|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | Kiedy Pani Złość przychodzi z wizytąErika Meyer-GlitzaTerapeutyczne opowiadania dla impulsywnych dzieci
Drogie dzieci! Książka ta opowiada o dzieciach, które drapią, gryzą, biją, kopią, wrzeszczą — czyli wszystko to, co robimy, gdy jesteśmy naprawdę rozwścieczeni. Tak, oczywiście, można się zdenerwować i nie robić tego wszystkiego. Ale są takie sytuacje w życiu, w których miłe, wesołe dzieci nie potrafią postąpić inaczej, jak tylko wybuchnąć całą swoją złością. Nierzadko same nie wiedzą, dlaczego im się to wciąż przydarza. I najczęściej dzieci te wcale nie są szczęśliwe z tego powodu. Złoszczenie się nie jest niczym złym, każdy z nas to zna. A niekiedy trzeba się po prostu zdenerwować, bo inaczej byśmy się rozchorowali, jeśli zawsze tylko musielibyśmy przełykać naszą złość. Taki wybuch może być czasem orzeźwiający i przynosić ulgę. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy szkodzimy w ten sposób sobie samym oraz innym. Dlatego też opowiem wam te historyjki. Być może i wy czasem reagujecie zbyt gwałtownie, niż byście tego chcieli. A wtedy interesujące może być dla was wysłuchanie, co pomogło innym dzieciom w takich sytuacjach. Jednak zupełnie bez pomocy dorosłych nie uda się to żadnemu dziecku. Oni muszą was wspierać.
„Paweł Porywczy” Kiedy Paweł Porywczy wrócił ze szkoły do domu z dużą, czerwoną szramą na policzku i spuchniętym nosem, mama tylko głęboko westchnęła. Już nie zadaje żadnych pytań, bowiem od pewnego czasu jest to na porządku dziennym, że Paweł bije się z innymi dziećmi. Paweł Porywczy dosłownie traktuje swoje nazwisko i to już odkąd nauczył się chodzić. A przy tym jego rodzice — pani i pan Porywczy — są takimi spokojnymi ludźmi. Wyczytują w oczach syna każde pragnienie i natychmiast je spełniają, choć Paweł potrafi jak najbardziej powiedzieć, czego chce oraz czego nie chce. Spokojny pan Porywczy oraz jego żona pogodzili się ze skłonnościami syna do wybuchów złości tak, jak niektórzy ludzie muszą zaakceptować fakt, że mieszkają w pobliżu wulkanu, który od czasu do czasu pluje ogniem. „Taki jest temperament Pawła, nie można nic na to poradzić”, mówią sobie i potrząsają tylko z zatroskaniem swoje dobrotliwe głowy. Jednak pani Filut z sąsiedztwa, u której Paweł tak chętnie naciska na dzwonek przy drzwiach wejściowych i ucieka, powiedziała niedawno do pani Porywczej: „Nie powinna pani tak ustępować synowi, bo inaczej nie wyrośnie z niego nic dobrego!” Inny sąsiad, pan Podsłuchiwacz, wszystko to słyszał i dodał jeszcze: „Tak, Paweł już teraz jest małym tyranem!” „Co to takiego tyran'?”, Paweł zapytał potem swoją mamę. A ona wyjaśniła mu, że to taki król, który zawsze chce sam o wszystkim decydować i nie zwraca uwagi na innych ludzi. A wtedy Paweł pokazał język sąsiadowi i głośno trzasnął drzwiami, a u pani Filut jeszcze częściej naciskał na dzwonek. Kiedy mama opowiedziała chłopcu o królu tyranie, długo jeszcze nie mogła o tym zapomnieć. „Nasi sąsiedzi”, myślała sobie, „wcale się tak bardzo nie mylą. Paweł jest rzeczywiście naszym małym królem”. A kiedy poszła później z synem do supermarketu na zakupy, miała w koszyku znowu dwa razy więcej rzeczy, niż właściwie chciała: lody i naklejki, czekolada, gumy do żucia, ulubiony jogurt Pawła i kaseta z przygodami. Przy kasecie chciała się już sprzeciwić. Ale wtedy Paweł zaczerwienił się i zaczął tupać nogami. Mama szybko włożyła kasetę z powrotem do koszyka, ponieważ nie chciała, żeby w sklepie rozpętała się awantura. I znowu tylko bezradnie potrząsała głową. Wieczorem, kiedy tata oglądał telewizję, Paweł