|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | Trzeba ich tylko kochaćJakże chętnie i powszechnie głosi się w Polsce opinie, że cała nasza młodzież, szerzej: młodzi ludzie, jest zdemoralizowana, niezdolna do żadnych uczuć, po prostu nic niewarta. Przykro, że z taką generalizującą oceną można się spotkać również ze strony osób skądinąd mądrych i szanowanych. Oczywiście, jest i taka młodzież. Ale uogólnianie podobnych opinii wręcz uwłacza godności tej części (wcale nie tak małej!) młodych ludzi, którzy żyją i postępują rozumnie i moralnie - a więc normalnie. Rzecz w tym, by stało się to normą szeroko uznawaną i przestrzeganą przez młodzież. Jest ona w Polsce przecież taka sama, jak dorosłe społeczeństwo. Odpowiedzialność jednak za jej wychowanie spada na każdego z nas. Ale to zaledwie szlachetny slogan. W jaki sposób praktycznie postępować z młodzieżą, jak pomóc jej żyć - nie tylko radośnie i beztrosko, także według pewnych niepodważalnych zasad, moralnie i odpowiedzialnie - po prostu mądrze? Nade wszystko trzeba się nauczyć prawdziwie kochać tych młodych ludzi. Kochać takich, jakimi są. Kochać te ich głupie i bezradne, często zagubione, kilkanaście czy dwadzieścia lat. Bez takiej miłości można sobie z góry darować wszystkie wysiłki. Trzeba również umieć uszanować pragnienia i "ukochania" młodzieży, jej ambicje (jakże różne!), a przede wszystkim jej uczucia, jej życie wewnętrzne. Wyrzec się radykalnie wszelkiej ironii wobec "najważniejszych" potrzeb młodych ludzi, a także wyrzec się, często niestety spotykanej, pogardy dla tego, czym żyją na co dzień. Przestać nachalnie "prowadzić ich za rękę", przestać traktować prawie dorosłego dryblasa czy też dorastającą pannicę, jak dziecko, które wymaga codziennej opieki. "Mali", niedorośli, to oni byli w szkole podstawowej, teraz trzeba ich uczyć - i wymagać! -odpowiedzialności, lojalności i solidarności z dorosłymi. l trzeba wreszcie zdjąć ten szklany klosz, pod którym dotychczas żyli. Niech teraz samodzielnie ponoszą odpowiedzialność za swoje postępowanie, za własne wybory i decyzje. Więc jakże to - przestać się nimi kompletnie interesować? Wręcz odwrotnie! Przyglądać się bardzo wnikliwie, ale też bardzo dyskretnie, ich codziennemu życiu i postępowaniu. Uczyć (delikatnie!) właściwej hierarchii wartości, nie "truć", nie moralizować teoretycznie, ale np. otwarcie wypowiadać się, zgodnie z własnym przekonaniem, na temat tego całego śmiecia, jakim od rana do nocy karmi ich telewizja. Nie bać się, nie krępować! Jednocześnie dać im szansę samodzielnego odróżniania rzeczy wartościowych od codziennego chłamu telewizyjnego. I tłumaczyć, że przecież ktoś świadomie organizuje i przyrządza ten chłam - po to, aby widzowie, zwłaszcza młodzi, byli "zadowoleni" i "szczęśliwi", a więc wygodni i bezpieczni dla rządzących, a w efekcie - po prostu zniewoleni. Wreszcie sprawa być może najważniejsza. Jak traktować tzw. zapędy miłosne młodych ludzi? Przede wszystkim jako rzecz oczywistą, normalną. Jako dobrą lekcję odpowiedzialności, pod warunkiem jednak, że oboje młodzi uważają wzajemną sympatię za coś dla nich ważnego, ładnego, za coś bardzo cennego. Wtedy nic, tylko przytaknąć, "przystać na to", Zaaprobować! I delikatnie napomknąć właśnie o odpowiedzialności, już także za tę drugą osobę. I zwracać baczną uwagę na kulturę postępowania wobec siebie dwojga młodych ludzi. Obserwować nie po to, aby tępić tę wczesną miłość, ale właśnie, żeby ze spokojem ją akceptować. Nie "cierpieć" też, broń Boże, razem z dorastającym chłopcem czy dziewczyną Iz tego powodu, że "jedno drugie rzuciło". (Jest to bardzo często spotykana praktyka nadopiekuńczych mamuś). Takie rozstania znakomicie uczą umiejętności wyboru, poszukiwania tego, co naprawdę ważne i wartościowe. Niech młodzi przy okazji nauczą się także wzajemnego szacunku. A może również zaczną się na przykład zastanawiać, na czym polega prawdziwa wolność i czym jest wolna wola dana człowiekowi przez Boga? Od lat obserwuję w moim kościele, w wielkim mieście, pewne budujące zjawisko. Rzadkie. Otóż, młodzi ludzie (znani mi najczęściej tylko z widzenia), którzy "chodzą ze sobą" od wielu miesięcy, a nawet przez lata, co tydzień wspólnie przystępują do Komunii św. Wygląda na to, że oni już zrozumieli, już pojęli, na czym polega prawdziwa miłość. Że oni właśnie tak cierpliwie i jednocześnie z radością oczekują momentu, kiedy połączy ich sakrament małżeństwa i kiedy się staną najbliżsi sobie również fizycznie. Z reguły biorą ślub - i przecież nie dlatego, że "muszą"! Jest więc u nas także taka młodzież: moralna i myśląca - mądra. Czy staje się taka samodzielnie, czy też może zasługa w tym rodziców, wychowawców, Kościoła? A może wszystkich naraz? Myślę, że jest to jednak przede wszystkim zasługa samych młodych. I to właśnie jest piękne. IRENEUSZ KASPRZYSIAK Copyright by Moja Rodzina, nr 1/2000 opr. TG/PO |
