Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Joachim Trenkner

Jak pamiętać o historycznej winie?

"Dzięki tej fuzji Deutsche Bank będzie największym bankiem świata" - ten tytuł na pierwszych stronach niemieckich dzienników wywołał poruszenie. W końcu przejęcie za 17 miliardów marek amerykańskiego Bankers Trust uczyni z Deutsche Bank finansowe mocarstwo o zasięgu globalnym. Jednak perspektywa bycia "numerem jeden" w świecie finansów obciążona jest skazą: cieniami z przeszłości.

Tym ciemnym rozdziałem w historii Deutsche Bank jest rola, jaką odgrywał on w III Rzeszy: między rokiem 1933 a 1945 "normalną" praktyką banku było wywłaszczanie "niearyjskich" klientów albo przekazywanie poważnych sum na rzecz szefa SS Heinricha Himmlera do jego "osobistej dyspozycji", zaś członkowie zarządu należeli do NSDAP. Dlatego adwokaci ofiar Holokaustu, których własność Deutsche Bank bezprawnie zagarnął, wezwali amerykański nadzór bankowy do zastopowania fuzji z Bankers Trust - argumentując, że niemiecki bank powinien najpierw wypełnić zobowiązania, wynikające z jego działań w czasach narodowego socjalizmu. Mniej więcej w tym samym czasie obradująca w Waszyngtonie międzynarodowa konferencja z udziałem 44 krajów dyskutowała nad problemem zwrotu mienia ofiar Holokaustu. Delegacja amerykańska żądała, aby otwarte jeszcze sprawy zostały uregulowane do końca wieku.

Uregulowane - być może. Ale czy załatwione? Czy po ich uregulowaniu będzie można ostatecznie zamknąć ten rozdział niemieckiej historii? Czy Niemcy staną się "normalnym krajem" - jak to chętnie powtarza nowy rząd w Bonn, definiując się przy pomocy swoistej mieszanki moralności i pragmatyzmu? Czy wtedy będzie można odkreślić winę "grubą kreską"?

WALSER I "SONNTAGSREDE"

Najnowsza dyskusja w Niemczech zdaje się pokazywać - i to w sposób bardzo bolesny - że przeszłość jeszcze długo pozostanie żywa. Że będzie wracać, gdy tylko politycy bądź intelektualiści zechcą wikłać się w debaty nad interesami narodowymi czy narodową samoświadomością. Od połowy października 1998 r. Niemcy są bowiem skłóceni. Spór jest gwałtowny i bezkompromisowy; spór o poglądy, deklaracje, słowa. Terenem starcia są strony kulturalne dzienników i tygodników.

Cóż się stało? Każdego roku, w październiku, we Frankfurcie nad Menem odbywają się największe w Europie targi książki. Spotykają się na nich wydawcy, pisarze i dziennikarze. Dla jednych jest to wydarzenie komercyjne, dla innych okazja do intelektualnego dyskursu. Co roku też na zakończenie targów przyznawana jest Nagroda Pokojowa Niemieckich Księgarzy.

Szczególnie godny wymiar tej uroczystości nadaje kościół św. Pawła (Paulskirche), w którym w roku 1848 podczas Wiosny Ludów obradowało pierwsze niemieckie Zgromadzenie Narodowe. Jest telewizja i prasa, wygłaszane są przemówienia. Obecni w Paulskirche prominenci oraz zgromadzony przed telewizorami świat intelektualny ze szczególnym napięciem oczekują, przy pomocy jakich mądrości i prawd laureat uzasadni swe wyróżnienie.

W roku 1998 Nagrodą wyróżniono pisarza Martina Walsera, 71-letniego wybitnego przedstawiciela literatury powojennej. Pisarz, którego polityczne wybory rozciągają się między dawną sympatią do Niemieckiej Partii Komunistycznej a dzisiejszym narodowym konserwatyzmem, tematem swego wystąpienia uczynił najnowszą niemiecką historię. Już sam jego tytuł - "Doświadczenia z pracy nad »niedzielną przemową«" (niem. Sonntagsrede) - sygnalizował dylemat Walsera. W języku niemieckim "Sonntagsrede" jest bowiem synonimem nieszczerości i obłudy, i oznacza werbalny rytuał, który zatracił pierwotny sens. Takie rytualne mowy na temat zjednoczenia wygaszali przed rokiem 1989 zachodnioniemieccy politycy, choć sami w nie już nie wierzyli.

