Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. Andrzej Draguła

Jak z letniego zrobić gorące

Kościelny budynek w centrum wioski należy do świata, który odchodzi. Zamykane świątynie dzielą los małych sklepików czy domów kultury, które są zastępowane hipermarketami. W wielu miejscach wyczerpała się już socjalizująca rola Kościoła.

Diecezję, o której pisał ks. Wojciech Sadłoń w tekście „Katolicyzm po francusku” („TP” nr 3/11), znam bardzo dobrze. Do Saint Amand, małej wsi w diecezji Châlons-en-Champagne, przez kilkanaście lat jeździłem na wakacyjne zastępstwo. Znam tamtejszego biskupa i jego troski. Ostatni księża odchodzą. Co zrobią „ostatni wierni”, gdy zabraknie kapłanów?

O spadku liczby powołań kapłańskich coraz głośniej mówi się także w Polsce. Do sytuacji francuskiej nam jeszcze daleko. Wciąż odprawia się u nas Msze. Nie znaczy to jednak, że nie ma analogii. Jedną z nich jest rozdźwięk między katolicyzmem kulturowym a żywą wiarą małych wspólnot. Jedni i drudzy katolicy potrzebują księdza. Pytania o przyszły kształt parafii wydają się coraz bardziej palące.

Target duszpasterski

W roku 2006 na obszarze diecezji Châlons mieszkało 270 tys. mieszkańców, w tym 93,7 proc. zadeklarowanych katolików (wg portalu catholic-hierarchy.org). W roku 1950 diecezja była podzielona na 476 parafii. Pierwsza reforma nastąpiła w roku 1990. Liczbę jednostek administracyjnych zmniejszono wówczas do 88. Już jednak w roku 1999 okazało się, że nawet istniejący podział jest fikcyjny, gdyż coraz częściej wiele parafii powierzano jednemu księdzu. Od roku 1999 diecezja podzielona jest na 34 parafie.

O wieku księży tamtej diecezji pisał ks. Sadłoń. Dobrze nie jest. Dodajmy, że diecezja nie ma żadnego rodzimego seminarzysty. Prawdopodobnie sytuacja będzie się pogarszać, mimo mniej lub bardziej skutecznych prób pozyskania nowych kapłanów, w tym także i z Polski. Na jednego księdza przypada coraz więcej wiernych. W roku 1950, przy populacji 217 tys. mieszkańców, na jednego kapłana przypadało 759 wiernych. W 2006 r. — 3 tys. W mojej rodzimej diecezji — zielonogórsko-
-gorzowskiej — ten współczynnik wynosi 1,8 tys. wiernych na jednego księdza diecezjalnego (jeśli uwzględnimy jeszcze ponad 100 kapłanów zakonnych, wynik będzie lepszy).

Jeśli jednak wziąć pod uwagę jedynie dominicantes, a więc tych, którzy regularnie uczestniczą we Mszy św. niedzielnej (31,2 proc.), w mojej diecezji na jednego księdza przypadnie ok. 600 osób „do obsługi”. Dla porównania — jeśli przyjmiemy, że w diecezji Châlons liczba regularnie uczęszczających na niedzielną Eucharystię nie przekracza francuskiej średniej 4 proc. (a jest zapewne niższa), to na jednego księdza przypadnie jedynie ok. 135 osób. Mam świadomość, że zaproponowane tutaj liczby są tylko orientacyjne, choćby dlatego, że zarówno w jednej, jak i w drugiej diecezji nie wszyscy księża są czynni duszpastersko.

Powstaje trudne pytanie: która grupa jest podstawowym i bezpośrednim targetem duszpasterskim księdza? Jaki przyjąć model: minimalny — a wówczas skupmy się tylko na tych świadomie i mocno tkwiących w Kościele; czy może maksymalny — i zajmijmy się wszystkimi, a więc także katolikami nominalnymi i kulturowymi? Przyjmując duszpasterskie minimum, dochodzimy do wniosku, że we Francji wcale nie jest gorzej niż w Polsce, a powiedziałbym nawet, że pod pewnymi względami dużo lepiej (Kościół wspólnoty, a nie masy, choć powierzony wiekowym kapłanom). Przyjmując duszpasterskie maksimum — jest oczywiście beznadziejnie. Wcale się nie dziwię, że wśród francuskich kapłanów wzmacnia się przekonanie, że nie są od wszystkiego i dla wszystkich. Przy modelu duszpasterskiego maksimum świadomość dysproporcji możliwości księży do potrzeb wszystkich ochrzczonych jest — z ludzkiego punktu widzenia — po prostu zabójcza.

