Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Andrzej Romanowski

MICKIEWICZ, PRL I MY

Mickiewicz - to na samym początku były olbrzymie kwiaty, stojące przez kilka dni w olbrzymim flakonie pod oknem. Patrząc na ich bladoróżowe kielichy, wiedziałem, że to - Mickiewicz, lub też, że - dla Mickiewicza. Szliśmy potem z kwiatami ulicą Sienną, ledwo poruszając się w gęstniejącym tłumie. I długo staliśmy z kwiatami na Rynku, gdzie nic nie było widać i gdzie przez megafony przemawiał premier Cyrankiewicz. A potem hejnał Mariacki brzmiał w absolutnej ciszy i na koniec rozległy się oklaski i okrzyki: "jest, jest! Mickiewicz!" I nasze piękne kwiaty zostały pogniecione przez napierających ludzi.

Pamięć dziecka

Dotąd cały jestem z tego jednego dnia: 26 listopada 1955 roku. Pierwszego wydarzenia historycznego, jakie oglądałem. Pierwszego spotkania z Mickiewiczem. Kiedy w parę lat później (było to już po Październiku) moja ciocia-babcia przystąpiła do czytania mi wieczorami "Pana Tadeusza" - wiedziałem, że wstępuję w krąg wtajemniczenia, w świat ludzi DOROSŁYCH. Bardzo mi to imponowało. Ale książka okazała się nadspodziewanie bliska: odkryłem w niej wschody i zachody słońca, dzień, który "nieznacznie z wilgotnego wykrada się mroku", echo, które powtarzają "dęby dębom, bukom buki"... Prawie wszystko więc (no, poza jednym matecznikiem...) było jak na wakacjach. Ale była też niespodzianka: ludzie ubrani w kontusze i przewiązani pasami słuckimi, tańczący poloneza, ucztujący w zamku Horeszków, polujący z Kusym i Sokołem... Jakże nieoczekiwany i zdumiewający był ten świat! Chociażby ów "barszcz królewskim zwany/ I rosół staropolski sztucznie gotowany,/ Do którego Pan Wojski z dziwnymi sekrety/ Wrzucił kilka perełek"... KILKA PEREŁEK!!!

Dziś wiem, że - po dziecięcemu i naiwnie - zachwyciłem się po prostu sarmatyzmem. Że oczarował mnie ów barokowo-rokokowy przepych rodem z nieświeskiej tradycji księcia Radziwiłła Panie Kochanku. Że u schyłku lat pięćdziesiątych XX wieku ja żyłem wciąż... w czasach saskich! Czy to absurdalne? Nie sądzę. Najpierw zauważmy: w czasach mojego dzieciństwa XIX-wieczna przeszłość była bliska na wyciągnięcie ręki. Wszystkie trzy moje babcie urodziły się w tamtym stuleciu (matka ojca - w roku 1882, a więc jeszcze za życia Norwida). Także wszyscy niemal przywódcy polityczni ówczesnego świata pochodzili z minionego wieku: Churchill, Eden i Macmillan, Chruszczow i Eisenhower, Adenauer i de Gaulle... Kiedy się urodziłem, o parę ulic ode mnie mieszkał Ludwik Solski - urodzony jeszcze za życia Mickiewicza. Najstarsi krakowianie mogli pamiętać pogrzeb Mickiewicza na Wawelu, przed laty zaledwie sześćdziesięciu; rodzice mogli pamiętać podobny pogrzeb Słowackiego - przed laty dwudziestoma czterema. Prapremiery "Dziadów", "Kordiana", "Nie-boskiej komedii" odbyły się w Krakowie niemal dokładnie przed półwieczem. Wiek XIX żył tu naprawdę w najlepsze, a razem z nim - żył romantyzm. Zaś razem z romantyzmem... "Bogiem a prawdą - pisał Witold Gombrowicz akurat w roku 1958 - najbardziej przylgnęła do nas epoka saska i ona to największe ślady zostawiła na nas."