Walser nie chciał kwestionować Holokaustu. Chciał natomiast zaprotestować przeciwko instrumentalizacji ludobójstwa. Ale nie podołał temu zadaniu; nie podołał moralnie, intelektualnie i przede wszystkim językowo, co dla pisarza nie jest specjalnym powodem do chluby.

Krytykę sposobu, w jaki w Niemczech przedstawiane są wystąpienia współczesnej skrajnej prawicy, Walser połączył z przedstawianiem narodowosocjalistycznej przeszłości. "Każdy zna nasz historyczny ciężar, tę nieprzemijającą hańbę. Nie ma dnia, w którym nie byłaby nam ona stawiana przed oczy - mówił. - A może jest tak, że intelektualiści, którzy to czynią, którzy przypominają nam o tej hańbie, popadają na sekundę w iluzję, że przez swój kolejny udział w okrutnej służbie przypominania sami dostępują choćby częściowego usprawiedliwienia, że choćby na chwilę tylko bliżej są ofiar niźli oprawców?".

"INSTRUMENTALIZACJA HAŃBY"

Słowa Walsera były nie tylko werbalną niefrasobliwością: mówił on nie o winie, lecz o ciężarze, i nie o zbrodni, ale o hańbie. Były także cyniczne w stosunku do tych Niemców, którzy szczerze traktują "przezwyciężanie przeszłości".

Walser zarzucił mediom, że popadły w oskarżycielską rutynę. Mówił: "Przynajmniej ze dwadzieścia razy odwracałem już wzrok od telewizora, widząc po raz kolejny najgorsze filmowe sekwencje z obozów koncentracyjnych. Nikt poważny nie kwestionuje Oświęcimia; nikt poczytalny nie mędrkuje na temat okropieństw, jakie miały tam miejsce; jeżeli jednak każdego dnia w mediach stawia mi się przed oczy tę przeszłość, to zauważam, że coś we mnie broni się przed tym ciągłym prezentowaniem naszej hańby. Zamiast być wdzięcznym za nieustanną prezentację naszej hańby, zaczynam odwracać wzrok. Chciałbym zrozumieć, dlaczego w tym dziesięcioleciu przeszłość jest prezentowana tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Kiedy zauważam, że coś się we mnie przed broni, próbuję zastanowić się nad motywami, dla których w taki sposób przypomina się o naszej hańbie, i jestem niemal uradowany, kiedy dochodzę do przekonania, że coraz częściej motywem tym nie jest pamięć, nie nakaz »nie-wolno-zapomnieć«: "ale instrumentalizacja tej hańby".

Walser mylił się jednak - a do tego przyjmował postawę wyższościową, arogancką. O III Rzeszy i jej zbrodniach informowano w Niemczech w minionych dziesięcioleciach przynajmniej równie intensywnie co w latach dziewięćdziesiątych. Celem filmów dokumentalnych i książek były zawsze oświata, wychowanie i badania historyczne - w żadnym razie instrumentalizacja. Seriale dokumentalne jak "Hitlers Helfer" (Pomocnicy Hitlera), "Soldaten f&252;r Hitler" (Żołnierze za Hitlerem) albo "Waffen-SS", wyemitowane w ostatnich dwóch latach przez niekomercyjne kanały telewizyjne ARD i ZDF, przyciągnęły milionową publiczność. W tym wielu młodych ludzi, którzy chcieli dowiedzieć się, co się wtedy działo w ich kraju - i którzy w obliczu "nieprzemijającej hańby" nie muszą się czuć winni, a już na pewno nie czują się instrumentalizowani.

