku. Jest w tych słowach niezwykła rada i wielka mądrość.

A co ze słowami Jaspersa?

Bojaźń ma różne stopnie, różne wymiary i oblicza. Biblia mówi, że bojaźń Boża jest początkiem mądrości, a nie całą mądrością. Jeśli ktoś zmniejsza lęk poprzez oddanie się Bogu czy poprzez zmniejszanie kręgu zła, nie musi to łączyć się z powierzchownością lub jej brakiem. Uważam, że Bóg jest bardziej Wybawicielem, Zbawicielem, Nauczycielem aniżeli Sędzią.

Owszem, Sędzią też, ale jako Światłość, w obliczu której samo sumienie człowieka dokonuje nad sobą sądu. Niemniej jest to światło niesłychanej życzliwości i miłości do człowieka... On nas naprawdę rozumie!

Czy Bóg jest bardziej sprawiedliwy czy miłosierny?

Bóg jest miłosiernie sprawiedliwy i sprawiedliwie miłosierny. Jedno nie kłóci się z drugim. Cały paradoks i novum pojęcia sprawiedliwości w Biblii jest takie, że sprawiedliwość Boża przejawia się w miłosierdziu. Gdy ona „dopada” człowieka, to go miłosiernie zbawia. Sprawiedliwość Boga nie pozostaje — powiedziałbym — w stanie czystym: jako sprawiedliwość mszcząca, odpłacająca, bezwzględna.

A co począć ze sprawiedliwością Boga w tekstach pełnych okrucieństwa?

Taką wizję Bożej sprawiedliwości przezwycięża już sama Biblia, szczególnie prorocy. Sięgam do Izajasza: „Czyż nie ja jestem Jahwe (...)? Bóg sprawiedliwy i zbawiający” (45, 21). „Bliska jest moja sprawiedliwość, zbawienie moje się ukaże” (51, 5). Sprawiedliwość jest w stałej dialektycznej relacji do miłosierdzia i zbawienia. Mistycy nie mają z tym kłopotu. W ich oczach sprawiedliwość przechyla się na stronę miłosierdzia.

Ale teologowie mają problemy.

Mają. Jakże często, jeżeli mówią o Bożym miłosierdziu dla ludzi, to ograniczają je do czasu ziemskiego życia człowieka. W śmierci klamka już zapada. Dalej Bóg ma mieć dla ludzi tylko sprawiedliwość. W świecie, do którego zmierzamy, ma obowiązywać wyłącznie sprawiedliwość. To dziwny podział.

Arbitralny?

Sądzę, że tak. Jestem przekonany, że bez perspektywy nadziei nie będziemy potrafili rozwiązać tego dylematu. Dlaczego po śmierci nie ma już miejsca na miłosierdzie? Osobiście w swoim wnętrzu nie noszę tego dylematu: sprawiedliwy czy miłosierny? Jest i jedno, i drugie. A dialektyka przymiotów Boskich przechyla się na korzyść człowieka, nawet winnego, grzesznego i upadłego. Prorocy często powtarzają, że Bóg potrafi uderzyć w człowieka, ale go podnosi. Jeśli zadaje rany, to leczy. Jedno i drugie. Bóg jest miłosiernie sprawiedliwy i sprawiedliwie miłosierny.

Tymczasem Jan Paweł II w książce Przekroczyć próg nadziei pyta: „Czy Bóg, który jest miłością, nie jest także ostateczną sprawiedliwością? Czy może zgodzić się na te straszliwe zbrodnie? Czy mogą one przejść bezkarnie?”. Czy nie obawia się Ksiądz, że głoszenie Boga tak naprawdę jedynie miłosiernego może uderzać w fundamenty etyki?

