Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Obrok w muzeum

W odległych czasach mojego dzieciństwa dorożka nie była dekoracyjnym rekwizytem dla turystów Starego Miasta, ale autentycznym środkiem lokomocji, szlachetniejszym i droższym niż okupacyjna ryksza, która miała ludzki, a nie koński napęd. Na podobieństwo dorożki, powracającej jako pojazd zabawowy w paru metropoliach rozwiniętego świata, pojawiły się ostatnio ludzkie ryksze i to zupełnie prymitywne, bo nie sprzężone z rowerem, tylko autentycznie ciągnione przez człowieka. Obserwowałem je niedawno w Toronto zastanawiając się, jakie przesłanie dla uczniów Marksa i Freuda niosą zgrabne, rosłe, białe dziewczyny w elastycznym sportowym obuwiu ciągnące po ulicach kanadyjskiego miasta wózek z rodziną przybyszów z innego kontynentu, na którym dotąd tubylcy byli niewolnikami, a biali panami świata.

Dorożka konna bardziej niż taksówka była przedmiotem dziecinnej fascynacji. W pierwszych latach po wojnie służyła do podróży o wyjątkowym charakterze. Przede wszystkim z dworca i na dworzec, kiedy w grę wchodziły bagaże i normalna podróż tramwajem stawała się niezwykle uciążliwa. (Któż pamięta dziś powojenne tramwaje z winogronami na stopniach?). Zdarzały się też czasami podróże dorożką w nagrodę za dobrą cenzurkę, przy przejściu do następnej klasy i chyba (jeśli to dobrze pamiętam) z okazji Pierwszej Komunii. Kiedy pojawiły się pierwsze zakupy przedmiotów, które nie mogły zmieścić się w bagażniku taksówki marki Warszawa (mam na myśli pralki i lodówki), dorożki już uległy prawom socjalizmu i jako zacofana prywatna inicjatywa zginęły z pola widzenia, przynajmniej w warszawskim śródmieściu. Pamiętam natomiast z rodzinnych opowieści, że mój wuj, który przed wojną budował samoloty (wynajmując w tym celu barak przy lotnisku na Polach Mokotowskich), udawał się dorożką na dworzec kolejowy, ilekroć dostawał wiadomość o tym, że przyjechał zamówiony za granicą silnik do samolotu.

Kontrast konia z silnikiem a dorożki z samolotem zasadza się na tym, że pomijamy samochód jako etap przejściowy.

W mojej pamięci dorożka w środku miasta była nawiązaniem do przyrody. W przeciwieństwie do tramwajów, autobusów czy taksówek napęd dorożki nawiązywał do wsi, a w ramach przyrody ożywionej miał powinowactwo z człowiekiem. Kiedy słyszę, jak kierowca samochodu zarzyna silnik, jak piłuje pod górę na za wysokim biegu, jak hamuje niszcząc ogumienie, jest mi żal urządzenia, ale to uczucie jest stosunkowo słabe — zgoniony koń dorożkarski budził gorące współczucie, pamiętam ojca, który gromił podchmielonych woźniców za to, że nadużywają bata czy nazbyt brutalnie hamują. Na postoju koń dorożkarski, jeśli parował, musiał być przykrywany derką, i wtedy też w różnych punktach miasta widać było woźniców dźwigających z jakiejś bramy wiadro z wodą (zgrzanego konia nie wolno nigdy poić, chyba że się go natychmiast znów zapoci). Poza pojeniem było jeszcze karmienie. Na dorożce musiał leżeć wór z obrokiem, a ponieważ służba nie drużba — nie wiadomo nigdy, kiedy nadejdzie klient — więc w każdej przerwie koń podjadał. I to właśnie różniło go od stajennego konia, który zwykł dostawać obrok regularnie, w tych samych godzinach, w tym samym stajennym żłobie.

Wszystkie te myśli przychodzą mi do głowy w trakcie licznych podróży, w których zauważam, że naturę dorożkarskiego konia przejmuje coraz więcej ludzi spotykanych w różnych miastach świata. Coraz częściej widzę w ich kieszeniach czy plecakach butle z wodą lub jakimś napojem i coraz częściej obserwuję ciągłe popijanie w drodze. Coraz częściej też w muzeach czy bibliotekach pojawia się napis: „No drinks”, a czasem: „No food”. Chyba nigdy nie widziałem dodanego na końcu słowa „please”, więc widać zakaz jest kategoryczny i nie oznacza prośby.

Sama przemiana obyczaju jest czymś najzupełniej obojętnym — człowiek z workiem własnego obroku i zasobem koniecznych płynów jest po prostu samowystarczalny, ale w miarę jak coraz łatwiej jest zaspokoić potrzebę jedzenia i picia w niezliczonych miejscach sprzedaży, ta mania ciągłego popijania i podjadania wydaje się znakiem rozlazłości, co wielu kojarzy się z luzem, ale mnie przywodzi na myśl raczej obraz niepozbierania, niesprawności, rozmemłania, czyli wszystkiego, co lokuje się na przeciwnym biegunie do pozbierania czy wręcz dyscypliny jako harcerskiej sprawności. Muszę przyznać, że jest jakimś zastanawiającym znakiem czasu, że harcerska sprawność dyscypliny nie jest obecna w popularnej modzie.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura polityka społeczeństwo godność podróże wakacje Zanussi