zabierał mu pilota i po prostu przełączał na swoje ulubione programy. A przy tym było już często po ósmej godzinie. Tata Pawła był tak samo miły jak jego żona. Wzruszał tylko kilka razy bezradnie ramionami, oglądając razem z Pawłem telewizję. Z pewnością trwałoby to jeszcze wiele lat i znacznie się pogorszyło, gdyby nie zdarzyło się coś, co wstrząsnęło wszystkimi, nawet Pawłem. Było lato. Paweł Porywczy bawił się ze swoimi przyjaciółmi na świeżym powietrzu. Nagle zachciało mu się pić i jeść, chciał jak najszybciej dostać się do domu. Ale drzwi były zamknięte. W środku słyszał on odgłos odkurzacza. Dzwonił więc jak na alarm. Nikt nie otwierał. A wtedy Pawła znowu ogarnęła niepohamowana złość. Jego twarz stała się cała czerwona, usta wykrzywiły się z niezadowolenia. Obiema pięściami uderzał w szybę w drzwiach. „Otwierać!”, wrzeszczał i uderzał ze wszystkich sił. „Otwierać!” Aż nagle: Coś runęło z łoskotem! Szyba rozbiła się! Głośny krzyk chłopca! Kawałki szkła głęboko pocięły ramię Pawła. Wszędzie pełno jest krwi. Jeden z nich tkwi jeszcze w przedramieniu. Paweł zrobił się blady jak ściana. Zakręciło mu się w głowie. Pani Filut przybiegła z ręcznikiem i przyciskała go do krwawiących ran, z których najpierw wyciągnęła odłamki szkła. Mama zadzwoniła po karetkę. „Nie, nie do szpitala, tylko nie do szpitala!”, wrzeszczał Paweł. „Ja nie chcę!” Ale po raz pierwszy jego wrzaski nie przyniosły najmniejszego skutku. Karetka zawiozła go do szpitala. Niestety bez syreny, która byłaby niewielkim odszkodowaniem dla Pawła. Chłopiec popłakiwał. Rany bardzo go bolały. Wciąż jeszcze się bał, ponieważ wszędzie pełno było jeszcze krwi. Również pani Porywcza zbladła nieco na twarzy. Lekarz poprosił, by mu opowiedzieć całą historię, podczas gdy oczyszczał i zszywał rany na ramieniu Pawła. Chłopiec przyglądał mu się w milczeniu. Tak spokojnego jego mama jeszcze go nigdy nie widziała. Dostał wcześniej zastrzyk znieczulający, aby nic go nie bolało. A wtedy lekarz powiedział coś podobnego, jak pani Filut i pan Podsłuchiwacz: „Chyba musi pani wziąć swojego Pawła nieco w ryzy”. Pani Porywcza pokiwała przytakująco głową, świadoma swojej winy. „Co to są ryzy?”, spytał Paweł podejrzliwie. „Czy słyszałeś już kiedyś o cuglach dla koni?”, lekarz odpowiedział pytaniem na pytanie. „Bo ty wyglądasz mi na takiego małego, dzikiego konia, który nie jest przyzwyczajony do cugli. Zgadza się?” Paweł odwrócił głowę. „Poza tym dobrze by było, gdybyś ty sam wziął się nieco w cugle, abyś nie musiał znowu przeżywać czegoś tak bolesnego. Tak. I już gotowe”. Lekarz założył Pawłowi gruby opatrunek. „I wracaj szybko do zdrowia, ty dziki źrebaku!” Po tym wydarzeniu — co do tego wszyscy są zgodni: rodzice, sąsiedzi i nauczyciele — Paweł bardzo się zmienił. Nikt nie wie jednak, czy sprawił to strach, ból, czy też słowa lekarza. Również pan i pani Porywczy nie są tacy sami, jak wcześniej. Wszyscy zostali przebudzeni, jakby włączył się nagle strasznie głośny budzik. Niedawno łagodna i spokojna pani Porywczy nawet się zdenerwowała, kiedy Paweł w czasie zakupów w supermarkecie znowu miał specjalne życzenia. Bardzo głośno i energicznie powiedziała „Nie!”