|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | KieszonkoweWielu rodziców zastanawia się nad tym, jak nauczyć swoje dziecko szacunku wobec pieniądza? l słusznie, bowiem jak mawiał Publiusz Syrus: Tam, gdzie rozum rządzi pieniędzmi, pieniądze są błogosławieństwem. Jak jednak nauczyć, aby rządził? No właśnie. Co zrobić, aby dziecko nauczyło się mądrze gospodarować swoim budżetem? Dobrym sposobem jest tu kieszonkowe. Kontakt dziecka z pieniędzmi zaczyna się z reguły bardzo wcześnie. Przedszkolakowi możemy pomóc w rozpoznawaniu nominałów poprzez zabawę w sklep. Dobrze jeżeli w czasie takich zabaw dziecko ma możliwość kupienia sobie czegoś „naprawdę", oczywiście wtedy, gdy jesteśmy ekspedientami, lub też „sprzedać" coś (np. swoją pracę plastyczną) wtedy, gdy występujemy w roli „klienta". Dziecko, obok rozpoznawania wartości poszczególnych monet i banknotów, a być może nawet wykonywania najprostszych czynności liczenia, ma sposobność dostrzeżenia związków między pieniądzem a określonymi dobrami. W młodszych klasach szkoły podstawowej wartość pieniądza uczeń sprawdza często w szkolnym sklepiku lub robiąc drobne domowe zakupy. Dobrą okazją może stać się zabranie dziecka do banku i zrobienie krótkiej wycieczki po tej instytucji. Pokazanie wszystkich okienek, najprostsze wyjaśnienie operacji bankowych. Nastolatki warto już zapraszać do wspólnych dyskusji o ważniejszych rodzinnych wydatkach, o wspólnym budżecie. Niech młoda dziewczyna czy chłopak mają możliwość wypowiedzenia się nawet o poważnych wydatkach - zakupie samochodu lub kosztach wyjazdu wakacyjnego. Znając możliwości finansowe rodziców nastolatek z całą pewnością będzie także bardziej odpowiedzialnie wydawał swoje pieniądze i dowie się, że „kasa" to nie deszcz i nie spada z nieba. Trzeba na nią zapracować. To też świetna okazja, aby nasz syn lub córka dowiedzieli się czegoś o bankowych formach oszczędzania, kredytach, podatkach, ubezpieczeniach i giełdzie, a może nawet o takich subtelnościach, jak poręczenia, zmienna stopa oprocentowania, ryzyko kredytowania, zabezpieczenia, umorzenia itp. Rodzi się więc wspaniała sposobność poznawania ogólnej ekonomiki poprzez pryzmat domowych funduszy. Wprowadzając dziecko w świat familijnych finansów, pamiętajmy jednak, aby nie dźwigało nadmiernie na swoich barkach odpowiedzialności za ewentualny kryzys lub krach finansowy rodziny, co niestety coraz częściej się zdarza. Między siódmym a dziewiątym rokiem życia dziecko jest już na tyle dojrzale, aby mogło rozpocząć naukę zarządzania własnym niewielkim budżetem, własnym kieszonkowym. Rodzice dzielą się na tych, którzy są zwolennikami wypłacania dziecku stałych sum pieniędzy, i tych, którzy dają pieniądze tylko okazjonalnie, najczęściej w sytuacjach, gdy dziecko o to prosi, chce sobie coś kupić. Ci drudzy nie stwarzają niestety dziecku okazji do opanowania przez nie trudnej sztuki dysponowania swoimi zasobami. To oni bowiem w sumie decydują o wydatkach dziecka. Natomiast ci pierwsi, choć są zgodni co do konieczności wypłacania samego kieszonkowego, też mają odmienne opinie co do jego regularności, wielkości przeznaczanych sum i charakteru „zapłaty". Jedni pragną płacić za „coś" -za posprzątanie, za dbanie o..., za wypełnianie pewnych obowiązków, za dobre oceny w szkole itp. Najczęściej wstrzymują wypłaty, gdy pojawiają się jakieś niepokojące sygnały, przewinienia i uchybienia w domowej dyscyplinie. Inni nie płacą wprawdzie za wypełnianie domowych obowiązków, ale jednak nie wypłacają pieniędzy zbyt regularnie. Brak systematyczności wypłat powoduje z kolei, że dziecko tak naprawdę nie rozporządza swoim budżetem. Rodzice często wracają myślami do przeszłości, gdy sami byli dziećmi, i przywołują obrazy oraz przykłady potwierdzające zalety któregoś z rozwiązań. Myślę, że warto przypomnieć sobie, czy je jako dziecko dostawałem kieszonkowe i w jakich sytuacjach, czy marzyłem o tym, czy musiałem prosić mamy i taty o każdy grosz. Jak się wtedy czułem? Z moich doświadczeń w poradni wynika, że nic nie wzbudza w rodzicach tak silnych emocji (szczególnie u ojców), a jednocześnie ujawnia sztywność poglądów, jak ten właśnie problem. Trudności w sprecyzowaniu jasnego poglądu na sprawę kieszonkowego naszych dzieci często wynikają z lęku przed tym, że rozpuścimy je, że nie uszanują one naszego trudu, że być może roztrwonią one nasz dorobek zamiast go pomnożyć. Spróbujmy więc rozważyć spokojnie różne za i przeciw. Jest to też wspaniała okazja, aby na ten temat wypowiedzieli się nasi Czytelnicy. Generalnie wydaje się jednak, że praca wykonywana przez dziecko na rzecz rodziny nie powinna być płatnym obowiązkiem. Dobrze, aby nasza pociecha od najmłodszych lat