Dzieciństwo w Kraju Wiecznego ŚwiętaJan PniewskiMała Vilma. Ostatni dziennik (KisVilma. Az utolsö naplö) Węgry/Polska, reżyseria — Marta Meszaros, występują: Łukasz Nowicki, Barbara Hegyi, Cleo Ladanyi, Kitty Kerri i in., Gutek Film Film Marty Meszaros to piękna i przejmująca opowieść o powracaniu w czasy dzieciństwa; dzieciństwa tragicznego, pozbawionego należnego mu ciepła i bezpieczeństwa; dzieciństwa, które tak naprawdę nigdy nim nie było, bo najbliżsi odchodzili zbyt prędko, a życie wymagało szybkiego, ponad miarę, dojrzewania i brutalnie zmuszało do wkraczania w nieprzyjazny świat ludzi dorosłych i ich problemów. Podróż w głąb wspomnień, jaką wraz z wyprawą na Wschód odbywa bohaterka, daleka jest od sentymentalnej odysei, która w odległej przeszłości odnajdywałaby dziecięcą arkadię, łączącą w jedną magiczną całość to, co realne, z tym, co wyidealizowane czy tylko wyobrażone. Ale nawet w tym przypadku wszystko spowite jest nostalgią, nie tyle przekreślającą tragiczne wydarzenia, ile rezygnującą z nienawiści i pragnącą przeżycia jeszcze raz tego, co było, bo było to wszak jedyne dzieciństwo, jakie się miało. Film dotyka także zupełnie już innego mitu, mitu raju na ziemi, który, ignorując wpisaną w ludzką naturę niedoskonałość, zwodzi co szlachetniejsze jednostki marzące o powszechnym szczęściu. Piękna, lecz oszukańcza iluzja niszczy tych, którzy jej zawierzyli, i tych, którzy stanęli na ich drodze. W połowie lat 30. tytułowa bohaterka jako mała dziewczynka znalazła się w Kirgizji, dokąd przybyli jej rodzice zafascynowani lepszym jutrem, jakie ofiarowywała komunistyczna ideologia. Wplecione w opowieść kroniki filmowe przypominają, że nie byli jedynymi, którzy ulegli czarowi sowieckiej propagandy. Europejscy intelektualiści z uznaniem wypowiadali się o nowych porządkach wprowadzanych w Kraju Rad, a były wśród nich takie postacie jak Bernard Shaw, Albert Einstein, Tomasz Mann. Bohaterowie Marty Meszaros różnią się od nich tylko tym, że są bardziej konsekwentni — decydują się opuścić swoje ojczyste strony, by osiąść w kraju, w którym — jak mówił ojciec Vilmy — codzienne życie jest świętem. W zagubionym na azjatyckim pustkowiu Frunze spotykają innych małżonków-idealistów: dziennikarzy Claudię i Miguela — uciekinierów z Hiszpanii, Hildę i Wilhelma — pedagogów, którzy zbiegli z hitlerowskich Niemiec, oraz Andrzeja i Zosię — lekarzy z Polski. Wszyscy oni przybywają tu wraz z dziećmi, i to im przyjdzie zapłacić najwyższą cenę za mrzonki rodziców, chociaż nie będzie to cena życia. Cała historia rozpoczyna się sielankowymi obrazkami z życia radzieckiej prowincji, sprawiającymi wrażenie wyjętych żywcem z tandetnie ilustrowanych książeczek dla dzieci, gdzie wszyscy są zadowoleni i uśmiechnięci. Ojciec małej Vilmy, Laszlo, otrzymuje wraz z żoną obszerny dom, gdzie urządza pracownię rzeźbiarską i poświęca się pracy twórczej. Życzliwi miejscowi świętują pojawienie się nowych sąsiadów z odległych stron, witając ich wystawnym przyjęciem z narodowymi daniami i wybornymi trunkami. Przybysze oddają się nastrojowi błogości, spokoju i internacjonalistycznym flirtom. Idyllę dopełniają piękne, nieskażone cywilizacją górskie krajobrazy oraz miejscowe legendy. Jednym słowem — bajka. Sen o szczęściu kończy się jednak wraz z aresztowaniem Wilhelma, Laszlo, Andrzeja i Miguela. Oczami Vilmy obserwujemy zachowanie ich żon. Zindoktrynowane