Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Z cyklu: J. Salij, Wybierajmy życie

Problem sterylizacji

Zacznijmy od luźnych uwag na temat samej sterylizacji. Najpierw zauważmy, że nie nazywamy sterylizacją zabiegu usunięcia zaatakowanych przez raka jąder czy jajników, mimo że po takiej operacji człowiek na pewno będzie bezpłodny. Wszyscy bowiem rozumieją, że celem tej interwencji nie jest spowodowanie bezpłodności, ale ratowanie życia. Zauważmy ponadto, że nikt nie ma wątpliwości co do tego, że pacjent w wyniku tej operacji został dotkliwie okaleczony.

Nie mieli również takich wątpliwości ludzie czasów starożytnych ani średniowiecza co do znaczenia praktykowanych wówczas zabiegów kastracji, których celem było nie ratowanie zdrowia, ale właśnie ubezpłodnienie. Dla wszystkich było wtedy czymś oczywistym, że w ten sposób dokonuje się głębokiego okaleczenia mężczyzny (wówczas nie umiano jeszcze, na szczęście, dokonywać trwałego ubezpładniania kobiet).

Dwie okoliczności sprzyjały wówczas takiej właśnie ocenie. Po pierwsze, kastracja polegała nie tylko na pozbawieniu płodności, ale powodowała ponadto wiele innych, rzucających się w oczy i deprecjonujących mężczyznę skutków. Po wtóre, była ona wówczas praktycznie zawsze aktem przemocy. Stosowano ją wobec niektórych niewolników, zdetronizowanych władców, czy w celach zaspokojenia swojej nienawiści i potrzeby pomszczenia się na nieprzyjacielu.

Jak to się stało, że wielu ludziom współczesnym sterylizacja nie kojarzy się już z okaleczeniem? Jak do tego doszło, że niektórzy widzą w bezpłodności wartość pozytywną i nieraz sami o sterylizację proszą? I to w tym samym czasie, kiedy dla innych ludzi bezpłodność jest największym przekleństwem ich życia! W tym samym czasie, kiedy tylu ludzi poświęca mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, żeby doczekać się własnego dziecka!

Warto zwrócić uwagę na to, że również dzisiaj ubezpładnianiu często towarzyszy wielka przemoc, choć zazwyczaj bardziej subtelna i łatwiejsza do ukrycia niż ta, jaką dawniej stosowano podczas kastracji. Zmiana charakteru tej przemocy bierze się stąd, że medycyna zna dziś metody ubezpładniania bez porównania mniej brutalne, niż tradycyjna kastracja. Podwiązanie nasieniowodów czy jajowodów dokonywane jest przy stosownym znieczuleniu i nie pociąga za sobą wyłączenia wytwarzania hormonów przez gruczoły płciowe. Niestety, wypracowanie tych metod umożliwiło stosowanie podstępu i przemocy przy ubezpładnianiu na skalę nieporównywalną z tym, co było dawniej.

Jakieś półtora wieku temu pojawiły się w naszej Europie teorie, że w trosce o zdrowie społeczeństwa państwo powinno przymuszać do bezdzietności — właśnie za pomocą sterylizacji — osoby obciążone chorobami dziedzicznymi, ludzi niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, gruźlików, przestępców, itp. W latach trzydziestych ubiegłego wieku, niektóre państwa zaczęły uchwalać i rzeczywiście egzekwować prawa o przymusowej sterylizacji.

Miarą zaślepienia, jakiemu wówczas uległy w tym względzie całe społeczeństwa, może być fakt, że np. parlament szwedzki uchwalił przymusową sterylizację bez jednego głosu sprzeciwu, przy jednym tylko głosie wstrzymującym się. Łatwo sobie wyobrazić, z jakim politowaniem ówczesne oświecone warstwy przyjmowały protesty Kościoła katolickiego przeciwko narzucanej przez państwa sterylizacji eugenicznej, wyrażone w roku 1930 w encyklice Piusa XI Casti connubii oraz w kolejnych dekretach Świętego Oficjum z 11 sierpnia 1936 i z 21 lutego 1940.

Warto wiedzieć, że pierwszy z tych dekretów był reakcją na ustawy uchwalane w kolejnych stanach USA, drugi — na stosowanie sterylizacji eugenicznej w hitlerowskich Niemczech. Chyba zbyt mało sobie uświadamiamy, że krzywdzenie ludzi w majestacie ustanowionego prawa nie jest monopolem państw totalitarnych. Niestety, również demokracja — chociaż wśród ustrojów politycznych jest to ustrój najbardziej sympatyczny — potrafi, przy skrupulatnym nawet zachowaniu demokratycznych procedur, „dbać” o dobro wspólne za pomocą zadawania krzywdy najsłabszym.