Nie, nie obawiam się. Próbuję rozumieć intencje Papieża. Jest zatroskany o moralny porządek w świecie — o to, by nie powtórzyły się straszliwe zbrodnie XX wieku, które nosimy w pamięci. Czy te zbrodnie uchodzą bezkarnie? A kto powiedział, że one ujdą bezkarnie? Człowiek za grzeszne czyny — po śmierci — musi przejść przez swoją gehennę, zanim stanie się godny przybliżenia do Boga. Człowiek może się zatracić. Straszliwe zbrodnie w dziejach ludzkich wołają o oczyszczenie, o wyrównanie. Wołają o przebaczenie ze strony ofiar. Zresztą, nie chciałbym stwarzać pozoru, że głoszę jedynie „czysto” miłosiernego Boga. Ten Bóg jest wymagający — dla dobra człowieka. Ten Bóg upomina się „o swoje”, domaga się, aby człowiek postępował w prawdzie, dobru i pięknie. Ale jeżeli się upomina, to jednak mając na uwadze dobro człowieka. Broni człowieka nawet przed nim samym. Utożsamienie się Chrystusa z najmniejszymi — w przypowieści o Sądzie Ostatecznym — jest braniem w obronę pokrzywdzonych, tych, którym się źle wiedzie, którzy cierpią. Warto pamiętać o tym, że do kategorii tych najmniejszych braci (i sióstr!!!) Chrystusa należą więźniowie. Więźniowie to nie są niewiniątka trzymane w odosobnieniu. Można sobie wyobrazić więźniów niesprawiedliwie osądzonych, ale też można zobaczyć w nich prawdziwych przestępców, wręcz zbrodniarzy. Chrystus nazywa ich swoimi „braćmi najmniejszymi”, utożsamia się z nimi...

Co jest fundamentem etyki? Czy etyka opiera się tylko na sankcjach i karze? I to karze ostatecznej, której wymaga ostateczna sprawiedliwość? A gdzie jest ostateczna miłość? Gdzie jest ostateczne miłosierdzie? Zresztą sam Papież niczego nie twierdzi z pewnością, raczej stawia przejmujące pytania. Nie ma pewności. Sam stwierdza: „Problem jednak pozostał”.

Czy sądzi Ksiądz, że wystarczy dzisiaj głosić Boga życzliwego człowiekowi i miłosiernego, by ludzie ponownie zaczęli garnąć się do chrześcijaństwa?

Należy głosić takiego Boga w imię prawdy, w imię wierności Ewangelii. Z całą pewnością nie od razu wszyscy zaczną garnąć się do Kościoła. Różnorodność i pluralizm światopoglądów, które ścierają się ze sobą, każe być realistą i pod tym względem. Wizja Boga życzliwego człowiekowi, Boga miłosiernego jest propozycją i zaproszeniem. Mówi: „Bóg kocha grzeszących ludzi. Bóg kocha błądzących, beznadziejnie marnujących, gmatwających życie swoje i innych. Bóg kocha wszystkich”. Sądzę, że ta nowina nie dociera do ludzi. Jest coś w nauczaniu chrześcijaństwa i w jego postawie, co przesłania tę podstawową prawdę Ewangelii. Dla mnie najbardziej wstrząsające jest to, że młodzi ludzie uciekają daleko od chrześcijaństwa, choćby do sekt.

Dlaczego do nich uciekają?

Bo szukają w nich tego, czego brakuje u nas i w nas: sensu, wspólnoty, intymności i ciepła religii, bliskości Boga. Myślą, że tam znajdą więcej akceptacji siebie, Boga bardziej łaskawego. Nie sądzę, że głoszenie Boga bardziej życzliwego i miłosiernego sprawi, iż ludzie od razu wrócą tłumnie do chrześcijaństwa. Niemniej głoszenie takiego właśnie Boga zmienia wiele, wyznacza inną optykę. Wizja Boga zmienia, i to bardzo radykalnie, spojrzenie człowieka na śmierć. Ułatwia przejście na drugą stronę, obdarza nadzieją. A to z kolei zmienia spojrzenie na życie...

Wydaje się nam, że sprzymierzeńcem wizji Boga, jakiego Ksiądz głosi, jest teologia feministyczna, która uwrażliwia dzisiaj chrześcijaństwo na kobieco-matczyne oblicze Boga. Tymczasem rzadko odwołuje się Ksiądz do tej teologii. Dlaczego?

Rzeczywiście, raczej rzadko. W swoim czasie zajmowałem się myślą religijną Julianny z Norwich. Właśnie u niej znalazłem wizję Chrystusa jako Matki, Boga jako Matki. Ale wątek Bożego macierzyństwa jest w Biblii dyskretny. Mimo wszystko przekaz biblijny stawia przed oczy obraz Boga Ojca o rysach matczynych, Ojca o sercu czułym. Jeszcze raz zacytuję Izajasza: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (49, 15). Ten wątek jest w Piśmie Świętym dyskretny, ale obecny. Niezrównany jest pod tym względem prorok Ozeasz: „Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę” (11, 4).