Dla kogo sakramenty

Nie jest to oczywiście jedynie problem francuski. Gwałtowny spadek powołań w kanadyjskim Québecu, przy postępującej sekularyzacji społeczeństwa, zrodził podobne dylematy. W raporcie pt. „Risquer l'avenir” („Zaryzykować przyszłość”), przygotowanym w roku 1992 na zlecenie konferencji biskupów Québecu, zaproponowano odcięcie się od katolicyzmu kulturowego i skupienie się jedynie na katolikach z wyboru, którzy stanowią żywą tkankę Kościoła. W praktyce oznaczało to odmowę błogosławienia małżeństw czy udzielania chrztu osobom czy dzieciom osób, które nie są czynnymi członkami wspólnoty Kościoła. Proponowano także, by odmawiać katolickiego pogrzebu tym, którzy nie są praktykującymi wiernymi. Ta radykalna propozycja pozbawiłaby dostępu do sakramentów i sakramentaliów setki tysięcy osób, które — choć nie praktykują i nie przestrzegają katolickiej etyki — to czują się związane z Kościołem i tradycją chrześcijańską.

Autorzy dokumentu argumentowali, że katolicyzm kulturowy „to rodzaj przesądu szkodliwego dla Kościoła: podkopuje on tożsamość katolicką i zaciera linię podziału istniejącego między wspólnotą wierzących a szeroko pojętym społeczeństwem, w którym żyją” (Gregory Baum, „Sekularyzacja a katolicyzm w Quebecu”, „W drodze” nr 11/2006). Propozycja ta ściśle powiązana była z inną: by sprzedać wielkie świątynie, a uzyskane finanse przeznaczyć na cele ewangelizacyjne i charytatywne. „Masywne gmachy kościołów — komentuje kanadyjski teolog i socjolog Baum — prawie puste w niedzielne ranki, wprawiają parafian w zakłopotanie, powstrzymując ich jednocześnie przed przyznaniem, kim faktycznie są: marginalną grupą w świeckim społeczeństwie”, nawet jeśli to społeczeństwo o chrześcijańskich korzeniach, jak to jest w Kanadzie czy Francji.

Radykalna propozycja raportu została odrzucona przez lokalny Kościół. Uznano, że opiera się na błędnym założeniu co do katolików kulturowych. Zamiast odcinać się od nich, należy raczej podkreślać, że wciąż proszą o chrzest czy zawarcie związku małżeńskiego w kościele. Dowodzi to, że nadal żywe jest w nich pragnienie znaczącego symbolu mówiącego o wartościach chrześcijańskich, które pozostają dla nich bliskie.

Niespodziewanie przyczynek do dyskusji o posłudze sakramentalnej wobec katolików kulturowych dał ostatnio sam Benedykt XVI w corocznym przemówieniu do Roty Rzymskiej. „Sądzi się często — mówił Papież — że dopuszczając do małżeństwa duszpasterze winni być tolerancyjni, gdyż wchodzi w grę naturalne prawo osób do jego zawarcia. Tymczasem to prawo zakłada, że można i naprawdę zamierza się je zawrzeć, zgodnie z prawdą, której naucza o nim Kościół. Nie odmawia się zatem tego prawa, gdy jest jasne, że brakuje wymaganej zdolności do małżeństwa czy też wola stawia sobie cel niezgodny z naturalną rzeczywistością małżeństwa”. Można się domyślać, że chodzi tutaj o tych, którzy stojąc na obrzeżu Kościoła, zwracają się do niego po posługę, nie rozumiejąc do końca jej sensu. Niejeden polski duszpasterz może podać listę pozareligijnych argumentów, które przytaczają narzeczeni w kancelarii parafialnej „dając na zapowiedzi”.

Podobnie jest z chrztem dzieci osób żyjących w różnego rodzaju związkach niesakramentalnych. Jedni duszpasterze uważają, iż dobrowolny wybór wspólnego życia bez ślubu kościelnego wyklucza prośbę o chrzest dziecka. Skarga na takie stanowisko często trafia do kurii, która niejednokrotnie nie wie, jaką decyzję podjąć. Praktyki poszczególnych proboszczów i biskupów są różne. Owszem, sakramenty są dla wierzących, ale jak zdefiniować wierzących — czy wystarczy wiarę zadeklarować, poprosić o sakrament, czy trzeba ją jeszcze potwierdzić, w pewien sposób — udowodnić? Czy sakramenty są dla wszystkich, czy tylko dla niektórych? Czy odmawiać, dając przez to sygnał, że sytuacja proszących nie jest z kościelnego punktu widzenia w porządku, czy nie odmawiać, potwierdzając jednak tym samym, że wszystko jest OK? Czy taka (prawie) bezwarunkowa akceptacja katolików kulturowych to laksyzm, tolerancja, otwartość czy może ewangelizacja? Wzmacnianie czy osłabianie przesłania Kościoła i Ewangelii?