Stosunkowo niedawno, w roku 1997 — nasze dzienniki wtedy sporo o tym pisały —szwedzka opinia publiczna przeżyła wielki szok w wyniku ujawnienia i próby podsumowania krzywd, jakich bardzo wielu ludzi doznało w ciągu sześćdziesięciu lat obowiązywania tamtej ustawy. Z tonu doniesień publikowanych wtedy w naszej prasie można wnioskować, że samo życie zdyskredytowało tę niegodziwą ustawę tak jednoznacznie, że nikt w Szwecji jej już wówczas nie bronił.

Bez porównania większą jeszcze przemocą i podstępem naznaczona jest sterylizacja jako narzędzie polityki demograficznej. W takich np. Indiach, syn ówczesnej pani premier, Indiry Gandhi, doprowadził do wysterylizowania milionów najuboższych swoich współobywateli, najczęściej nieświadomych znaczenia tego zabiegu. Jeszcze w październiku 1994 hinduski doktor Pravin V. Mehta chwalił się (a może przechwalał, bo aż trudno w takie liczby uwierzyć), że — w ramach realizowania rządowych planów demograficznych — osobiście wysterylizował 250 tysięcy mężczyzn i kobiet.

Popierania sterylizacji, antykoncepcji i aborcji domagają się od ubogich krajów Afryki i Ameryki Łacińskiej kraje bogate oraz organizacje międzynarodowe, całkiem otwarcie czyniąc to warunkiem udzielania pomocy ekonomicznej. Protestował przeciwko temu — 9 listopada 1974, podczas swojego przyjazdu na Światową Konferencję FAO - papież Paweł VI, który mówił wręcz o nowym rodzaju wojny narodów bogatych z biednymi: „Czyż nie jest nową formą wojny narzucanie narodom ograniczającej polityki demograficznej, aby nie domagały się należnego im udziału w dobrach ziemi?”

Światowa opinia publiczna w zasadzie przez palce patrzy na to wymuszanie — z szerokim stosowaniem przemocy i podstępu - na ubogiej ludności krajów trzeciego świata ograniczenia rozrodczości. Jan Paweł II porównał promotorów tych akcji do faraona, o którym czytamy w Księdze Wyjścia, że w celu demograficznego osłabienia konkurencyjnego ludu kazał zabijać izraelskie niemowlęta. „W ten sam sposób — czytamy w encyklice Evangelium vitae, 16 - postępuje i dziś wielu możnych tego świata. Oni także są przerażeni obecnym tempem przyrostu ludności i obawiają się, że narody najbardziej płodne i najuboższe stanowią zagrożenie dla dobrobytu i bezpieczeństwa ich krajów. W konsekwencji, zamiast podjąć próbę rozwiązania tych poważnych problemów w duchu poszanowania godności osób i rodzin oraz nienaruszalnego prawa każdego człowieka do życia, wolą propagować albo narzucać wszelkimi środkami na skalę masową politykę planowania urodzin. Nawet wówczas, gdy proponują pomoc gospodarczą, uzależniają ją wbrew sprawiedliwości od akceptacji polityki antynatalistycznej”.

Podczas Światowego Dnia Młodzieży w Denver Jan Paweł II mówił wręcz o „spisku przeciw życiu, w który zamieszane są także instytucje międzynarodowe, zajmujące się propagowaniem i planowaniem prawdziwych kampanii na rzecz upowszechnienia antykoncepcji, sterylizacji i aborcji. Również środki społecznego przekazu biorą często udział w tym spisku, utwierdzając w opinii publicznej ową kulturę, która uważa stosowanie antykoncepcji, sterylizacji, aborcji, a nawet eutanazji za przejaw postępu i zdobycz wolności, natomiast postawę bezwarunkowej obrony życia ukazują jako wrogą wolności i postępowi”.