Mówi Ksiądz, że ten wątek w Piśmie jest dyskretny. Ale czy nie jest tak dlatego, że częściej autorom biblijnym „potrzebny” był raczej obraz Boga silnego, mocnego, „męskiego”, taki, jaki odkrywamy na przykład w „tekstach okrucieństwa”? Chyba jednak w Biblii ta dyskrecja nie była zamierzona, można by raczej dziwić się, że udało jej się przebić przez potężny mur „męskiej” teologii. To prawda, że niewiele w Piśmie Świętym języka macierzyńskiego, ale w końcu o Duchu Świętym jako Bogu też nie znajdziemy tam wiele.

Mogę być tylko wdzięczny teologii feministycznej, że podkreśla macierzyńskie oblicze Boga. Moją teologię sporo łączy z taką wizją. Zresztą, jeżeli dzisiaj dokonuje się w teologii czy nauczaniu Kościoła jakieś złagodzenie wizji Boga, to w dużej mierze zawdzięczamy to — nawet jeżeli o tym nic się nie wspomina — teologii feministycznej. Nie zamykam się na najlepsze intuicje teologii feministycznej.

Jan Paweł I nie wahał się powiedzieć: „Bóg jest naszym Ojcem, więcej: Bóg jest naszą Matką”. Jak można usprawiedliwić taki matczyny język o Bogu?

To jest język proroków, wizjonerów. Jan Paweł I (trzydzieści parę dni pontyfikatu!) wraz z tymi słowami staje w szeregu tych, którzy dostrzegali i dostrzegają w Bogu Ojcu rysy macierzyńskie. Nie proponuje, żeby odrzucić język ojcostwa, ale pokazuje, że troska Boga przypomina troskę matki. W hebrajskiej Biblii Boże miłosierdzie wyraża się też słowem hesed [czułość] oraz rahamim [miłosierne wnętrzności]. To ostatnie pochodzi od rehem — „łona matczynego”. Oznacza zdolność do wzruszenia się i współczucia. Trudno się dziwić, że współcześnie wracamy do tego języka. Ten język kiedyś nie miał prawa istnienia w teologii, niemniej jednak nie dał się całkowicie wyeliminować. Od XII wieku motyw macierzyństwa Boga pojawiał się na przykład u niektórych opatów cysterskich, którzy twierdzili, że przełożeni w Kościele winni naśladować Chrystusa- Matkę.

Czy Ksiądz wyobraża sobie taki język o Bogu w katolickiej liturgii?

Kościół anglikański na Wyspach Brytyjskich — po ostatniej reformie liturgicznej (listopad 1999 r.) — do jednej z modlitw eucharystycznych wprowadził słowa: „Jak matka z czułością gromadzi swoje dzieci, Ty [Boże] przyjmujesz ludzi jako swoją własność”. Bardzo piękny tekst. A co mówił Jezus? „Jeruzalem, Jeruzalem! (...) Ileż to razy chciałem zgromadzić dzieci twoje, jak kokosz zgromadza pisklęta swoje pod skrzydła...” (Mt 23, 37; Łk 13, 34). Ucieka się do matczynej terminologii! Wyobrażam sobie taki język i pragnąłbym, aby jak najszybciej trafił również do naszych tekstów liturgicznych. Poza tym anglikanie nie zmienili słowa „ojciec” z modlitwy „Ojcze nasz”, jak chciały niektóre nurty teologii feministycznej. Tak wzywać Boga uczył swoich uczniów sam Jezus. Dalej poszło siedem tysięcy wspólnot Kościoła metodystycznego w Wielkiej Brytanii, wprowadzając do modlitewnika: „W imię Ojca i Matki, i Syna, i Ducha Świętego”.