kobiety najpierw wierzą, że radzieccy towarzysze tylko wypełniają swój niełatwy obowiązek bycia czujnymi wobec czającej się wszędzie kontrrewolucji, i że wszystko się wyjaśni. Gdy jednak te nadzieje zawodzą, rodzi się w nich głębokie przekonanie, że zaszła tragiczna pomyłka, którą należy wyjaśnić na najwyższym szczeblu. Zaczynają więc słać listy do „Drogiego towarzysza Stalina" i do Kominternu, nawet nie przypuszczając w swej rozbrajającej naiwności, że tylko pogarszają sytuację — nie są bowiem jeszcze świadome podstawowej prawdy: Partia nie myli się nigdy. Powoli opadająca zasłona Mai pozwala im odkryć bynajmniej nie sielankową przeszłość ojczyzny z wyboru. Z ust Zdenka, Czecha osiadłego tu znacznie dłużej od nich, dowiadują się o łagrach i o milionowych ofiarach sztucznego głodu w latach poprzedzających ich przybycie. Z chwilą, gdy pryska ideologiczna ułuda i kolejne odsłony potęgują dramat bohaterów, zmienia się znacząco funkcja przepięknych kirgiskich krajobrazów. Do tej pory stanowiły one urzekającą oprawę rajskiego życia, obecnie zdjęcia wyniosłych pasm górskich, z pozoru przypadkowo i jakby mimochodem włączane w tok narracji, nabierają znaczenia metaforycznego. Z jednej strony pobrzmiewa tu gdzieś dalekie echo russowskiego przeciwstawiania natury i kultury (chociaż w tym przypadku należałoby raczej powiedzieć „antykultury"), z drugiej zaś — i to chyba właściwsze odczytanie — sięgające nieba szczyty, stając się niemym świadkiem nieszczęść bohaterów, odsyłają do Transcendencji, wobec której rozgrywa się historia ludzka. W pozbawionej nienawiści, złości i oskarżycielskiego tonu opowieści właśnie one nabierają cech prokuratorskiego głosu. W tym kontekście nieoczekiwanego znaczenia nabiera przytaczana na początku filmu kirgiska legenda o mieście znajdującym się w odmętach wielkiego jeziora Issyk-Kuł, na które góry kiedyś spuściły wody potopu z powodu niegodziwości jego mieszkańców... W odbiorze filmu przeszkadza mi kwestia niewątpliwie drugorzędna, lecz wprowadzająca w dobrze skomponowaną całość pewien dysonans. Jego bohaterowie, internacjonaliści przybyli z całej Europy, musieli porozumiewać się między sobą, jak i z innymi, w języku rosyjskim. Można oczywiście zrozumieć, dlaczego reżyserka nie wybrała go na język swojego filmu, lecz w takim razie powinien on być nakręcony konsekwentnie w języku węgierskim. Tymczasem autorka chciała z niezrozumiałych względów oba te warianty połączyć. W efekcie mamy kwestie rozpoczynające się po rosyjsku, które następnie przechodzą w język węgierski, co w kinowej wersji bez lektora wypada dość nienaturalnie. Oczywiście ta drobna usterka nie umniejsza wielkości dzieła. Marcie Meszaros udało się stworzyć przesycony emocjami obraz, który, choć opowiada o sprawach trudnych i bolesnych, nie zawiera jednak sam w sobie, ani nie wyzwala u odbiorcy negatywnych uczuć. Jest to niewątpliwie zasługa bardzo wyważonej gry aktorskiej, ale przede wszystkim znakomitej muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza, która do całości filmu, a zwłaszcza do jego najbardziej dramatycznych partii, wprowadza nastrój bezgranicznego żalu, smutku i głębokiej zadumy nad tym, co się wydarzyło, a co mogło ułożyć się zupełnie inaczej. Może takich spojrzeń na naszą przeszłość przydałoby się więcej i to nie tylko w filmie? Copyright by „Przegląd Powszechny”9/2001 opr. MK/PO | ||