Czas w tych "moich czasach"... Biegł on powoli, zwłaszcza u nas, w Galicji. Tu nie było, jak w Kongresówce, jak w rodzinnej Łodzi mojej mamy, wielkiego przemysłu; nie czuć było tętna wielkomiejskiego. Do naszej kamienicy na Dietla przychodziła mleczarka ze wsi; przekupka z Małego Rynku przynosiła chleb wiejski. A gdzieś daleko istniała biedna wieś Ostrów: stąd - jak Pigoń "z Komborni w świat" - wyruszył niegdyś w dorosłe życie mój dziadek-legionista. Obie mieszkające z nami babcie pochodziły z rodziny wiejskiego organisty z Trzebosi. W dzieciństwie, na balach organizowanych w prowincjonalnym Rzeszowie, widziały ziemian w kontuszach i czamarach, tańczyły poloneza i mazura. Czy można się dziwić, że świat ziemiański wchłonęły z miłością nieco nuworyszowską? Dla nich "to była Polska właśnie".

I otóż właśnie ciocia-babcia przeczytała mi "Pana Tadeusza". "Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie" - słyszałem najpierw wiersz. A zaraz potem - słyszałem pieśń: "Za Niemen, za Niemen, ach czemuż za Niemen". ("Ach, jakie piękne pieśni były wtedy!"). Tymczasem brat mamy, dyrygent Zdzisław Bytnar, przyjeżdżał z dalekiego Wybrzeża i grał na fortepianie Ogińskiego: Polonez "Pożegnanie ojczyzny". A mama w dniu 10 kwietnia 1961 roku (tę datę dokładnie pamiętam) zaprowadziła mnie na "Straszny dwór". Więc kiedy podniesiono kurtynę, nie miałem wątpliwości, że widzę przed sobą Soplicowo. Szlachecki dworek, portrety przodków na ścianach, "zegar stary niby świat", kontusze, żupany, pasy słuckie i karabele (pamiętałem gniew Podkomorzego: "Tomasz! karabelę!"). No i mazur na zakończenie. ("Ach, jakie piękne tańce były wtedy!"). Wszedłem w polskość, czyli w świat "Pana Tadeusza" i "Strasznego dworu". I tak już zostało.

Czas utracony

Pewnie wstyd się do tego przyznać. Ale moje pokolenie naprawdę czytało Mickiewicza i w nim znajdowało nasz czas utracony; słuchało Moniuszki i roniło łzy w ciemności widowni. Polskość dzieciństwa była niewątpliwie "zapeklowana"; z pisarzy emigracyjnych mogliśmy czytać jednego Lechonia ("ach, żadna mnie muzyka dzisiaj nie pocieszy, chyba aria z kurantem ze "Strasznego dworu"...). "Pan Tadeusz"? XIX wiek? Czasy saskie? Przecież to wszystko było dobre, kiedy nie przyjmowało się do wiadomości nowego, komunistycznego porządku.

Skądżeż to bowiem, jak nie z "Pana Tadeusza", wziął się w szkole podstawowej mój kult 3 Maja?

"Gdy senat i posły 
 Po dniu Trzeciego Maja w ratuszowej sali 
 Zgodzonego z narodem króla fetowali; 
 Gdy przy tańcu śpiewano: Wiwat Król kochany! 
 Wiwat Sejm, wiwat Naród, wiwat wszystkie Stany!"

Obok "rosołu z perełkami" te właśnie wersy zapadły mi najgłębiej w pamięć. Kiedy więc w klasie szóstej szkoły podstawowej numer 7 założyliśmy z przyjacielem konspiracyjny "Związek Prawdziwych Patriotów Polskich" - natychmiast podjęliśmy uchwałę o Czynie: zrzuceniu ulotek 3-majowych na pochód 1-majowy... Wyznaję z pokorą: nie dokonałem Czynu, poczułem strach. Ale mimo tej zdrady samych siebie - pozostaliśmy z Mickiewiczem. Hymnem naszego "ZPPP" była przecież "Pieśń Filomatów" "Hej! radością oczy błysną", z melodią przeze mnie skomponowaną. Od jej odśpiewania zaczynały się nasze - ściśle tajne - posiedzenia.

