Którędy do Betlejem
dodał: Józef Smosarski | sekcja: Wigilia
dodano: 2007-11-30 11:11:00
...trzeba iść do Wieliczki, potem do Pińczowa,
A z Pińczowa na Bielany, potem do Głogowa,
Zaś z Głogowa do Mogiły będzie już pół drogi,
Weźmiem z sobą ze dwa sadła, by smarować nogi.
Zaś z Mogiły do Szkalmierza, a potem na Tyniec,
A zaś z Tyńca do Betleem, to już drogi koniec.
Wyruszający z okolic Wieliczki wędrowcy kierują się do Pińczowa w obecnym województwie kieleckim, mając do pokonania około 70 km w linii prostej — gościńcem na pewno dalej. Stamtąd idąc ostrym kątem wracają na południe, na Bielany, znów blisko 70 km. Z Bielan do Głogowa Małopolskiego w Rzeszowskiem — około 150 km; droga niemal powrotna, do Mogiły, liczy ponad 130 km. Teraz pasterze wędrują znowu w Kieleckie, do Skalbmierza (dawniej Skarbimierz) — prawie 35 km. Ze Skalbmierza do Tyńca jest niemal 50 km, a stamtąd do Betlejem — dokładnie nie wiadomo, można przypuszczać, że niedaleko, mając na uwadze bliskość sławnych krakowskich świątyń.
Niewykluczone, że mówi się tu o kościółku Bethleem w pobliżu Kalwarii Zebrzydowskiej, o którym wspomina Andrzej Komoniecki w swojej Chronografii, opisując wydarzenia 1717 roku w „państwie żywieckim".
Pomysł błądzenia został zapewne pożyczony z któregoś utworu zaliczanego do literatury sowizdrzalskiej, przedstawiającej „świat na wywrót". Reprezentatywnym przykładem tego rodzaju twórczości jest Peregrynacja Maćkowa. Ów Maciek, mając dość pasania ojcowskiej trzody, umyślił powałęsać się trochę po szerokim świecie, zachęcony opowieściami Stas-ka Porzygałów, który napatrzył się „dziwarnych zecy" będąc „w Węgrzech, około Dukle, po same Jaśliska, w Podolu około Kańcugi, na Wołyniu pod samym Próchnikiem, w Mazosu okoo Opatowca, w Niemcach okoo Bielca, na Śląsku aze po samy Grybów".
W rzeczywistości, jak zauważa Julian Krzyźanowski, jest to terytorium między Karpatami, Wisłą, Dunajcem i Sanem — najczęstszy teren wypraw kompanii sowizdrzalskich.
Nonsens geograficzny to tylko jeden z elementów literackiej koncepcji świata na opak. Obejmuje ona swoim zasięgiem rozmaite płaszczyzny utworu — przejawia się w leksyce, semantyce, frazeologii, składni, stylistyce, we wszystkich warstwach kreowanego świata.
Zarazem nie brak w piśmiennictwie sowizdrzalskim realistycznych szczegółów dotyczących np. obyczajowości i stosunków społecznych, a przedstawionych w sposób humorystyczny i groteskowy w celu zdeprecjonowania wartości usankcjonowanych przez panujący system. „Literatura sowizdrzalska — pisze Stanisław Grzeszczuk we wstępie do antologii tej literatury (Ossolineum 1966) — jest w istocie swej w równym stopniu antyszlachecka, co antymieszczańska. Inaczej niż w tamtych nurtach piśmiennictwa staropolskiego realizm i konkretność faktów i sytuacji przedstawionych nie prowadzi do wniosków moralistycznych, nie służy moralizacji, nie służy zamierzeniom ulepszania świata, lecz raczej w sposób bardziej skuteczny przyczynia się do jego ośmieszenia (...).
Świat literatury sowiźrzalskiej jest światem, w którym realnie istniejące stosunki, sprawy, fakty, ba, nawet instytucje, pojawiają się ustawicznie, lecz albo w wymiarach humorystycznych i parodystycznych, albo w porządku całkowicie zmienionym czy wręcz odwróconym. Odpowiada to potrze bom i dążeniom tych grup społecznych, w których stan istniejący wyzwalał odruchy niezadowolenia i protestu".