Przemawiając w Paulskirche, Walser posunął się jeszcze dalej. "Drżąc na myśl o własnej odwadze", mówił: "Oświęcim nie nadaje się do tego, aby stać się oskarżycielską rutyną, gotowym w każdej chwili do użycia środkiem do zastraszania albo »moralną pałką« czy też tylko »ćwiczeniem obowiązkowym«. Jakościowym skutkiem takiej rytualizacji jest modlitwa li tylko ust, nie serca. Ale jakież podejrzenie pada na tego, kto powiada, że Niemcy są teraz normalnym narodem, normalnym społeczeństwem?"

Podejrzenie, że mówca jest "duchowym podżegaczem", zrodziło się istotnie - przynajmniej wśród tych nielicznych, którzy w Paulskirche przysłuchiwali się mowie Walsera w milczeniu i z przerażeniem, a na koniec nie bili braw na stojąco, jak większość obecnych. Mowa zwłaszcza o jednej osobie: Ignatzu Bubisie, przewodniczącym Centralnej Rady Żydów w Niemczech.

"NIEMCY NIE WYBACZĄ"

Bubis, liczący podobnie jak Walser 71 lat, urodził się w niemieckim wówczas Wrocławiu, a Holokaust przeżył cudem na terenie okupowanej Polski. Rodzina Bubisa zginęła w obozach. Mimo to wrócił po wojnie do Niemiec, osiadł we Frankfurcie nad Menem i dorobił się majątku na handlu nieruchomościami. Na początku lat dziewięćdziesiątych został wybrany na przewodniczącego Centralnej Rady i stał się ważną instancją moralną.

Zaraz po przemówieniu w Paulskirche niemiecki Żyd Bubis nazwał niemieckiego pisarza Walsera "duchowym podżegaczem", a precyzując swój zarzut, powiedział: "Walser był bardzo szczery. On nie radzi sobie, jak wielu innych, z winą i chce ją od siebie odsunąć. Można to zrozumieć. Ale czymś nieodpowiedzialnym jest publiczne legitymizowanie odwracania się od Oświęcimia. Widzę, że w kręgach intelektualnych szerzy się nacjonalizm, który nie jest wolny od cech antysemickich".

Do swej repliki Bubis wykorzystał forum publiczne: transmitowane przez telewizję uroczystości z okazji 60. rocznicy "Nocy Kryształowej". Przemawiając w berlińskiej synagodze w obecności prezydenta Herzoga i kanclerza Schrödera, Bubis stwierdził, że Walser mówił językiem, którym posługują się politycy skrajnej prawicy - jak były szef partii "Republikanów" Franz Schönhuber albo lider Niemieckiej Unii Ludowej Gerhard Frey. Polityków tych nikt jednak nie traktuje poważnie, mówił Bubis, natomiast jeśli idee takie propaguje Walser, należący do intelektualnej elity, może to być traktowane jako sygnał - i na tym polega "duchowe podżeganie".

Wystąpienia Walsera i Bubisa wywołały w Niemczech niesłychane emocje. Ich temperatura wzrosła jeszcze po tym, jak do dyskusji wmieszał się - broniąc Walsera - Klaus von Dohnanyi, były socjaldemokratyczny burmistrz Hamburga i syn członka antyhitlerowskiego ruchu oporu, straconego przez narodowych socjalistów.

Dohnanyi zaatakował ostro Bubisa. "Żydowscy współobywatele" powinni wziąć pod uwagę fakt, że także Niemców można zranić - zaznaczył Dohnanyi, stwierdzając, że "aż nazbyt często podejmuje się próby uzyskania jakichś korzyści poprzez wykorzystywanie naszego sumienia, nadużywanie go i nawet manipulowanie nim". Kulminacyjnym punktem ataku Dohnanyi’ego było zdanie: "Wypadałoby, aby także żydowscy obywatele mieszkający w Niemczech zadali sobie pytanie, czy zachowaliby się bardziej odważnie niż większość pozostałych Niemców, gdyby po roku 1933 do obozów zagłady zsyłano »tylko« niepełnosprawnych, homoseksualistów albo Romów?".