. Pani Filut była przy tym i pokiwała z uznaniem głową. Paweł nie zaczerwienił się ze złości. Patrzył tylko zdenerwowany. Tak bardzo chciał dostać loda i gumę do żucia. Ale każdy, kto się dokładnie przyjrzał, mógł odkryć w jego okrągłej twarzy coś w rodzaju dumy. To wcale nie takie złe, gdy ma się silnych rodziców. Pewnego razu, gdy Paweł powinien był leżeć już w łóżku, ale upierał się przy tym, że chce oglądać telewizję, właśnie miał już wpaść w złość, gdy jego mama powiedziała: „Mój dziki źrebak!” I oboje nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Paweł spojrzał ukradkiem na bliznę na swoim ramieniu i przypomniał sobie lekarza oraz jego słowa o cuglach. Przytulił się mamy i prosił błagalnym głosem: „Chcę choć raz przejechać się w dorożce i trzymać cugle”. „Dobrze, gdy dziki źrebak już się trochę uspokoi i pozwoli oswoić, wtedy będziesz mógł wsiąść do dorożki”, obiecała mama. Można by pomyśleć, że w domu rodziny Porywczych nic się już nie działo, że zrobiło się nudno i za spokojnie bez wybuchów złości Pawła. Ale mogę was uspokoić. U takich dzieci jak Paweł nie grozi to niebezpieczeństwo. Niedawno przechodziłam obok ich domu, aż nagle usłyszałam głośny hałas. Ktoś uderzał w bębny. Najpierw pomyślałam, że to w radiu, lub w telewizji. A wtedy zajrzałam przez okno i zobaczyłam Pawła. Jak dziki uderzał w trzy duże bębny, jak prawdziwy perkusista. Pani Porywczy wyszła z domu i uśmiechnęła się. „Tak, nasz Paweł teraz w taki sposób odreagowuje swoją złość”, zawołała do mnie. „Lepiej mieć w domu perkusistę, niż tyrana”. A pan Podsłuchiwacz wyjrzał zza rogu swojego domu i pokiwał przytakująco głową. Lubił słuchać perkusji. Tylko pani Filut nic o tym nie wiedziała, bowiem była prawie głucha. „Upragnione dziecko” „Chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko!”, powiedziała pani Nowak do swojego męża. „Ale przecież my mamy już dwoje dzieci!” Jej mąż spojrzał ze zdumieniem zza gazety. „One robią już wystarczająco dużo hałasu!” Jak na komendę z pokoju dziecinnego rozległ się głośny wrzask. A po chwili pisk papużki Fifi, która lubiła hałas. Zawsze zaczynała wtedy gwizdać. Ale pan Nowak wolał spokój i ciszę. „Dlaczego chcesz jeszcze więcej harmidru?” „Bo po prostu kocham dzieci”. „Ale przecież ostatnim razem tak źle się czułaś”, przypomniał mąż zatroskanym głosem. „Ja chcę jednak, żebyśmy adoptowali jakieś dziecko”. Pan Nowak opuścił gazetę na kolana. „Adoptowali?!” „Tak, na świecie jest tak wiele biednych dzieci, które nie mają rodziców. Chcę adoptować jedno z nich”. Brzmiało to tak, jakby decyzja została już podjęta. A ponieważ w tej rodzinie pani Nowak była tą osobą, która decydowała o wszystkim, co dotyczyło dzieci i ponieważ mieli oni wystarczająco dużo pieniędzy, by sobie na to pozwolić, pan Nowak westchnął głęboko i powiedział: „No dobrze!”. Brzmiało to prawie tak, jakby jego żona właśnie zdołała go namówić do kupienia pierścionka z brylantem. Kilka miesięcy później rzeczywiście mieli trzecie dziecko. Feliks i Luiza, oboje z blond czuprynami, uważali, że wygląda ono dość dziwnie: miało włosy czarne jak smoła i skośne oczy. Nie potrafiło również jeszcze mówić. „Musicie być mili dla Kim, ona przeżyła już wiele smutnych chwil!” To było wszystko, co mama im wyjaśniła i od tej pory wszyscy zachowywali się tak, jakby Kim już od zawsze była w ich rodzinie. A Kim zapomniała o wszystkim, co wydarzyło się do tej pory. Nazywała się teraz Kim Nowak i należała do rodziny. Dla Kim było tam jak w raju. Miała do zabawy wszystko, co można sobie tylko wyobrazić: lalki w wózkach i łóżeczkach, domki dla lalek, pluszowe maskotki, samochody, prawdziwą kuchenkę do gotowania, piłki i książki z obrazkami. Spała nawet w łóżku z baldachimem. Mogła jeść tyle, na ile miała ochotę i wszyscy byli dla niej mili. Tańczyła w balecie, chodziła na zajęcia rytmiki, na basen i do szkoły muzycznej. Także pan Nowak wkrótce przyzwyczaił się do nowego członka rodziny. Tylko że teraz musiał częściej korzystać z zatyczek do uszu, gdy chciał coś poczytać ... Nie wiem