Przemoc i kłamstwo, które tak jawnie towarzyszą sterylizacji eugenicznej i demograficznej, nieraz mają swoje do powiedzenia przy sterylizacjach, jakie dokonują się u nas w Polsce. Nawet do mojej klasztornej rozmównicy od czasu do czasu dochodziły kobiece skargi, że w trakcie cesarskiego cięcia lekarz „przy okazji” podwiązał jajowody bez wiedzy i zgody zainteresowanej — przekonany zapewne, że oddaje jej w ten sposób wielką przysługę. Dzisiaj, kiedy wzrasta świadomość praw pacjenta, zapewne żaden lekarz już by się na to nie odważył. Raczej stosuje się dziś różne naciski na kobietę, ażeby zgodziła się na ten zabieg.

Wystarczy, że przygotowujący położnicę do cesarskiego cięcia lekarz podpowie jej — może nawet subiektywnie w najlepszej woli — że w sytuacji, kiedy jest już ona matką dwojga, trojga, albo i czworga dzieci, taka możliwość sterylizacji to dla niej szczęśliwy los, jaki się trafia tylko nielicznym kobietom, i że nie skorzystać z tego byłoby czymś nierozumnym; albo że przedstawi jej sterylizację jako medycznie konieczną dla jej zdrowia. Autorytet lekarza oraz skupienie głównej uwagi na dziecku, które właśnie ma się urodzić, sprawia, że kobieta nieraz zgadza się na to, nawet nie pomyślawszy o tym, że przecież jest to decyzja moralnie naganna.

Są jednak kobiety, które czują, że coś tu jest nie w porządku. Wtedy lekarza i jego argumenty poprze nieraz rodzona matka, ciotka albo teściowa, nieraz kobiety skądinąd pobożne. Strach przed dzieckiem i przed każdym nieco większym problemem, jaki może przyjść w ślad za jego pojawieniem się, nawet w ludziach pobożnych potrafi dziś zniszczyć wzgląd na Boże przykazania oraz doprowadzić do zwątpienia w Opatrzność. Myślę, że już następne pokolenie nie będzie umiało zrozumieć tego, że do tego stopnia daliśmy się opanować mentalności wrogiej życiu.

Kiedyś moją znajomą, która czekała na cesarskie cięcie, lekarz przekonywał do poddania się sterylizacji argumentem, że następna ciąża po cesarskim cięciu wiąże się z ryzykiem pęknięcia macicy. Spytałem o to zaprzyjaźnionego lekarza, ale, rzecz jasna, nie mam kompetencji, żeby jego odpowiedź oceniać. Otóż odpowiedział mi slangiem, którego sensu zwyczajny człowiek jak ja może się tylko domyślać. Mówił zaś, że dawniej, kiedy cięcia cesarskiego dokonywano „przez cały trzon”, skurcze porodowe przy następnym dziecku rzeczywiście mogły doprowadzić do pęknięcia macicy. Dzisiaj jednak, jego zdaniem, niebezpieczeństwa tego praktycznie nie ma, gdyż cesarskiego cięcia dokonuje się w ten sposób, że „poród puszcza się dołem”, czyli „tnie się bardzo nisko”. Ufam, że niczego w jego wyjaśnieniu nie przeinaczyłem.

Niestety, dzisiejszy kryzys naszego „tak” dla ludzkiego życia wyraża się m.in. tym, że wielu ludzi w ogóle nie rozumie dzisiaj, że zabiegi mające na celu trwałe lub przejściowe ubezpłodnienie są moralnie niegodziwe. Istotę zła tych zabiegów krótko wyjaśnia jeden ze współczesnych dokumentów kościelnych: „W wymiarze moralnym sterylizacja, będąc rozmyślnym zniszczeniem funkcji rozrodczej, nie tylko gwałci ludzką godność, ale również odziera ludzi z wszelkiej odpowiedzialności w sferze płciowej i prokreacyjnej”.

Wynika stąd, że nie wolno lekarzowi ani nikomu wykonywać zabiegów, których głównym celem jest ubezpłodnienie. Pielęgniarce zaś, anestezjologowi czy instrumentariuszce nie wolno w takiej operacji uczestniczyć, nawet gdyby miała być za to wyrzucona z pracy. To ostatnie zdanie sygnalizuje, że przymusu mogą doświadczać nawet ci, którzy dokonują sterylizacji. W ogóle warto się na to uwrażliwić, że kłamstwo i przemoc są to najczęstsze znaki rozpoznawcze medycyny, jaką próbuje współczesnym społeczeństwom narzucić cywilizacja śmierci. Zapowiadają one ten totalitaryzm, jaki może się pojawić nawet w ustroju demokratycznym, a przed którym przestrzegał już Alexis de Tocqueville.