Powinowactwo stylistyczne naszej pastorałki z sowizdrzalską koncepcją świata na wspak wydaje się pewne, ale teraz trzeba postawić pytanie, dlaczego element poetyki absurdu znalazł się w utworze dalekim od jakiegokolwiek zaangażowania w sprawy społeczne, nie należącym nawet do repertuaru pieśni kościelnych, a jedynie zalecanym „ku zabawie domowej podczas długich wieczorów świąt Bożego Narodzenia".
Być może, odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać w zwyczajach związanych pierwotnie z okresem przesilenia zimowego, które jako czas niezwykły w porządku natury, znajduje symboliczne odzwierciedlenie na płaszczyźnie społecznej. Zaczyna się ten czas z początkiem Adwentu, nasila po 20 grudnia, gdy Słońce wstępuje w znak Koziorożca i zmierza ku naszej półkuli niosąc zapowiedź „powracania" życia. (Przed reformą kalendarza, przeprowadzoną w końcu XVI w., dzień św. Łucji, która „dnia przyrzuca", przypadał 23 grudnia.)
Kulminacja niecodziennych zdarzeń następuje w święto narodzin Niezwyciężonego Słońca, które religia chrześcijańska umiejętnie połączyła z narodzeniem Chrystusa. W czasie niezwykłym odbywa się kreowanie niezwykłej przestrzeni poprzez wielorakie przygotowania. Stąd przysłowiowe świąteczne porządki, dawniej, zwłaszcza na wsi, obejmujące całe domostwo i obejście, stąd wydzielanie świątecznej przestrzeni dla bożonarodzeniowego drzewka, a także przygotowywanie znacznej ilości sutego, wystawnego jadła.
Zanim nadejdzie czas świąteczny, dopuszczalne są zachowania odwracające normy, które obowiązują w czasie powszednim. Jeśli komuś w noc wigilijną wciągnięto wóz na dach stodoły, nie powinien czuć się obrażony czy wystawiony na pośmiewisko. Nie powinna gniewać się panna na wydaniu, w której domu chłopcy, może zalotnicy, zamalowali okna wapnem, aby w dzień Bożego Narodzenia, kiedy już nie czas na sprzątanie, umyć ich nie mogła. Przed pasterką do kościelnej kropielnicy wlewano atrament, a podczas nabożeństwa chłopaki niepostrzeżenie zszywali odzienia stojących obok siebie osób, które potem śmiech budziły nie mogąc się od siebie oderwać. Również ksiądz mógł być obiektem zabawy polegającej na obsypywaniu go owsem lub grochem. W społeczności wiejskiej kapłan był uważany za przedstawiciela boskiego porządku, był tym, któremu z urzędu należy się poważne traktowanie, a zatem włączenie go w krąg zabawy wokół niego skoncentrowanej można uważać za przejaw świadomego naruszenia normy społecznej, mającej w dodatku sankcję nadprzyrodzoną. Obrzucanie ziarnem — symbolem życia — miało też na celu dodanie mu energii życiowej, którą tracił praktykując posty i umartwienia, jakich wymagało przebywanie w sferze sacrum.
Podczas Godów chodzili dawniej, dziś coraz rzadziej, przebierańcy śpiewający kolędy, nosili szopki i gwiazdy, a w ich korowodzie pojawiały się zwierzęta, np. turoń, koza, niedźwiedź, bocian. Celem przebierania się było upodobnienie kolędników do istot zamieszkujących inny świat, „tamten" świat, władny w czasie niezwykłym odwracać normalny porządek ziemskiego życia poprzez uczestniczenie w nim.
W noc wigilijną — najdłuższą w roku, najbardziej niezwykłą i tajemniczą — dopełnia się czas kosmiczny i ludzki. Rozmaite wierzenia i zwyczaje wyrażają tę samą ideę: wszechświat, ziemia, wszyscy jej mieszkańcy oraz istoty pozaziemskie łączą się ze sobą, wspólnie przeżywając misterium narodzenia Boga.
Rozmaite są drogi do Betlejem; niektóre wiodą przez chaos, zbaczają na manowce, ale w końcu doprowadzą do celu.
Fragment książki „Świętowanie doroczne w Polsce” Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 1996 r.