Pomysł Dohnanyi’ego brzmiał makabrycznie: nieliczni Żydzi, którzy przeżyli Holokaust oraz ich dzieci, mieliby teraz rozliczać się przed niemiecką opinią publiczną z tego, czy "zachowaliby się bardziej odważnie", gdyby to nie ich krewni byli rozstrzeliwani i gazowani przez Niemców. Słuchając tego, wolno postawić pytanie, czy aby nie miał racji izraelski psychoanalityk Zvi Rex, autor paradoksalnej tezy, że "Niemcy nigdy nie wybaczą Żydom Oświęcimia"...

SPÓR O PAMIĘĆ

Ale potem znowu głos zabrał Bubis - i tym razem to on posunął się za daleko. Odpowiadając Dohnanyi’emu, oskarżył jego i Walsera, że są "utajonymi antysemitami". Przeciwko temu zaprotestował z kolei inny niemiecki Żyd polskiego pochodzenia - krytyk literacki Marcel Reich-
-Ranicki. W dzienniku "Frankfurter Allgemeine Zeitung" Reich-Ranicki nazwał mowę Walsera "nieodpowiedzialną". Z drugiej jednak strony, kierując się ku Bubisowi, stwierdzał: "A więc, drogi Ignatzu, mówię jako przyjaciel: to był największy nonsens, jaki przydarzyło Ci się powiedzieć w ostatnich latach".

Ten, jak powiedzieliby niektórzy, "typowo niemiecki" spór rozszerzał się, nabierając własnej dynamiki. Na łamach prasy codziennie ukazywały się nowe teksty. Werbalna wymiana ciosów stała się tak ostra, że w końcu głos zabrał były prezydent Richard von Weizs&228;cker - i wezwał do zachowania rozsądku, zanim wyrządzone szkody staną się nieodwracalne.

Patrząc na debatę wokół mowy Walsera można istotnie stwierdzić z niepokojem, że jesteśmy świadkami erozji czegoś, co w "starej" Republice Federalnej nigdy nie było podważane: konsensu wokół nastawienia do narodowosocjalistycznej przeszłości Niemiec. Ani tzw. "spór historyków" z lat osiemdziesiątych, ani debata nad kontrowersyjnymi tezami amerykańskiego socjologa Daniela Goldhagena w roku 1996, ani też dyskusje wokół wystawy "Zbrodnie Wehrmachtu 1941-1944" nie wywołały tak głębokich podziałów jak niedawna debata nad projektem budowy Pomnika Zamordowanych Żydów Europy w Berlinie - oraz kontrowersje wokół przemówienia Walsera. W przeciwieństwie do "sporu historyków", sporu o Goldhagena czy wystawę "Zbrodnie Wehrmachtu" nie chodzi dziś jednak o różne interpretacje faktów historycznych, ale o znaczenie tychże faktów dla współczesności. Przedmiotem sporu nie jest istota narodowego socjalizmu, lecz stosunek do niego.

Tygodnik "Die Zeit" pisał, że "dramatyzm tej debaty" podkreśla także "mit Republiki Berlińskiej; fakt, że zmiana rządu zbiegła się w czasie z przeprowadzką [do Berlina]; wreszcie nieprecyzyjne, ale realne odczucie dokonującej się zmiany: nowa i równocześnie historyczna scenografia, nowe pokolenie u władzy, obserwowane nieufnie z powodu swych eksperymentów z »brakiem uprzedzeń« i »normalnością«... Okres powojenny, którego koniec wieszczono może nazbyt pospiesznie w roku 1989, rzeczywiście dobiega teraz końca".

"PRZEDAWNIONA WINA"?

To prawda: spór Walser-Bubis jest - obok konfliktu o pomnik ofiar Holocaustu - pierwszą wielką debatą tej "Republiki Berlińskiej", która ma rozpocząć nową epokę w powojennej polityce Niemiec. Władzę w Bonn, a od najbliższego lata już w Berlinie, sprawuje nowe pokolenie, którego stosunek do przeszłości wydaje się bardziej oczywisty, suwerenny, klarowny, a nawet arogancki. Kanclerz Schröder - podobnie jak szef MSZ Joschka Fischer, reprezentant pokolenia rewolty 1968 roku - sięgają po całkiem nowy ton, który przede wszystkim za granicą przyjmowany jest ze sceptycyzmem.