Właśnie w związku ze sterylizacją postawiono mi kiedyś pytanie, jak się ma zachować pomocnicza służba medyczna w sytuacji, kiedy lekarz chce osiągnąć jednocześnie dwa cele, dobry i zły. List napisała pielęgniarka, pomagająca nieraz przy cesarskich cięciach:

„Znam naukę Kościoła na ten temat i wiem, że wszelkie zabiegi, których celem bezpośrednim jest spowodowanie bezpłodności, stanowią naruszenie porządku moralnego. Gdybym była lekarzem, nigdy bym takich zabiegów nie wykonywała. Jednak ja jestem pielęgniarką. Niewątpliwie odmówiłabym udziału w zabiegach, których celem byłaby sama tylko sterylizacja. Jednak tu chodzi o operacje, których celem zasadniczym jest rozwiązanie ciąży. Przedtem nigdy nie wiem o tym, czy planowane jest podwiązanie jajowodów. Zresztą gdybym to wiedziała, cóż by to zmieniło: przecież główny cel tej operacji, pomoc w urodzeniu dziecka, jest jednoznacznie dobry. Co mam robić? Jak się zachowywać?”

Odpowiedziałem jej mniej więcej tak Obiektywnie, chodzi tu o zabieg jednoznacznie dobry (pomoc w urodzeniu dziecka), któremu towarzyszy działanie jednoznaczne złe (ubezpłodnienie matki tego dziecka). Otóż inaczej oceniałbym tutaj głównego chirurga, inaczej osoby uczestniczące w tej operacji.

Z punktu widzenia wykonującego operację, są to dwa odrębne działania, toteż zdecydowanie nie wolno mu podejmować działania złego, tzn. dokonywać sterylizacji. Nawet jeśli szef mu to nakazuje, nawet jeśli się na niego denerwuje, nawet jeśli odmowa podwiązania jajowodów wiąże się dla niego z ryzykiem wyrzucenia go z pracy.

Wydaje się jednak, że inaczej sytuacja ta przedstawia się z perspektywy pielęgniarki, instrumentariuszki czy anestezjologa. Oni nie mają możliwości ograniczyć swój udział w tej operacji tylko do tego, co w niej jednoznacznie dobre. Nie zostawią przecież pacjentki z otwartym brzuchem, w momencie, kiedy zaczyna się jej ubezpładnianie. Nie wolno im też ryzykować wystawiania na szwank spokoju chirurga. Z ich perspektywy operacja jest jednym działaniem, którego główny cel, urodzenie dziecka, jest jednoznacznie dobry.

Nie znaczy to jednak, że pielęgniarka czy anestezjolog mają potulnie uczestniczyć w zabiegu, którego część budzi sprzeciw ich sumienia. Na pewno warto dzielić się tymi swoimi niepokojami w swoim środowisku zawodowym. Nawet gdyby to miało narazić na krzyk lub szyderstwo. Świadectwo dawane prawdzie w warunkach trudnych jest czymś szczególnie bezcennym, zaś jego brak świadczy o moralnej dekadencji. Jak to mądrze mówił Prymas Wyszyński: Sprawiedliwość, która milczy w obliczu nieprawości, jest jak drzewo odarte z liści.

Na pewno warto, w przypadku pojawienia się takiego problemu, przedstawić go osobie rozdzielającej zajęcia na oddziale. Byleby to zrobić w sposób możliwie nie konfrontacyjny. Tutaj najbardziej skuteczna wydaje się prostolinijność. Wystarczy zwyczajnie powiedzieć, że „nic na to nie poradzę, ale udział w ubezpłodnianiu kobiet powoduje we mnie coraz większe wyrzuty sumienia i że byłabym bardzo wdzięczna, gdyby mnie do takich operacji nie wyznaczano”.

W sytuacjach wyjątkowych — gdyby mimo wszystko takiej pielęgniarce czy instrumentariuszce kazano kiedyś pomagać przy cesarskim cięciu, któremu towarzyszy ubezpłodnianie — wydaje mi się, że ze względu na oczywiste dobro, jakim jest pomoc w urodzeniu dziecka, oraz ze względu na to, że nie od tej pielęgniarki zależy decyzja o moralnie nagannej części tego zabiegu, nie musi się radykalnie odmawiać udziału. Zdecydowanie jednak — powtórzmy to — nie wolno nikomu uczestniczyć w zabiegach, których głównym celem jest dokonanie sterylizacji.


opr. aw/aw



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: choroba sterylizacja bezpłodność niepłodność cesarskie cięcie ubezpłodnianie