Bibliści coraz częściej podkreślają, że nie tyle sam Jezus, ile raczej pierwotne chrześcijaństwo było tu konsekwentne. Z czasem — kiedy duch charyzmatyczny ulatniał się już ze wspólnoty, a rodziła się potrzeba wzmocnienia struktur Kościoła i władzy — zaczął przeważać w Kościele ojcowski język o Bogu. Interesujące jest, jak zmienia się częstotliwość nazywania Boga Ojcem. W najstarszej Ewangelii Marka — 4 razy, u Łukasza — 15, u Mateusza — 49, a najczęściej w Ewangelii Jana — 109. Jeszcze ciekawiej wygląda to w ustach samego Jezusa: u Marka — tylko jeden raz, w źródle Q — jeden raz, u Łukasza — 2 razy, u Mateusza — jeden raz, natomiast u Jana — 73 razy. W Ewangeliach synoptycznych Jezus najczęściej nazywa Boga opisowym tytułem „Królestwo Boże” [basileia tou Theou — to rodzaj żeński], którym Kościół raczej w ogóle nie zwraca się do Boga... Samo sedno feministycznej krytyki wyłącznie męskiego obrazu Boga wyraża klasyczne już zdanie Mary Daly: „Jeśli Bóg jest męski, to to, co męskie, jest Bogiem”. Czy Ksiądz zgadza się z tym zdaniem?

Nie, nie zgadzam się. Co to znaczy, że Bóg jest męski?! Bóg nie jest męski. Bóg nie jest ani męski, ani żeński. Jest ponad zróżnicowaniem płci. On jest transcendentny (znowu to słowo!), przekracza nieskończenie to, co w stworzeniach jest podziałem. Bóg nie jest męski. To uproszczenie.

Nie widzę żadnego niebezpieczeństwa w kobieco-macierzyńskim języku odnoszonym do Boga. Jest to raczej szansa dla naszej teologii i Kościoła. Zyskuje na tym obraz Boga miłosiernego i łagodnego. Ten, kto idzie bardziej w kierunku bieguna miłosierdzia, nie będzie widział powodu, dlaczego nie mówić o Bogu, który nas gromadzi jak czuła matka, o Bogu, który chce doprowadzić całe stworzenie do siebie, przygarnąć do siebie niczym troskliwa i przebaczająca matka.

A czy kiedykolwiek w modlitwie Ksiądz zwrócił się do Boga jako do Matki?

Nie odczuwam takiej potrzeby. Jesteśmy wychowani w logice „Ojcze nasz”. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że nasze popularne i zwyczajne rozumienie pojęcia „ojciec” nie oddaje biblijnej specyfiki Bożego ojcostwa. W nim jest miejsce także na matczyność, na matczyną troskę, czułość, wrażliwość, dobroć, miłosierdzie — wbrew logice wielu wciąż śpiewanych u nas pieśni kościelnych, które przechowały stare, bardzo „męskie” wyobrażenia o Bogu.

Prosimy o przykład.

A choćby ta, w niektórych sformułowaniach heretycka, pieśń „Serdeczna Matko”. Znajdujemy w niej owe straszliwe słowa: „Kiedy Ojciec rozgniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze. (...) Ratuj nas, ratuj, Matko ukochana, zagniewanego gdy zobaczysz Pana”. Gdyby autorzy tego rodzaju pieśni mieli choćby niewielką znajomość Proroków, przynajmniej zadrżałaby im ręka przy pisaniu takich tekstów.

Nie odczuwam potrzeby zwracania się do Boga jako Matki, bo mówiąc do Niego: Ojcze, mam na myśli i w sercu zawsze coś więcej — Jego matczyną troskę, czułość, delikatność, podatność na zranienie.

dalej >>

1 Ofiarowanie. Z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim rozmawia Włodzimierz Bolecki, ,,Tygodnik Powszechny” nr 10/2000. (Wywiad ten został opublikowany w tomie: G. Herling-Grudziński, W. Bolecki, Rozmowy w Neapolu, Warszawa 2000).

 

opr. aw/aw






 wyślij znajomym

Zobacz także:
Agnieszka Ścibik, Historyk na tropie prawdy
Henryk Zieliński, Kościół przyszłości
Jan Paweł II, Żywot Maryi
Don Jacobson, Boże orzeźwienie
Grażyna Starzak, Edward Pleń SDB, Chrześcijanie grają fair
Jan Chryzostom, Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?
Beda Wielebny, Wiara wyrażona czynami
Henryk Zieliński, Dlaczego Jasna Góra?
Lucetta Scaraffia, Antonella Lumini, W ciszy i w świecie
Grzegorz Ryś, Trzy przypowieści o zgubionych i znalezionych
Komentarze internautów: