|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | Synowie biją ojcaSynowie zbili ojca do krwi, wyrzucili z gospodarstwa. Fakt ten wydarzył się w Zalesiu (Wielkopolska) w rodzinie Karasiów. Dzieci mówią, że ojciec był dla nich niedobry. Że właśnie tak musieli postąpić. „Niedobry” ojciec Czesław Olszewski nie zmarnował swoich lat na niczym. Ożeni) się. Otrzymane w posagu przez żonę gospodarstwo schorowanych teściów zastał zaniedbane. Z każdego kąta wyglądała bieda. Zabudowania zrujnowane. Wydatków moc. Zakasał rękawy, pracował za dwóch, dorabiał na państwowym etacie. Zdrowie - dzięki Bogu - dopisywało w tym zmaganiu się z przeciwnościami losu. Wkrótce wystawił dom, potem oborę. - Dla kogo tak się Karaś zabijasz? - pytali sąsiedzi. - Jak to dla kogo? - odpowiadał. - Dla dzieci. A dzieci przybywało. Jak w porzekadle - „co rok, to prorok”, W sumie - siedmioro. Nie oszczędzała się w pracy również jego żona Maria. Była zawzięta na robotę tak jak on. Znaleźli się w korcu maku -mówili o Olszewskich sąsiedzi. Olszewscy pragnęli też dać dzieciom wykształcenie. Niestety siódemka latorośli w nauce orłami nie była. Tylko najstarszy syn Czesław ukończył technikum rolnicze. Młodszy Franek zakończył edukację na szkole podstawowej. Pozostał na gospodarstwie. Janek dwa lata powtarzał tę samą klasę w zasadniczej szkole zawodowej i w końcu powrócił na wieś do ojca. Jurek uczył się w Poznaniu fachu malarskiego. Poprzestał na dwóch klasach. Najmłodszy Genek ukończył z mozołem 3-letnią zawodówkę. Po jej ukończeniu cały czas przebywał u niedobrego taty. Dopiero niedawno podjął się pracy w charakterze kierowcy. Pozostały jeszcze dwie córki. Marysia wstąpila do zakonu, Halinka wyszła za mąż za rolnika z pobliskiej wsi. W pracy Czesław (senior) Olszewski nie oszczędzał się. - Od trzeciej rano - mówią sąsiedzi - można już było zobaczyć go krzątającego się po podwórzu, w obejściu, w oborze. Rankiem budził do roboty synów Czesława i Franka. Był wymagający w robocie wobec innych, ale jeszcze bardziej wobec siebie. Który z was się ożeni - mówił owdowiały ojciec do synów -przyprowadzi gospodynię, zaraz odpiszę mu gospodarstwo u rejenta. Synowie nie kwapili się jednak do żeniaczki. Wobec tego - po dwóch latach od śmierci żony - ożenił się sam. Dzieci nie były temu przeciwne. Zaczęło się dla rodziny Olszewskich inne życie. Na każdym kroku widać było rękę gospodyni. Na czas przygotowane dla całej rodziny jedzenie, bielizna dla wszystkich wyprana. W domu było czysto i schludnie. Wszystko na swoim miejscu. Ojciec jednak nie przestał nakłaniać synów do ożenku, zapewniając, że po ślubie odpisze gospodarstwo. Amerykanin Wszystkie zło przez tego „Amerykanina” - mówią we wsi. On miał zbuntować synów przeciwko ojcu. Pod koniec maja ubiegłego roku zjawił się u Olszewskich w Zalesiu 40-letni mężczyzna. Podawał się za krewnego z Ameryki; rzekomo był lekarzem i naukowcem. Nie przyjechał jednak fordem, ubrany był skromnie, dolarów też nie miał. Stówo „Amerykanin” na wszystkich podziałało niczym magnes. Przybysz najlepiej czuł się w towarzystwie synów, szczególnie w towarzystwie najmłodszego rosłego Genka. Elokwentny. Chłopaki patrzyły w niego jak w obraz. Pobyt „krewniaka” zaczął się przedłużać. Zajęty był leczeniem ludzi „najnowocześniejszymi” amerykańskimi środkami. Kuracja polegała na ziołowych kąpielach w beczce (zioła kupione w „Herbapolu”). Honoraria różne, w zależności od zamożności rolnika. Często do pięćdziesięciu złotych od zabiegu. Najmłodszy syn Genek i najstarszy Czesiek dowozili doktora do pacjenta motocyklem i werbowali następnych. Doktor rewanżował się skromnymi prezentami. Interes nieźle się rozwijał. Czas zaczął pracować na korzyść „krewniaka” z Ameryki. Buntował on synów przeciwko ojcu. Mówił, że ojciec powinien płacić im za pracę tzw. dniówkę. Współczuł im, że są krzywdzeni, gdyż pracują za darmo. Ubolewał, że gospodarstwo po matce i ojcu stanie się własnością obcej kobiety, macochy. Obiecał postawić im oborę - cud świata, ale... towarzyszyła mu obawa, że macocha zagarnie ją dla siebie. Aby temu zapobiec, widział tylko jedno wyjście - wypędzić z gospodarstwa obcą „babę” i niedobrego ojca. Poglądy „Amerykanina” najbardziej przypadły do gustu najstarszemu z synów Cześkowi. W tym czasie stary Olszewski miał pełne ręce roboty. Synowie natomiast wylegiwali się do południa w łóżku bądź opalali w ogrodzie przy dźwiękach muzyki disco-polo. Ojciec zmuszony