Z Mickiewiczem byliśmy też w liceum. Jednak bunt przeciw coraz bardziej mroczniejącej rzeczywistości Gomułkowskiej znajdował oparcie już nie w pieśniach filomackich, ale w "Dziadach". Do lektury "arcydramatu" przystępowałem z niejaką obawą; pamiętałem, co powiedziała mama, gdy jej się chwaliłem, że przeczytano mi "Pana Tadeusza": "Ach, żebyś przeczytał »Dziady«!" Więc przeczytałem: jesienią roku 1967, w klasie "X a" liceum imienia Sobieskiego. I nauczyłem się niemal na pamięć. Koledzy wybuchali śmiechem, kiedy wywołany do odpowiedzi, popierałem daną tezę recytowanym z pamięci kilkuminutowym cytatem. "Dziady" - to było zwierciadło pokazywane przeze mnie rosyjskiemu Bazyliszkowi: ten straszliwy smok, zobaczywszy własną potworność, z pewnością padnie martwy... I wtedy wypływał z pamięci kolejny wers z "Pana Tadeusza": "Poznał ich Gerwazy, niestety! Moskale!!!"

Dotknięcie Rosji

Istotnie: Rosji uczył nas jeden Mickiewicz. Szkoła, spętana ideologią, łapała się tu we własne sidła. Nauczany od piątej klasy język rosyjski nie był w stanie pokazać wielkości i piękna rosyjskiej kultury: nie było tu mowy ani o "Idiocie", ani o "Szlacheckim gnieździe", nie mówiąc, rzecz jasna, o Sołżenicynie. Pozostawał - na lekcjach polskiego - Mickiewicz. I tu znów zaczynały się niespodzianki.

Bowiem przesłanie poety odbieraliśmy zupełnie inaczej, niż by sobie tego życzyła szkoła. Gdzież właściwie - pytałem wtedy - są ci "przyjaciele Moskale"? "Szlachetna szyja Rylejewa" - czy "dusza wolna zaprzedana w łaskę cara"? "Ręka Bestużewa" czy - "gotów wreszcie kąsać rękę, co ja targa"? Nie mogłem wyjść ze zdumienia - a zaraz potem z przerażenia. Ogrom Rosji: "kraina pusta, biała i otwarta". Diabelskość Rosji: "ale kto widział Petersburg ten powie, że budowały go chyba Szatany".

Despotyzm Rosji: 
"Car nigdy nie zruca munduru
Mundur wojskowy jest to carska skóra
Car rośnie, żyje i - gnije żołnierzem". 

Mickiewicz wcale nas nie uczył "patriotyzmu i internacjonalizmu" (takie były obowiązkowe tematy wypracowań o "Dziadach"). Odwrotnie: uczył nas nienawiści. "Z Bogiem i choćby mimo Boga".

To Rosja zabrała naszą tradycję. Jaką tradycję? To było oczywiste: "litewską" i "kontuszową". Już przy lekturze ballad zaciskały się pięści i zęby: przecież jeszcze przed wojną mogłem, jak moja mama, pojechać szlakiem Mickiewiczowskim: do Nowogródka, nad Świteź! Przez całe dzieciństwo żyłem w cieniu utraconych "kresów" - co prawda bardziej "lwowskich" niż "wileńskich". Moja babcia, ta z roku 1882, miała kamienicę we Lwowie; na wspomnienie rodzinnego miasta jęczała: "oddajcie mi mój Lwów..." I płakała. To wiedziałem już od niepamiętnych czasów: jest sobie na wschodzie olbrzymi Bazyliszek - kraj Sowietów. I ten kraj wisi jak chmura nad lwowskim domem babci przy ulicy Kulparkowskiej 75. Oraz nad ojczyzną Mickiewiczowską.

