|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | Studia z głowąBezrobocie wśród młodych ludzi wciąż wzrasta. Skargi na brak perspektyw i satysfakcjonujących warunków pracy słychać zarówno w wielkich aglomeracjach, jak i w małych miejscowościach. Rynek pracy jest coraz bardziej wymagający, a konkurencja rośnie z każdą chwilą. Aby w takich warunkach osiągnąć sukces zawodowy, konieczna jest już nie tylko wiedza, ale i przygotowanie praktyczne. Pierwszym krokiem do sukcesu jest trafny wybór studiów. Tymczasem tę ważną decyzję pozostawia się często przypadkowi. Młodzi ludzie rzadko mają sprecyzowane pojęcie na temat własnych uzdolnień. Niewielu jest pasjonatów, którzy "od zawsze" wiedzieli, co chcą w życiu robić. Decyzja o wyborze studiów ogranicza się do wybrania kilku kierunków i zdawania na nie w różnych terminach. Dla wielu wybór uczelni to ruletka - będą uczyć się tam, gdzie uda się im dostać. Inni kierują się zdaniem otoczenia lub... emocjami. - W wieku dziewiętnastu czy dwudziestu lat trudno mądrze i samodzielnie wybrać kierunek studiów - uważa Małgorzata Bojanowska z warszawskiej poradni dla młodzieży LIVE. - Dlatego przychodzi do nas młodzież, która nie chce popełnić w życiu wielkiego błędu, nie chce wybrać nieodpowiednich studiów. Podobnych poradni jest w Polsce wiele. Przeprowadzają np. testy predyspozycyjne, które pozwalają ocenić, w jakim kierunku młody człowiek powinien się dalej kształcić. Doradzają też, jak się uczyć wydajniej, pomagają przełamywać bariery nieśmiałości czy strachu przed egzaminatorem. - Młodzież odczuwa obecnie wiele lęków, obaw, frustracji. Potrzebny jest obiektywny i fachowy doradca - uważa M. Bojanowska. Tata wie lepiej? Według M. Bojanowskiej część młodzieży podejmuje decyzję o wyborze studiów pod wpływem rodziny. Najczęściej rodzice namawiają dzieci, by zdawały na kierunki elitarne, a więc dające dobrze płatny zawód. Jeśli w ten sposób wybrane studia zgadzają się z zainteresowaniami młodych ludzi, wszystko jest w porządku. Gorzej, gdy rodzice w dobrej wierze skazują dziecko na pięć lat nauki, która nie przynosi satysfakcji. Na przykład dzieci lekarzy, prawników czy architektów, często zmuszane do kultywowania rodzinnych tradycji, na złość rodzicom wybierają zupełnie "niepraktyczne", hobbystyczne studia. - Mój syn właściwie nigdy nie interesował się tym, co robimy z mężem. Mimo to byliśmy pewni, że tak jak my zostanie prawnikiem. W domu o innych studiach dla niego nawet się nie wspominało. Jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz po maturze syn oznajmił, że zdaje na filozofię - opowiada Anna z Warszawy, matka studenta IV roku. - Jesteśmy dobrze sytuowani, więc syn będzie w przyszłości zabezpieczony finansowo. W innym przypadku bałabym się o niego. Nie przypuszczam, żeby jako dyplomowany filozof utrzymał siebie i rodzinę. Zamiast "odgórnych" wyborów, rodzice powinni już w szkole średniej ukierunkowywać młodego człowieka, starając się poznać jego zdolności i zainteresowania. Trudna sytuacja materialna większości polskich rodzin wymaga też wcześniejszego przeanalizowania rodzinnego budżetu. - Rodziców nie stać byłoby na zapłacenie całego czesnego studiów zaocznych, które chciałam podjąć - mówi Asia Woźniczka, studiująca stosunki międzynarodowe i polonistykę. - Dlatego pracowałam w czasie wakacji i zarobiłam większość potrzebnej sumy. Resztę dostałam od rodziców. Rodzinne dyskusje na temat przyszłych studiów nie powinny być też prowadzone w ostatniej chwili, w atmosferze zdenerwowania, ani tym bardziej paniki. - Wstyd się przyznać, ale przed składaniem papierów na studia cały dom "chodził na głowie" - mówi Dorota z pedagogiki w Olsztynie. - Do końca maja nie wiedziałam, gdzie zdawać, wciąż zmieniałam decyzję. Rodzina nie wytrzymywała moich humorów i złego nastroju. Ciągle wybuchały jakieś kłótnie i nieporozumienia. Wszystko przez to, że wcześniej unikałam rozmów z rodzicami na temat studiów. Górą uczelnie państwowe Według miesięcznika "Perspektywy" najlepszą