miała stały zakres czynności do wykonania. Choćby było to tylko podlewanie tego jedynego kwiatka w pokoju, gdy dzieciak chodzi do przedszkola. Wraz z wiekiem zakres i charakter obowiązków powinien się poszerzać, obejmując stopniowo ważniejsze sprawy, np. dbanie o ubiór i higienę, porządek w pokoju, robienie części zakupów, a nawet dokonywanie pewnych napraw. Jednak nigdy nie powinniśmy za to płacić. Dobrze natomiast razem z dzieckiem określić te prace, które są wyraźnym jego obowiązkiem, należą wyłącznie do niego i jest ono z nich rozliczane. Jeżeli w takiej sytuacji decydujemy się na kieszonkowe - dziecko otrzymuje je za sam fakt, że jest członkiem rodziny. Stąd wynika prawo do drobnej części dochodu tej wspólnoty. To rodzaj subsydium, zasiłku czy też pewnego rodzaju stypendium na własne potrzeby. Wydaje się, że jest to jasne i dobre rozwiązanie. Systematyczność wypłat kieszonkowego budzi jednak obawy rodziców o brak powiązania między pracą a wynagrodzeniem. Rodzice mówią sobie: przecież nam nikt za nic nie płaci. Czy z tego dylematu można wybrnąć? Otóż można. Jestem zdania, że dziecko powinno dostać - jak wspomnieliśmy wcześniej - pewną, adekwatną do możliwości finansowych rodziny, sumę pieniędzy. Kwota ta (być może niewielka) powinna być wypłacana regularnie i bez żadnych dodatkowych warunków. Jeżeli dziecko zaniedba obowiązki, należy je ukarać inaczej, nie odbierając mu kieszonkowego. Wielkość kieszonkowego powinna być również co pewien czas aktualizowana i dostosowywana, najlepiej wspólnie z córką lub synem, do zmieniających się potrzeb dziecka. Jednak za wykonywanie dodatkowych prac, czegoś - chciałoby się rzec - ekstra, dziecko może (choć nie musi za każdym razem) otrzymywać pewną zapłatę. Wiadomo, powiedzmy, że koszenie trawnika przed domem należy do taty, z jakichś jednak powodów pewnego dnia wykonuje tę czynność syn. l myślę, że może z tego tytułu otrzymać od ojca drobną sumę pieniędzy. Podobnie mama, przynosząc do domu stertę żmudnej biurowej pracy, może się podzielić częścią swojej należności z pomagającą jej w liczeniu córką. Najlepiej jeśli będziemy płacić za pracę, za którą i tak zapłacilibyśmy komuś innemu. Auto na przykład myjemy zawsze w myjni samochodowej. Jeżeli jednak robi to jedno z naszych dzieci - otrzymuje podobną kwotę, którą i tak wydatkowalibyśmy na ten właśnie cel. Można też znaleźć inne rozwiązanie -wypłacić dziecku jakąś sumę na jego podstawowe potrzeby (bilety autobusowe, fryzjera, szkolne opłaty itp.) oraz pewną kwotę na samą zabawę. Jest bowiem rzeczą niezwykle ważną, aby istniała suma pieniędzy, którą dziecko może dysponować według własnego uznania, ponieważ tylko wtedy nauczy się operować własnym kapitałem, ponosić odpowiedzialność za swoje finanse, pozna wartość zarobionego grosza i równowagę między wydatkami a dochodami. Nie ma innego sposobu. l choć zapewne czasem serce boleć nas będzie (szczególnie w początkowym okresie), że powierzone kwoty zostały tak lekkomyślnie roztrwonione, będziemy zmuszeni powiedzieć sobie, że to jest cena za tę trudną naukę. Niech dziecko na własnej skórze pozna skutki swojej lekkomyślności. Dlatego też zaliczki na poczet kieszonkowego powinny być wpłacane tylko w wyjątkowych wypadkach. Chwalmy dobre decyzje finansowe dziecka, gdy dokonuje jednak złych, pomóżmy mu zrozumieć, dlaczego były właśnie złe. Sprawujmy też pewną - ale dość ograniczoną! - kontrolę nad finansami dziecka, l niech nasza kontrola będzie zgodna z normami i wartościami, które panują w rodzinie, z szacunkiem, jakim darzymy pieniądze. Wspaniałą okazją jest wyjazd dziecka na obóz lub kolonie. Wtedy właśnie dziecko będzie miało możliwość samo, bez naszego udziału, decydować o wydatkach. Pamiętam, że przed laty, będąc wychowawcą na koloniach, miałem wielokrotnie okazję obserwowania prawdziwej niefrasobliwości rodziców w tym zakresie. Jedne dzieci otrzymywały kieszonkowe tak duże, że jego wysokość przewyższała znacznie mizerną pensję ich wychowawcy, inne znowu otrzymywały sumy tak mikroskopijne, że trudno było kupić za nie jakiś napój w upalny dzień. Bardzo mało dzieci dysponowało kieszonkowym adekwatnym do sytuacji i ich potrzeb. l jeszcze jeden, dość bolesny problem. Nie „kupujmy" nigdy miłości dziecka za pomocą pieniędzy. Nie da się tego zrobić, a takie działanie zawsze przyniesie więcej szkód niż pożytku, szczególnie w dłuższej perspektywie. Pamiętajmy również, że sposób, w jaki sami wydajemy pieniądze, jest najważniejszym i najdonioślejszym przykładem - i to bez względu na fakt, co będziemy na ten temat mówić czy robić - przy pomocy kieszonkowego czy też bez. JAROSŁAW JAGIEŁA, psychoterapeuta Copyright by Moja Rodzina, nr 11/1998 opr. TG/PO |