O co chodziło? Mickiewicz budził w nas przeświadczenie o niepełności PRL-u. Jeszcze nie wiedzieliśmy, czego brakowało w tej naszej ludowej ojczyźnie - z jej pochodami 1-Majowymi, rocznicą Rewolucji Październikowej i radosnym Świętem Lipcowym; jeszcze nie śpiewaliśmy "Żeby Polska byłą Polską"... Ale kolejną rzeczą, którą wiedzieliśmy na pewno, było: Polska - to nie jest tylko PRL. Polska - to nie jest tylko jedno z wielu państw bratniego obozu socjalistycznego. Polska - to jest coś trochę więcej. Poza tym zaś: moje pokolenie, urodzone w kilka lat po wojnie, nie widziało już polskich dworków z białymi kolumnami. Nie widziało Soplicowa! I tylko jeden jedyny raz, przez dziurę w podmurówce, wczołgałem się do któregoś z dworków na Kielecczyźnie, będącego siedzibą miejscowego PGR-u. Stąpałem po zdartej podłodze, patrzyłem na spękane ściany pokryte grzybem, zaciekami i ledwo widoczną, wyblakłą polichromią... I tak rodziła się kolejna, niezachwiana pewność: komunistyczny Bazyliszek zamordował ojczyznę Mickiewiczowską. Nie tylko tam - nad odległym, "błękitnym Niemnem". Także - nad naszą Wisłą.

"Mędrcy przeklęci"

Odrabialiśmy lekcje. Pisaliśmy wypracowania. Przygotowywaliśmy się do klasówek. Zawsze to samo: rozziew tezy z faktem; któż to z nas robił głupka? Oto na przykład podręcznik historii literatury, który wiele uwagi poświęca publicystyce Mickiewicza w "La Tribune des Peuples" (pisano: w "Trybunie Ludów", by wywołać skojarzenie z organem PZPR). Mickiewicz - "twórcą postępowym"? Ależ ten człowiek miał obsesję "mędrców przeklętych", "prawd martwych", nauki, która "prędko gnije"... "Kłamca, kto Ciebie nazwał miłością, Ty jesteś tylko mądrością"... "Ja wydam Tobie krwawszą bitwę niźli Szatan/ On walczył na rozumy, ja wyzwę na serca!" Aż dziw, ile w całym tym dorobku jest nienawiści wobec tego, co szkoła PRL-wska szerzyła jako "naukowy pogląd na świat". Napisze potem Czesław Miłosz: "Mickiewicz pochodził z głębokiej prowincji, nie tkniętej przez jakiekolwiek niedowiarstwo Wieku Rozumu. [...] Wyobraźnia Mickiewicza nigdy nie oddaliła się od przednaukowych pojęć kosmologicznych."

Nie powiem, że w sposób jasny zdawaliśmy sobie z tego sprawę: nawet najwięksi erudyci klasowi nie czytali wtedy Miłosza, zresztą "Ziemia Ulro" miała powstać dopiero w dziesięć lat później. Czuliśmy jednak, że Mickiewicz był sojusznikiem nas wszystkich - uczniów klasy "X a"... Był jednym z nas! Jego twórczość była bez żadnej wątpliwości sprzeciwem wobec materializmu. Czytaj: wobec "materializmu dialektycznego i historycznego". Jego twórczość była poświęcona życiu wewnętrznemu człowieka. Czytaj: nie mogła być tłumaczona jako "odzwierciedlenie stosunków społecznych". To prawda: wychowywał nas w szkole komunizm już nie stalinowski, lecz oświecony; zaprzestano tłumaczenia pesymizmu "Sonetów krymskich" "kryzysem zbożowym w Odessie"... Tym niemniej historia Polski - to była nadal historia ucisku chłopa. Historia literatury polskiej - to była nadal historia ucisku chłopa odzwierciedlona w literaturze polskiej... Wobec intelektualnej papki, którą ociekały stronice naszych podręczników, bywaliśmy naprawdę bezradni. I dopiero słowa z "Dziadów": "życie duszy, czyż nie jest warte badań ludzi!" działały piorunująco.

Dziś, kiedy o komunizmie wie się tyle, co o czasach Noego, można zapytać: dlaczego w takim razie szkoła PRL-owska godziła się na kult Mickiewicza? Ale odpowiedź jest aż banalna w swej oczywistości: kultura "socjalistyczna", budowana przez Partię, miała być przecież "narodowa w formie, proletariacka w treści"! Mickiewicza trudno było zakazać, natomiast warto było poddać go "pieriekowce". A komuniści też ludzie; wielu z nich czuło miłość do Mickiewicza, zaszczepioną przez dawną szkołę (nawet Róża Luksemburg niegdyś płakała, czytając "Pana Tadeusza"). Najważniejsze było jednak co innego: bolszewicka pogarda do Słowa. Komuniści nie wierzyli, byśmy mogli traktować Mickiewicza ze śmiertelną powagą. Oni - czytali go dialektycznie, my - czytaliśmy dosłownie. Kiedy się zorientowali - było już za późno.