uczelnią w Polsce jest Uniwersytet Jagielloński. Zaraz za nim plasuje się Uniwersytet Warszawski, a po nich Politechnika Warszawska, poznański Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie i Politechnika Wrocławska. Najlepszą w Polsce prywatną uczelnię im. Leona Koźmińskiego w Warszawie sklasyfikowano dopiero na 35. miejscu rankingu. Tygodnik "Wprost" na pierwszym miejscu postawił natomiast Uniwersytet Warszawski, a zaraz potem Jagielloński. W obu przypadkach widać jednak wyraźnie, że uczelnie prywatne nie osiągnęły jeszcze poziomu państwowych. Uczelnie państwowe, z długoletnimi tradycjami, cieszą się wciąż rosnącą renomą. Panuje też opinia, że pracodawcy chętniej zatrudniają absolwentów uczelni państwowych. Brak pieniędzy i coraz więcej osób przyjmowanych na studia sprawia, że uczelnie borykają się z problemami lokalowymi. Studenci są skazywani na naukę w przepełnionych salach, często zagrzybionych, wśród starych i sfatygowanych sprzętów. - Wykłady w Instytucie Dziennikarstwa UW prowadzone są w sali tak dusznej i małej, że po pół godzinie wszystkie okna są całkowicie zaparowane. Wentylację można włączyć tylko kiedy nie pada deszcz. W przeciwnym razie woda kapie na osoby siedzące w pobliżu - żali się jeden ze studentów. Podobne warunki panują na innych wydziałach i uczelniach. Może jednak prywatna? Ustawa o szkolnictwie wyższym z września 1990 roku umożliwiła tworzenie szkół niepaństwowych. Na początku lat 90. powstawały dwie, trzy szkoły w ciągu roku. Jednak już w 1997 r. utworzono aż 37 prywatnych uczelni wyższych. Dzięki temu liczba studiujących w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo wzrosła, i nadal rośnie. W roku akademickim 1991/1992 uczelnie prywatne kształciły 865 osób, ale osiem lat później, w roku 1998/1999, ponad 308 tys. To około 25 procent wszystkich studentów. Filie szkół prywatnych rozsiane są po całym kraju. Dla młodzieży z prowincji oznacza to możliwość nauki na poziomie szkoły wyższej w pobliżu miejsca zamieszkania. Natomiast fakt, że na wiele z nich nie trzeba zdawać egzaminów wstępnych, pozwala studiować tym, dla których egzaminy byłyby barierą nie do przekroczenia. Oto plusy wyboru szkoły prywatnej. Okazuje się jednak, że minusów jest więcej... W pierwszych latach działalności uczelni niepaństwowych większość ich studentów odbywała studia w systemie dziennym. Teraz jednak prywatne studia dzienne nie są zbyt popularne. Młodzi ludzie chcą pracować równocześnie się ucząc, dlatego wybierają zajęcia wieczorowe bądź zaoczne. W ubiegłym roku akademickim studiujących w trybie dziennym było już tylko 20,8 procent. Jest to niezgodne z zapisami w statutach zatwierdzanych przez Ministra Edukacji Narodowej oraz z dyspozycjami ustawy o szkolnictwie wyższym. W założeniu bowiem podstawowym systemem nauczania na uczelniach wyższych są studia dzienne. - Studia zaoczne i wieczorowe traktowane są z przymrużeniem oka zarówno przez uczniów, jak i wykładowców. Zajęcia są prowadzone niestarannie, a egzaminy w części przypadków to farsa - mówi jeden z doktorów Uniwersytetu Warszawskiego i równocześnie wykładowca na uczelni prywatnej, pragnący zachować anonimowość. - Studentom chodzi o otrzymanie "papierka", a wykładowcom o dodatkowe dochody. Niedawna kontrola NIK wykazała, jak wiele uczelni prywatnych odbiega od światowych standardów. Katastrofalnie prezentuje się sytuacja kadrowa uczelni: większość nie dysponuje własną kadrą i zatrudnia wykładowców uczelni państwowych. Kontrola MEN z 1998 roku w Wyższej Szkole Hotelarstwa i Gastronomii wykazała, że egzaminatorzy studentów to w większości osoby "posiadające tytuły zawodowe magistrów (...), licencjatów i inżynierów". Wykładowcy szkół niepaństwowych to często osoby w podeszłym wieku. Na przykład prawie jedna trzecia profesorów i doktorów habilitowanych Bałtyckiej Wyższej Szkoły Humanistycznej w Koszalinie jest w wieku 70-80 lat. W tej samej szkole, na kierunku administracja, zatrudniona była tylko jedna osoba, którą