|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | PyskówkaOhoho, coś mi się widzi, że moje cielątko przestaje być słodką dziewczynką. Do drzwi naszego domu już się dobija czas dojrzewania z rozmaitymi tego objawami. Cóż, latka lecą nie tylko matkom, ale i pociechom. Kończy się spanie z misiem w objęciach, kończą się dziecinne, drobne problemy, a zaczynają „schody". Mówiąc prawdę, już ta moja opowieść winna nosić tytuł „Matka i nastolatka"... Gotuję zupę. Zwyczajną, ziemniaczaną. Pycha zupeńka, pełna warzyw, pachnąca, ulubiona. Stawiam na stole. Dziewczę właśnie wróciło ze szkoły, umyło łapięta i zmierza do talerza. Nagle krzywi się, odskakuje jak poparzona i wota: - Ja tego jeść nie będę! - A to dlaczego? Jedz słoneczko, to twoja ulubiona ziemniaczana... - Wcale jej nie lubię! Nie znoszę! Jakieś tam warzywa — mówi podniesionym tonem, ciągle skrzywiona, jakby połknęła cytrynę. - Ale lubiłaś. Jeszcze w tamtym tygodniu - oponuję. - Nie będę tego jeść! - upiera się z buzią nadal ciężko skrzywioną. Co mam robić? Obrazić się? Zmusić do jedzenia? Nie bardzo wiem, o co chodzi. Milczę. Jest mi przykro i tak dziwnie. Nigdy dotąd nie mówiła do mnie takim paskudnym tonem. Nie krzywiła się równie brzydko. Idę do pokoju i zasiadam przy maszynie do pisania. Zaczynam stukać, chociaż coś w środku aż się wyrywa, by tupnąć nogą i nawrzeszczeć. Na szczęście tego dnia mam w sobie spore zapasy humoru i optymizmu, w czym pomaga piękna pogoda i jasne słońce, malujące nasze małe mieszkanko w złociste plamy. Miska została na stole. Z kąta córki nie dochodzi żaden odgłos. Siedzi gdzieś tam i coś robi. Nie mam wielkiej ochoty sprawdzać. Ale przedłużająca się cisza niepokoi. Wstaję bezszelestnie, zerkam przez na pół uchylone drzwi. Panienka zwisa na krześle nad swoim biurkiem i zapamiętale coś pisze. Oho ho, to jej pamiętnik. Czyżby więc przyobiednia pyskówka była skutkiem jakiegoś przeżycia poza domem, które rozdrażniło pannicę i spowodowało agresję? Wracam do pisania, stukam zawzięcie. Mija pół godziny, godzina. Już zapominam o ostrej wymianie stów, już ucichły we mnie niepokoje. Nagle czuję gładzenie po głowie i słyszę: - Mamusiu, nie gniewaj się. Ja nie chciałam tak wrzeszczeć. To coś we mnie krzyczało. Czasem jestem jakaś taka... Zupę zjadłam - bardzo dobra. Wiesz, że ją lubię. Hm, przemogła się. Ale teraz ja dam ci popalić. Milczę nadal, chociaż łapięta mojej dwunastolatki obejmują mnie za szyję, a buzia przytula się do mojego policzka. Odczuwam jej niepokój - zawsze go odczuwałam. Trudno, jeszcze chwilę. Niech wie, że i matkę można dotknąć, że nie jest piłką treningową. Wreszcie nie wytrzymuję. - No już dobrze. Przytul się, ale na drugi raz, jak cię najdzie - nie krzycz na mnie. To nie tak, słoneczko, to nie tak... Po wymianie całusów i uścisków atmosfera rozluźnia się. Po chwili słyszę buczenie odkurzacza. Córka sprząta. Chce przeprosić. To już znam. Przeprasza mnie dobrymi uczynkami. A że sprząta - przy całym swoim bałaganiarstwie -doskonale, wiem, że za pół godziny mieszkanie będzie lśnić. Odkurzacz huczy, a ja zamiast pisać zastanawiam się nad dalszymi drogami postępowania. Przecież czas zdać sobie sprawę z faktu, że w domu pojawiła się nie mała córeczka, śmieszne cielątko w kolorowych sukieneczkach, a rosnąca w oczach nastolatka, prawie pannica. Czas dziecka zmierza do kresu. Jak sobie radzić z tym przejściem, z tym - nie bez powodu tak nazwanym -„cielęcym wiekiem"? Niesie on zupełnie odmienne zachowania dotychczasowej słodkiej istoty. Niesie rozmaite zagrożenia dla wzajemnych więzi. l nie wiadomo, ile z posiadanego ziarna dotychczasowych wysiłków wychowawczych wzejdzie, a ile przepadnie. Jedno zapewne wzeszło: mała umie przeprosić, ugiąć się, pojąć, że inni też mają uczucia. Umie pomóc w domu, kiedy jest to potrzebne, umie współczuć. Lecz, czy tak zostanie, czy to nie jakaś ogromna ułuda matki, zapatrzonej w jedynaczkę? Przychodzi mi na myśl to, co powiedziała niedawno pewna moja znajoma chowająca trójkę dzieciaków: - Współczuję ci. Wychować jedynaczkę to wielki problem. Jak oduczyć takie coś egoizmu, jak przed nim ochronić? Z trójką łatwiej, chociaż zabierają więcej czasu i potrójnie kosztują. Ale jeden temperuje drugiego. Cóż, życzę ci, żebyś miała tu szczęście i nie dała się. Pamiętaj, dorastanie trzeba rozumieć, ale to nie znaczy, że do końca schodzić dzieciakowi z drogi. Dopiero teraz potrzebna jest konsekwencja w postępowaniu. Ona ma rację. Ale prócz konsekwencji jeszcze coś, co bardzo na co dzień trudne. Muszę trzymać się norm. Nie kręcić, nie łgać, nie oszukiwać. Być człowiekiem niemal bez skazy. Dorastając szuka się takiej skazy w rodzicach. Każdy najdrobniejszy nasz postępek córka czy syn potrafią rozdmuchać, nadać mu wielkie znaczenie. Dorastanie - to pora, kiedy raz po raz napływają fale egzaltacji, połączone z pesymizmem. Kiedy z igły robi się widły. Uff, ciężki to orzech do zgryzienia dla matki - tego pierwszego wzoru, do którego odwołuje się dzieciak. Trudno, pora ruszać do walki o przyszłość byłej słodkiej istotki, pora powiedzieć sobie: - To już powoli staje się dorosłym człowiekiem. To czas szczególny, pełen zakrętów i nie znanych pułapek. Po pierwszej w życiu pyskówce przez dwa tygodnie panuje spokój. Rozładowała się i jest przemiła. Ale już w tygodniu trzecim znów napływa fala czegoś niejasnego. Znów twarzyczka córki zaczyna mówić, że jeszcze moment, dwa i nadejdzie potrzeba wybuchu. Wybuchaj! Już mnie nie zaskoczysz. l tak wiem, że skończy się na sprzątaniu mieszkania. Bo ja w ciebie, moja zawsze mała córeczko, jednak wierzę. ZUZANNA Copyright by Moja Rodzina, nr 1/1999 opr. TG/PO |
