słodki cukiereczek

Kultura


Albumy | Eseje i felietony | Poezja | Polecamy | Recenzje | Zapowiedzi | Linki | Napisz do nas |


Krzysztof Zanussi

Wspomnienia bikiniarza

Zdumiewa mnie, kiedy zupełnie młodzi pisarze pogrążają się w swoim dzieciństwie. Przywykłem do myśli, że skłonność do wspomnień przychodzi w wieku podeszłym, kiedy nie ma już planów i marzeń, a pamięć gubiąc to wszystko co nowe przybliża to co minione. Charakterystyczną cechą starczych wspomnień jest nadawanie sensu temu, co w czasach, kiedy się działo, było potokiem chaosu. Trzeba długiej perspektywy lat, by w drobnych sprawach odkryć istotne nauki. Niewykluczone zresztą, że doszukując się sensu zakłamujemy wspomnienia.

Powszechnie przyjętą figurą literacką jest przedstawianie dzieciństwa jako złotego wieku, czasu szczęśliwości i beztroski. Wyłamuję się z tego schematu ze względów metrykalnych. Jeśli czyjeś dzieciństwo było jasne, to moje było mroczne, przypadało bowiem najpierw na czas wojny, a potem na czarne lata stalinizmu. Po nich dorosłość była wyzwoleniem, bo przypadała na lata po polskim Październiku, kiedy ustrój nie tyle objawił się z ludzką twarzą, ile zręcznie zasłonił swą nieludzkość.

Poszukując sensu w wydarzeniach odległych o pół stulecia wypatrzyłem taki drobny moment, w którym przypuszczam po raz pierwszy zrozumiałem tajemniczą siłę, jaką jest fikcja zestawiona z życiem. Fikcja, czyli rzeczywistość urojona, nieprzystająca do faktów, ale udająca życie. Wydarzeniem, które pozwoliło mi skonfrontować te dwa światy, była doroczna defilada z okazji pierwszego maja. Defilady w pierwszych latach pięćdziesiątych trwały w nieskończoność, bowiem wszyscy, którzy gdzieś pracowali, musieli przedefilować przed trybuną. Trybuna ta stała, jak pamiętam, raz w alejach Trzeciego Maja, czyli przy wejściu do Komitetu Centralnego, który był świeżo wybudowanym gmachem i razem z niezniszczonym budynkiem muzeum i przedwojennym Bankiem Gospodarstwa Krajowego stanowił kilkusetmetrową pierzeję monumentalnej ulicy, która ze wszystkich stron tonęła w gruzach. (Przesadzam, naprzeciw na Smolnej ostało się parę domów). Udział w defiladzie był oczywiście przymusowy, ja byłem jeszcze w szkole podstawowej i rok wcześniej przeżyłem dramat, którego dziś nikt nie rozumie, a co gorsza, prawie nikt weń nie wierzy. Otóż oskarżono mnie o to, że przed trybuną w trakcie defilady miałem ironiczną minę. Odbyła się rozprawa, wezwano moich rodziców — i oszczędzę państwu bardziej szczegółowych wspomnień, konkludując, że w następnym roku wiedziałem, że cała szkoła będzie patrzyć, z jaką miną defiluję. Świadom oczekującej mnie presji wpadłem na świetny pomysł i dołączyłem do grupy nazwanej „satyryczną”. Ta grupa to byli uczniowie w przebraniu, naśladujący różne naganne przywary tego czasu: więc bikiniarstwo, brakoróbstwo i inne wszeteczeństwa (młodszych czytelników odsyłam do stosownego słownika, bo sam nie potrafię wytłumaczyć, jakim sposobem atol Bikini przekształcił się zarówno w kostium kąpielowy, jak i w nosiciela antysocjalistycznej mody). Jako dziesięciolatek defilując w przebraniu zrozumiałem, że jestem wyłączony z obowiązującego prawa, że wolno mi robić, co zechcę, bo miny, które robię, to nie są moje miny, tylko miny wszetecznej postaci, którą reprezentuję, ale którą naprawdę nie jestem. Kiedy kilkanaście lat później zacząłem studiować filozofię pod okiem profesora Ingardena, widząc okładkę jego pracy na temat sporów o istnienie świata, miałem przed oczami doświadczenie wyniesione z tej defilady.

Dziś przypuszczam, że dzięki temu doświadczeniu poczułem, czym jest fikcja i poświęciłem jej większość mego zawodowego życia. A wszystko to przypomina mi się nie z racji pierwszego maja, tylko na skutek lektury „Los Angeles Times”, gdzie w kronice wypadków zanotowano, że w czasie karnawału jakieś towarzystwo urządziło sobie maskaradę. Sąsiedzi wezwali policję, bo maskarada była bardzo głośna. Na widok policjantów jeden z przebierańców podniósł plastikowy pistolet przypuszczając, że ma do czynienia z jakimiś nowymi gośćmi. A prawdziwy policjant go zastrzelił, przypuszczając, że ma do czynienia z zamachem na swoje życie. To, co się stało, było ilustracją sporu o istnienie świata, a właściwie spotkaniem dwóch światów, które w ontologicznym porządku do siebie nie przylegały, bowiem były prawdziwe, każdy na swój sposób, ale zupełnie osobny.

opr. JU/PO

 wyślij znajomym

Zobacz także:
Leonid Ostrowski, Józef Augustyn, Wyszliśmy spod płaszcza Gogola
Przemysław Kucharczak, Nie rozjeżdżać buraków!
Mateusz Wyrwich, Prezes od trudnych prawd
Natalia Budzyńska, Opowiadacze i słuchacze
Maria Przełomiec, Z perspektywy diabelskiego lustra
Tomasz Rożek, Polska w EUROpie
Malcolm Macmillan, Anna O. i początki teorii osobowości Freuda
Malcolm Macmillan, Freud oceniony
Edward Augustyn, Spowiedź poety. Aleksander Wat u Ojca Pio
Jacek Wł. Świątek, Z chłopa król
Komentarze internautów:

moja mysl tylko moja (2006-03-22 15:18:11)
 hmmm nie powiedziala...  więcej   skomentuj tę wypowiedź

     to JEST dobrze napisane. (hexenhammer, 2006-03-24 01:28:34)
 a moze nawet...  więcej   skomentuj tę wypowiedź

Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Nowości na naszych stronach | PDA | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła |