Krzysztof ZanussiBeztlenowcyNajpotrzebniejszym do życia żywiołem jest dla nas woda. Bez wody wszystko usycha, podlane rwie się do życia. Jak każdy żywioł woda czasami płata figle i występuje w nadmiarze. Cierpimy wtedy z powodu powodzi (i odkrywamy, ze zdziwieniem, że trzeba się było ubezpieczyć). Rzadziej, w naszym klimacie, zderzamy się z innym żywiołem, jakim jest powietrze. Trąby czy huragany są specjalnością obszarów podzwrotnikowych. Na naszej północy są rzadkością i nie działają tak silnie na wyobraźnię. Nadmiar powietrza, w postaci wichury, w jakimś stopniu przypomina powódź. Nie ma natomiast żadnej analogii do tego, czym jest susza. Chyba że znajdziemy się kiedyś na wysokości powyżej tatrzańskich Rysów, czyli na przykład w Bogocie. Po dziesięciu godzinach lotu z Europy, samolotem z zakazem palenia na pokładzie, spragnieni nikotyny nałogowcy zaciągają się na lotnisku i często padają zemdleni ku uciesze innych pasażerów. Tu brak tlenu przypomina suszę i wystarczy parę energicznych kroków czy podbiegnięcie na schodach i każdy może się poczuć tak, jak zapewne będzie się czuł na starość — nagły bezdech, gwiazdki w oczach i niemęska słabość. Po tygodniu organizm wytwarza brakujące czerwone ciałka i wtedy subiektywnie przestajemy odczuwać efekt suszy, ale też zwykle kończy się wizyta, jak ta, którą odbyłem uczestnicząc w ubiegłym tygodniu w przeglądzie moich filmów i zajęciach ze studentami na Uniwersytecie zwanym Narodowym. Uniwersytet, jak przystoi w kraju Ameryki Południowej, nosi na murach rewolucyjne hasła i portrety Che Guevary. Obdarza też tytułem doktora honoris causa Chomsky'ego, który w wykładzie z okazji tego tytułu głosi, że jego rodacy, północni Amerykanie, sami są sobie winni zamachów na Manhattanie. Prowadząc zajęcia w gronie młodych filmowców musiałem zamykać okna, bo najpierw moją słabą hiszpańszczyznę zagłuszały petardy, a potem do pomieszczeń wpływał gaz łzawiący rzucany przez policję. Przed laty w trakcie rewolucyjnej fali, która ogarnęła Włochy, mój wybitny kolega po fachu, Pasolini, zwracał uwagę studentom, że sami najczęściej pochodzą z burżuazyjnych rodzin, natomiast ich przeciwnicy, ci w policyjnych mundurach, są najczęściej dziećmi klasy robotniczej. Jeśli przyjąć, że obrazem kraju jest wyobraźnia młodzieży, to obraz ten nie jest wesoły. Kilkudziesięciu studentów przyniosło mi scenariusze, które opowiadały o śmierci i beznadziei. Te najweselsze to historie, które dotyczyły dzieci mszczących się na lalkach za krzywdy doznane od rodziców lub o zmarłych, których w trumnie opluwa najbliższa rodzina. Kraj, który wydał artystów miary Márqueza i Bottero aż kipi od talentów, które dławi powszechna niemożność. Powszechny deficyt władzy (tak to chyba nazywają uczeni) polega na tym, że olbrzymie obszary kraju kontroluje nie rząd, a kto inny — kartele, guerrilla i walczące z nią oddziały paramilitarne, czyli swoista samoobrona miejscowa. Kolumbia ma ludność równie wielką jak Polska, ma świetne uczelnie i znakomite elity, była niedawno dość zamożnym krajem i popadła w dziwny stan rozkładu, z którego mam nadzieję, wygrzebie się. Ale skoro podróże powinny służyć nauce, to przychodzi mi na myśl, że w ojczyźnie też odczuwamy deficyt tego, czym jest państwo z jego prawem i instytucjami, które w zachodniej Europie, w dziewiętnastym wieku tak głęboko wrosły w życie, iż nic im poważnego nie zagraża. U nas natomiast co chwila czujemy powiewy anarchii i sobiepaństwa, które już raz w historii doprowadziły do rozbiorów. W porównaniu z nudnym światem pragmatycznych Anglosasów w Ameryce, Latynosi zachwycają swą fantazją. Litewskiego pochodzenia burmistrz ośmiomilionowej Bogoty wziął ślub występując na słoniu i zorganizował akcje walki o czystość miasta angażując oddziały mimów, którzy na ulicach ośmieszali tych, co rzucali śmiecie na chodnik zamiast do pojemnika. W drugim mieście Kolumbii, dwumilionowym Medellin, gdzie powtórzono mą retrospektywę, przypadkiem spotkany ksiądz z Polski zwierzał mi się, że na spowiedzi raz po raz słucha wyznań ludzi, którzy mają na sumieniu czyjeś życie. A w Bogocie na Xaverianum prowadzonym przez jezuitów inny zsekularyzowany ksiądz z Polski wykłada postmodernizm ucząc, że dobro niczym nie różni się od zła. Bogota leży powyżej Rysów i dlatego brakuje w niej tlenu. opr. JU/PO | ||
wyślij znajomym |
|
|

25/2002
wyślij znajomym