I oto jesteśmy w marcu 1968 roku. Za dwa miesiące mamy zdawać maturę. Pod krakowskim pomnikiem, który przed trzynastu laty odsłaniał premier Cyrankiewicz, teraz nie wolno już składać kwiatów. Pomnik otacza kordon mężczyzn w skórzanych płaszczach, z opaskami "Milicja Robotnicza" na rękawach. Patrzymy i nie wierzymy oczom: to stary Mickiewicz wypowiedział wojnę komunizmowi.

Pożegnanie

Minęło kolejne trzynaście lat, a ja skończyłem lat trzydzieści. Trwał stan wojenny. W mieszkaniach prywatnych i w pomieszczeniach kościelnych prowadzę tajne komplety z historii i literatury polskiej. Któregoś dnia, zaproszony przez księdza Kazimierza Jancarza, znalazłem się w salce katechetycznej kościoła w Nowej Hucie - Mistrzejowicach.

Mówiłem o Mickiewiczu. Ale czy to ja mówiłem, czy on mówił za mnie? Przecież właściwie czytałem tylko teksty i dokonywałem ich interpretacji. Już po kilku minutach zorientowałem się, że z salą dzieje się coś dziwnego. Zapanowała trudna do opisania cisza. Nikt nic nie notował. I nikt się nie ruszał: słuchacze jakby zastygli w przybranych wcześniej pozycjach. Zewsząd widziałem wpatrzone we mnie oczy. Dziś myślę, że dokonałem na tych ludziach czegoś w rodzaju hipnozy: nigdy już potem mi się to nie zdarzyło. Po skończonym wykładzie nowohuccy robotnicy okrążyli mnie ciasnym kołem. W oczach kobiet widziałem łzy. To była mimo wszystko długa droga: od spiżowej postaci z krakowskiego pomnika - przez "Dziady" 1968 roku - do Słowa, które zwyciężyło.

I tu się właściwie skończyła moja wojna trzydziestoletnia. Krakowsko-Mickiewiczowska trzydziestoletnia wojna z lat 1955-1985, czy może 1955-1989... Potem miałem już spokój: od tamtego spotkania nigdy więcej nie mówiłem o Wieszczu. Dlaczego? Prawdopodobnie znowu się bałem. Najpierw tego, że nie utrafię w tamten, mistrzejowicki ton. Potem, że - przeminęła postać świata. Bo któż jest dziś w stanie zrozumieć nasz "romantyczny sarmatyzm" czasów socrealizmu?! Któż jest w stanie pojąć tamtą (jak bardzo czasem prymitywną...) "chorobę na Moskala"?! Więc spróbowałem sprawę obejść chyłkiem: pokazać Mickiewicza przez słowo jego następców. I tak, przed dwoma laty, na ćwiczeniach z moimi studentami, zacząłem analizować "Wyzwolenie" Wyspiańskiego.

Oto Konrad z "Dziadów" wchodzi na scenę krakowskiego teatru. Na nogach ma kajdany. Idzie prosto z Sybiru. "Na was myśl moja spoczęła". "Przychodzę wprząc was do dzieła". Dzwon Zygmunt: "Dziejów księgo, rozewrzyj karty nad narodem. Narodzie, wróżę, zmartwychwstaniesz!" Geniusz i chór: "- Mistrzu, przez śmierć? na Boga! - To jedna, jedyna droga!" Konrad: "POEZJO, PRECZ!!! JESTEŚ TYRANEM!!!"

Czytamy wspólnie. Studenci bardzo inteligentni. Dziwią się. Zastanawiają. Robią ciekawe spostrzeżenia. Nie wiem, czy rozumieją. Ale to tylko robotnicy w Mistrzejowicach, przed kilkunastu laty, rozumieli wszystko.


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: polityka Pan Tadeusz społeczeństwo Rosja robotnicy Adam Mickiewicz Cyrankiewicz Dziady