Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Taniec golasów w piekle

Sama nazwa Kalkuta ma jakieś magiczne brzmienie i nie na darmo w nazwie słynnego niegdyś musicalu towarzyszyło jej słowo Oh! Musical oglądałem z wysokiego balkonu któregoś z teatrów na West Endzie i pamiętam, że wstrząsnął mną, ponieważ jako przybysz z Peerelu nie wyobrażałem sobie, że taki manifest wolności seksualnej może się znaleźć na zwykłej mieszczańskiej scenie. W sferze szczegółowej pamiętam odkrywczy efekt tańca bez jakiegokolwiek przyodziewku. Skutki działania siły odśrodkowej w sferze anatomicznej stworzyło niezwykłe widowisko. I to w przypadku płci obojga. Nigdy więcej nie miałem okazji podziwiać wirujących na scenie postaci bez ubrania. Prawdziwa Kalkuta nie kojarzy się nijak z rewolucją hipisów. Odwiedzałem to miasto wielokrotnie z racji festiwalu filmowego, który w tym roku przywiódł mnie do Indii po raz drugi. Przed końcem roku czeka mnie jeszcze jedna podróż na ten subkontynent, bowiem Indie bardzo lubią polskie kino, a poza festiwalami nie mają go gdzie zobaczyć. Kalkuta tradycyjnie kojarzy się z ludzką nędzą i cierpieniem. Widok ludzi śpiących na ulicach, tłumy żebraków na każdym skrzyżowaniu, wreszcie legenda błogosławionej już Matki Teresy przeważyły nad frywolną treścią klasycznego londyńskiego musicalu. Rzeczywistość, jak wszędzie, mija się z legendą. Najdrastyczniejsza nędza przeniosła się ostatnio z Kalkuty do Bombaju, a także do Delhi. Natomiast statystyki wskazują, że wśród największych krajów Indie są po Chinach najszybciej rozwijającą się gospodarką i mimo ogromnych kontrastów stereotyp indyjskiej skrajnej nędzy oddala się. Łatwiej go dzisiaj odnaleźć w Afryce niż w Kalkucie. Pozostaje natomiast wstrząsające wrażenie megapolis tak gęsto wypełnionego ludźmi, że mrowisko przestaje być odpowiednią metaforą. Miasta, których ludność liczy się w dziesiątkach milionów, kojarzą się po prostu z wyobrażeniem piekła. Ludność Indii przed czterdziestu laty wynosiła ponoć ćwierć miliona, dzisiaj wynosi miliard, czyli uległa czterokrotnemu powiększeniu. W tym samym czasie przyrost ludności świata zmniejszył się z 2,6 proc. w 1955 r. do 1,4 proc. Zasługę w tym mają przede wszystkim kraje wysoko rozwinięte, w ich liczbie również Polska, w której ludności ubywa. Jak zawsze w takim wypadku można postawić pytanie, czy to jest dobrze, czy też źle.

W zamierzchłych czasach pan Malthus ostrzegł, że ludność Wysp Brytyjskich może osiągnąć poziom dziesięciu milionów, co miało być równoznaczne z kataklizmem. Rachuby te były fałszywe, a Wyspy potrafią wyżywić dziś ponad pięćdziesiąt milionów. I stale zwiększa się liczba kolorowych imigrantów. To samo można powiedzieć o Francji, w której ubywa etnicznych Francuzów, ale przybywa Arabów, tak jak w Niemczech przybywa Turków. Jeśli proces ten się utrzyma, w największych krajach Europy już niedługo większość statystyczną mogą stanowić potomkowie imigrantów albo wręcz imigranci. Trudno mieć wątpliwość co do tego, że rodzina ogranicza ludzką wolność, a potomstwo zmusza do poświęceń, od których człowiek współczesny w krajach rozwiniętych ucieka jak diabeł od święconej wody. Dla ludzkości w całej swojej masie nie jest to jeszcze problem, który mógłby grozić wymarciem, bo ludzi ciągle przybywa i Indie, podobnie jak Chiny, gwałtownie walczą z przyrostem. Dla Europy natomiast to oznacza, że mamy szansę zostawić nasz kontynent przybyszom, którzy z pewnością go polubią i wykorzystają na swój sposób. Nie widzę żadnych powodów, żeby żałować, że tak będzie, skoro jest to tendencja naturalna i niczym niewymuszona. Smutno mi tylko, że na tym traci różnorodność i rozmaitość, które cechowały nasz kontynent. A dzisiejsza Kalkuta może dać nam przedsmak tego, czym pod koniec stulecia może stać się Warszawa, Monachium czy Paryż, zaludnione przez przybyszów. Czy z tym wszystkim musical „Oh, Calcutta” ma jakikolwiek związek? Pozornie nie ma, a ma. Taniec golasów na londyńskiej scenie był wyrazem rewolucji seksualnej, której naturalną konsekwencją jest niechęć do rozmnażania. Człowiek zapanował nad naturą, przestał być niewolnikiem praw przyrody i nauczył się doznawać przyjemności bez koniecznych w tym wypadku konsekwencji. Czy to zwycięstwo nad naturą ma się okazać pyrrusowe i zwycięzcy zejdą z tego świata bezpotomnie? Można tak przypuszczać patrząc na dzisiejsze statystyki ludnościowe, ale można też oczekiwać, że historia nas jeszcze zaskoczy. Tak zaskoczyła Malthusa, kiedy snuł swoje katastroficzne wizje, które po części się spełniły, ale nie tak, jak to sobie autor wyobrażał.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska patriotyzm Europa społeczeństwo Opoka felieton Indie Polak wybory Kalkuta USA nauczyciel mentalność Kaukaz Zanussi ludzie musical