można zaliczyć do specjalistów z tego zakresu. Pozostali powinni wykładać... wojskowość, ekonomię, kulturoznawstwo czy cywilistykę. To tylko kilka przykładów nadużyć w uczelniach niepublicznych. Nie znaczy to jednak, że nie warto interesować się szkołami prywatnymi. Wiele z nich jest prowadzonych na przyzwoitym poziomie. Oprócz Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania w Warszawie dobrą opinią cieszą się m. in. Wyższa Szkoła Biznesu - National--Louis University w Nowym Sączu czy Wyższa Szkoła Humanistyczna w Pułtusku. Mimo wysokiego czesnego przyciągają one studentów atmosferą, wygodnymi salami wykładowymi czy wyposażeniem pracowni. Wybierając uczelnię niepaństwową, należy wcześniej jak najdokładniej ją poznać. Zebrać opinie o niej, poznać przyszłych nauczycieli i ewentualnych absolwentów. Nie wolno ulegać reklamom szkół, gdyż zamiast obiecywanych złotych gór (za odpowiednio wygórowane czesne), można uzyskać niewiele. Modne studia Od kilku lat ogromne rzesze maturzystów chcą studiować public relations, zarządzanie i marketing. Istnieje bowiem opinia, że te kierunki dają szansę szybkiej kariery, a co za tym idzie, dużych pieniędzy. - Sądzę, że marketing, który chcę studiować, to zawód ciekawy i z przyszłością. Krajowy rynek pracy ciągle potrzebuje specjalistów z tej dziedziny - twierdzi Marcin Grzelewski, uczeń trzeciej klasy jednego z podwarszawskich liceów. Jednak najprawdopodobniej za kilka lat rynek pracy przepełni się absolwentami zarządzania i marketingu. Poza tym wykształcenie przyszłych specjalistów od public relations i innych nowych kierunków pozostawia wiele do życzenia. - Decydując się na studiowanie tych kierunków w Polsce, trzeba dobrze zastanowić się nad wyborem szkoły. Na razie mamy w kraju mało nauczycieli specjalistów, dlatego poziom nauczania wielu szkół nie jest wysoki. Konieczne jest formowanie wyspecjalizowanej kadry - uważa Małgorzata Bojanowska z poradni dla młodzieży. - Polskie szkoły marketingu i zarządzania nie spełniają jeszcze standardów światowych. Kontrola NIK zdaje się potwierdzać to zdanie. Szkoły te rzadko dysponują specjalistami z tytułami profesora i doktora habilitowanego, zatrudniają więc osoby z niższymi kwalifikacjami lub specjalistów z innych dziedzin. - Dziwi mnie pęd do kierunków typu marketing i zarządzanie - mówi M. Bojanowska. - Pracuję jako szkoleniowiec w wielu firmach i ciągle spotykam się ze zdaniem, że do marketingu potrzeba osób z zupełnie innych wydziałów. Cenieni są prawnicy, socjologowie, absolwenci kierunków społecznych. Umiejętności absolwentów marketingu i zarządzania są generalnie oceniane bardzo nisko. Kasa czy ideały? W ubiegłym roku akademickim na dzienną ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim zdawało średnio 14,5 kandydata na jedno miejsce. O jeden indeks socjologii i informatyki ubiegało się ok. 15 osób, a żeby dostać się na anglistykę, trzeba było pokonać ponad 13 konkurentów. Wymienione kierunki uważane są za dobrze płatne w przyszłości. Czy to znaczy, że młodzież kieruje się tylko chęcią szybkiego wzbogacenia się. Dane na temat studiów "niepraktycznych" zdają się tę tezę potwierdzać. Jedynie 1,4 osoby zdawało w roku ubiegłym na Wydział Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UW. O indeks filozofii walczyły niewiele ponad dwie osoby, a filologii klasycznej 1,4. Wydaje się więc, że młodzież patrzy w przyszłość bardzo rzeczowo, pragmatycznie oceniając, czy studiowanie danego kierunku po prostu się "opłaci". Czyżby młodzieńcze ideały zginęły bezpowrotnie? - Młodość jest równoznaczna z pięknymi ideałami - uważa jednak M. Bojanowska. - Nawet te osoby, które buńczucznie najważniejszym celem nazywają zrobienie "kasy", w bardziej osobistych rozmowach mówią właśnie o ideałach. W rodzinnych domach widzieli ubóstwo i ciężko spracowanych rodziców. Zwierzają mi się, że chcą zdobyć majątek dla najbliższych, by w przyszłości móc żyć godniej. AGATA PYKAŁO Copyright by Gość Niedzielny, nr 24/2000 opr. TG/PO |