Ostatni wierni

Wbrew zaleceniom biskupów, wierni we Francji czy Québecu wcale nie chcą opuszczać, sprzedawać czy burzyć swoich świątyń. Ani też jeździć na Mszę do sąsiedniej wioski. Przykład pokazany w holenderskim filmie „Ostatni wierni” („Grote Genade”; 2009) jest znamienny. Kapłan przybywający na Mszę przypomina na kazaniu o nieuchronnej konieczności zamknięcia kościoła i zlikwidowania parafii, bo diecezja nie ma ani wystarczających finansów, ani „zasobów ludzkich”. Wszystko ma swój koniec — mówi ksiądz. Nawet Bazylika św. Piotra może zostać zburzona. „Kościół Chrystusa nie zawdzięcza swego istnienia budynkom czy kamieniom. Kościół to ja i ty, i ci, którzy są dzisiaj nieobecni. To na tym powinniście skupić swoje zaangażowanie” — mobilizuje parafian. Trzy z pięciu kościołów ma zostać wkrótce zamkniętych.

Decyzja biskupa wywołuje opór. Wierni chcą zostać „u siebie”, gdyż utrata kościoła stanowi kolejny etap w procesie uśmiercania lokalnej społeczności. Starszy mężczyzna wyznaje, że poznał tam swoją żonę. „Nie przychodziłem tam z powodu kościoła, ale dlatego, że ona tam była. To było nasze miejsce spotkań” — przyznaje. Tam odbywały się rodzinne chrzty, śluby, pogrzeby, jubileusze małżeńskie.

Zamykane kościoły dzielą los małych sklepików czy domów kultury, które zastępują nowoczesne centra rozrywki i hipermarkety na obrzeżach miasta. Kościelny budynek w centrum wioski należał do świata, który odchodzi. „Jeżeli zostanie zamknięty kościół, umrze bijące serce wspólnoty” — konkluduje jeden z członków rady parafialnej. Kościół był elementem struktury społecznej. Dzisiaj w dużej mierze wyczerpał już swą socjalizującą rolę.

Problem właściwej relacji między Eucharystią, wspólnotą a księdzem dotyka także polskie diecezje. Wiele parafii ma tzw. kościoły filialne. Na niektórych filiach w adaptowanych kaplicach zbiera się czasami nawet tylko kilka osób. Nieraz zaskakuje determinacja mieszkańców, by mieć Mszę „u siebie”. Niejednokrotnie trudno nawet porównywać jakość liturgii w kościele parafialnym i w małym kościółku filialnym. Ale wierni o wiele bardziej od jakości liturgii cenią sobie jej swojskość i — tak jak we Francji — wcale nie chcą jechać do sąsiedniej wioski.

***

Na pytanie, jak ma wyglądać duszpasterstwo przyszłości, nie ma prostych odpowiedzi. Coraz poważniejszy dylemat to konieczność wyboru między strategią pastoralną a misyjną. Francja, Québec, Holandia, a także coraz bardziej Niemcy to regiony, gdzie księża muszą się skoncentrować na duszpasterskim zaspokojeniu tych, którzy są. A przecież są jeszcze katolicy „od wielkiego dzwonu” — kulturowi, którzy od czasu do czasu przyjdą po kościelną „usługę”. Na działalność ewangelizacyjno-misyjną nie ma już czasu i sił. Zresztą w Polsce jest w pewnym sensie podobnie. Bardzo często jeden etat księdza to katecheza szkolna dzieci i młodzieży, drugi — duszpasterstwo. A gdzie czas na ewangelizowanie dorosłych?

Nie wiadomo też, w jakim kierunku ma pójść struktura parafialna. Duszpasterstwo w wielkich miastach dąży do specjalizacji, stąd coraz częstsze zjawisko churchingu, czyli swobodnego wyboru kościoła dla siebie. W duszpasterstwie miejskim włączają się mechanizmy wolnorynkowe: gdzie indziej mieszkam, gdzie indziej pracuję, gdzie indziej jeszcze oddaję się rozrywkom, gdzie indziej też chodzę na Mszę. Przecież mogę wybrać. W mniejszych społecznościach wciąż jeszcze dominuje tradycyjna struktura lokalna, a pojedyncza parafia z minimalną obsługą kapłańską musi zaspokoić wszystkie potrzeby wiernego — każdego wiernego, tego od niedzieli i od święta, tego od codziennej Eucharystii i tego, który sam na nią nie przyjdzie, najwyżej da się przynieść do kościoła dwa razy — w beciku i w trumnie.                           

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: duszpasterstwo sakramenty parafia sekularyzacja Francja zamykane kościoły światynie churching