był wynajmować do pomocy w pracach polowych obcych ludzi. Napięcie osiągnęło szczyt w połowie czerwca ubiegłego roku. Macocha z sąsiadką idą do pielenia ziemniaków. Synowie Olszewskiego Czesław i Franek zastępują im drogę. - Co ty tu zostawiłaś? Twoja noga ma tu nie postać więcej... Taka owaka. Sypią się wyzwiska i przekleństwa pod jej adresem. - Uciekaj, sąsiadko, bo cię zabiją - nawołuje Justyna Wiśniewska. Na ratunek żonie przybiega mąż. Czesiek i Franek obalają ojca na ziemię. Biją, kopią, gdzie popadnie. Leje się krew. Zwyciężają silniejsi. Detronizują dotychczasowego władcę -właściciela gospodarstwa. Odmawiają ojcu i jego żonie, pod groźbą zabicia, miejsca w jego własnym gospodarstwie. Zwycięża bezprawie i nieludzka przemoc. Na miejscu ojca osiada w zagrodzie najstarszy syn Czesław. Bracia słuchają jego rozkazów. A gdy „jankesowi” nudzi się wieś i disco - polo, bierze najmłodszego krewniaka Genka na wycieczkę po Polsce, by - zanim wyjadą do Ameryki - pokazać mu kawał świata. Tymczasem?... Czesław Olszewski przebywa w Wiśniewie u pasierba, syna żony. Czuje się pokonany, ale nie zwyciężony. Zamierza sądownie dochodzić swoich praw do gospodarstwa, którego czuje się prawowitym właścicielem. „Amerykanin” gości w Zalesiu trzy miesiące, aż do aresztowania. Trwa przeciwko niemu śledztwo. Ma stanąć przed sądem za poważne przestępstwa popełnione w różnych częściach kraju... Obojętność Wyrzuciliście ojca z gospodarstwa, którego był prawowitym właścicielem... - zaczynam z synami rozmowę. Oni zaś z oratorskim zapałem prezentują swoje racje. Starają się macochę i ojca przedstawić w jak najgorszym świetle. Jeden przez drugiego mówią o ojcu, że tyran, sknera, skąpiec, kazał robić, a nie dawał grosza, głodził, nie pozwalał im żenić się. Rozmawiałem długo. Nie przekonałem ich ani oni mnie. Wszyscy pozostali przy swoich racjach. Sąsiedzi jak to sąsiedzi: - Jak źle było im u ojca - mówi jedna z nich - to po co tu siedzieli? Przecież to nie dzieci, a stare konie. Polska nie kończy się na Olszewie. Mogli pojechać w świat za robotą, tak jak postępują inni. Dwóch z nich było w kopalni na Śląsku, ale szybko stamtąd powrócili do niedobrego taty. Najstarszy z nich Czesiek, co potrafi prawić jak rejent, też długo tam miejsca w pracy nie zagrzał. - Wmawiają mi - mówi żona Olszewskiego - że chciałam zawładnąć ich gospodarstwem. Nie chcę go. Mam swoje trzy hektary i nie wiem, czy nie przyjdzie mi ich oddać na skarb państwa za rentę. Janina Waśniewska, dyrektorka szkoły podstawowej w Olszewie wyraża się o Czesławie Olszewskim w samych superlatywach. Jej zdaniem to człowiek pracowity, stateczny obywatel, dobry ojciec i mąż. Chciał dobra dzieci. Podobne zdanie słyszałem od innych sąsiadów. Tylko sołtys przyznaje rację dzieciom. Ani słowa potępienia za pobicie ojca, za wyrzucenie go z gospodarstwa, za niecny występek... Dramat Czesława Olszewskiego rozgrywa się przy całkowitej bierności wsi i miejscowych władz. Miejscowi twierdzą, że w sprawy rodzinne nie trzeba się mieszać. Wyraziła to osobliwie Krystyna Kowalska, jedna z mieszkanek: Gdzie się swoje psy kąsają, niech się cudze nie mieszają. Prezes Sądu Powiatowego w G., komentując cale zajście, mówi: - Poza sferą paragrafu istnieje jeszcze prawo moralne, z którego tak niechętnie, by nie narazić się środowisku, korzystają przewodniczący gminnych i powiatowych rad narodowych. Jeśli dzieje się komuś krzywda, trzeba go brać w obronę, bez zagłębiania się w przepisy i długiego oczekiwania na wyroki sądowe oraz odgórne wytyczne władz. Taki ludzki odruch pomocy powinien u każdego z nas wypływać z poczucia sprawiedliwości, lądu i bezpieczeństwa. Nic odjąć, nic dodać. Prawo jest za nim Bezprawne wyrzucenie z ziemi boli, zwłaszcza, że uczyniły to własne dzieci. Teraz Czesław Olszewski dochodzi swoich praw sądownie. Za pobicie sąd w G. wymierzył winowajcom na rzecz poszkodowanego odpowiednią karę pieniężną. Druga sprawa o prawo zamieszkania we własnym domu również wypadła korzystnie dla Czesława Olszewskiego. Jednak ziemię nadal użytkuje bezprawnie syn Czesław z braćmi. - Niech Olszewski złoży u nas pismo - mówi prokurator z G. o możliwości przywrócenia mu gospodarstwa. Jest jego właścicielem i prawo jest za nim. Jesteśmy tego samego zdania. Samowoli tolerować nie można. STANISŁAW CZERWIŃSKI PS. Nazwiska i imiona osób występujących w reportażu zostały zmienione. Copyright by Moja Rodzina, nr 5/2000 opr. TG/PO |