Schröder powiada na przykład, że życzyłby sobie takiego Pomnika Zamordowanych Żydów Europy, pod który "ludzie chodziliby chętnie". Kanclerz mówi o obronie niemieckich przedsiębiorstw przed "nieuzasadnionymi" globalnymi roszczeniami byłych ofiar kacetów i robót przymusowych. Odrzuca zaproszenie na paryskie obchody 80. rocznicy zakończenia
I wojny światowej "z powodu napiętego kalendarza". Podczas jego podróży do Warszawy i później Moskwy próżno by szukać jakiegokolwiek historycznego sentymentalizmu. A rzecznik kanclerza mówi, że europejscy sąsiedzi powinni przyzwyczaić się do tego, iż "Niemcy nie pozwolą więcej traktować się przy pomocy argumentu nieczystego sumienia".

Czy Niemcy stają się ostatecznie "normalni" i "dorośli"? "Czy wina jest przedawniona?" - pytał tygodnik "Der Spiegel", drukując na stronie tytułowej fotografię bramy obozu oświęcimskiego. Otóż, wina nie może się przedawnić - wina może zostać tylko wybaczona. Dziś, 53 lata po ludobójstwie, Niemcy są od dawna "normalni" i "dorośli". Czy jednak z tego powodu wolno - jak sugeruje to Walser - odkreślić to, co było, "grubą kreską" zapomnienia i milczenia?

O tym, że Niemcy są dziś normalnym narodem i takim jak inne, normalnym społeczeństwem, mówił niedawno publicznie żydowski historyk Saul Friedl&228;nder. Wszelako pytał on też: "Czy normalnym jest społeczeństwo bez pamięci; społeczeństwo, które unika żałoby i odwraca się od własnej przeszłości, aby żyć wyłącznie współczesnością i przyszłością?".

Kiedyś, niedługo, nie będzie już ani jednego Niemca winnego zbrodni nazizmu. Ale także w przyszłości wszyscy Niemcy będą musieli odpowiedzialnie obchodzić się z tym dziedzictwem; wszyscy będą musieli za to odpowiadać.

PS

W połowie grudnia oponenci spotkali się jednak - najpierw Dohnanyi z Bubisem, a potem Bubis z Walserem. Do rozmowy Bubis-Walser doszło z inicjatywy dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung", który następnie opublikował zapis dyskusji; fragmenty spotkania pokazała nawet publiczna telewizja. Bubis wycofał wprawdzie zarzut, że pisarz jest "duchowym podżegaczem", pozostał jednak przy stwierdzeniu, że to nieprecyzyjne sformułowania Walsera były powodem nieporozumienia.

Z kolei Walser oświadczył, że "jedyny sens rozmowy" widzi w znalezienia wspólnego języka "z którym wielu ludzi mogłoby się utożsamiać, ponieważ ostatecznie to oni sami muszą decydować, w jaki sposób będą wspominać Oświęcim". Kiedy Walser powiedział, że trzeba pracować na rzecz "wspólnej pamięci", Bubis odparł, iż to jedno zdanie wystarczyłoby, aby przemówienie z Paulskirche stało się klarowne.

Usunięto więc nieporozumienia, ale do prawdziwego pojednania nie doszło. Rysa pozostała - i można spodziewać się, że w roku 1999 Niemcy będą dalej dyskutować nad problemem: jak pamiętać?

przełożył Wojciech Pięciak

Joachim Trenkner jest zastępcą redaktora naczelnego berlińskiej stacji publicznego radia i telewizji Sender Freies Berlin. Publikował w nowojorskim dwutygodniku "Der Aufbau" oraz w "Tygodniku Powszechnym".


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Żydzi wina moralność holokaust Bonn Waszyngton NSDAP Deutsche Bank Heinrich Himmler Nagroda Pokojowa Niemieckich Księgarzy Sonntagsrede Soldaten für Hitler Joschka Fischer