dokładnie, kiedy to się właściwie zaczęło. Być może wtedy, gdy Kim skończyła sześć lat. Nagle zaczęła czuć się obco w swojej rodzinie. Była przekonana, że coś jest z nią nie w porządku. Ale nie potrafiła sama powiedzieć, co takiego. Jednak pewnego razu, gdy Kim i Luiza zobaczyły się nagle w lustrze, zrodziło się w dziewczynce dziwne przeczucie. Pobiegła do mamy: „Czy ty mnie właściwie kochasz?, spytała. „Ależ oczywiście, moje dziecko!”, uspokoiła ją pani Nowak i pocałowała. Ale Kim wkrótce zaczęła znowu wątpić. Coś było z nią nie tak, jak powinno. Jeszcze raz zapytała swoją mamę: „Czy wszystko jest ze mną w porządku?” „Cóż miało by być z tobą nie w porządku? Jesteś wspaniałym dzieckiem, Kim!” usłyszała w odpowiedzi. Ale w duchu mama pomyślała sobie: „Czyżby coś zauważyła? A może ktoś jej powiedział, że jest adoptowanym dzieckiem?” Pani Nowak zaczęła się martwić. Nie chciała zranić Kim i dlatego postanowiła odczekać możliwie jak najdłużej, aby powiedzieć jej prawdę. Kiedy dziewczynka będzie duża, o wszystkim jej opowie. Ale teraz uważała, że jest jeszcze za wcześnie. Kim była coraz bardziej zdezorientowana. Była pewna, że coś jest nie tak, jak powinno być, ale mama mówiła przecież, że wszystko jest w porządku. Ale w takim razie ona sama musiała chyba zwariować, co oznaczało, że rzeczywiście coś z nią związanego jest bardzo podejrzane. Kim czuła się osamotniona z tymi uczuciami. Często bawiła się teraz ze świnką morską, przytulała się do niej i głaskała ją. Niekiedy tak długo płakała, aż całe futerko świnki było zupełnie mokre. Kiedy Kim była sama, rozmawiała ze zwierzątkiem. Dzisiaj znowu tak było. Kim wzięła świnkę morską na kolana i opowiedziała jej wszystko do jej maleńkiego ucha. Potem zaczyna zadawać pytania: „Co się ze mną dzieje? Co się nie zgadza? Jestem taka inna”. Ale świnka chce zejść z kolan Kim. Nie ma ochoty odpowiadać na jej pytania. Poczuła się bardzo nieswojo. Kim myśli: „Nawet ona mnie nie lubi!” „Głupi zwierzak!”, syczy i zrzuca wściekłą świnkę na podłogę. Świnka zapiszczała, przez chwilę leżała na podłodze jak martwa, a potem powoli pokuśtykała do swojego kącika. „Głupi zwierzak!” Kim podchodzi do klatki dla ptaków. Siedzi w niej Fifi i piszczy, ponieważ znowu tak bardzo podoba mu się hałas. Kim bierze go na palec. Papużka potrafi powiedzieć „Tak” i „Fifi” — powtarza więc wciąż te dwa słowa. Ale Kim bardzo to denerwuje. „Nie możesz powiedzieć wreszcie czegoś innego, na przykład co się ze mną dzieje?” Jednak Fifi wygwizduje tylko swoje Tak” i Fifi'. Wtedy Kim eksploduje. Ciągnie go za piórka i zaczyna wyrywać jedno po drugim. Fifi piszczy i macha skrzydłami śmiertelnie przerażony tak mocno, że Kim wreszcie wypuszcza go na wolność. Kiedy mama wróciła do domu, od razu coś wyczuła. W domu panowała taka podejrzana cisza? Co się stało? A wtedy znalazła w klatkach kulejącą świnkę morską i Fifi z powyrywanymi piórkami. Mama zastanawia się. I Kim zastanawia się. Ale sama nie rozumie, dlaczego to uczyniła i bardzo się wstydzi. Mama wcale nie krzyczy, a tylko patrzy na nią takim smutnym i zamyślonym wzrokiem. Ale to jest o wiele gorsze, niż by krzyczała. Kim boi się teraz siebie samej. Naprawdę coś jest z nią nie w porządku. „Musimy coś zrobić”, powiedziała wieczorem pani Nowak do swojego męża. „Tak, masz rację”, powiedział on i spojrzał na żonę zza gazety. „Musimy wreszcie powiedzieć Kim prawdę. Uważam, że dzieciom i tak nie można niczego wmówić. One wszystko zauważą”. Pani Nowak głęboko wzdycha i długo się zastanawia. A potem kiwa głową. Tak, powie Kim prawdę. Ale chcę ja na to dobrze przygotować. Pewnego wieczoru czyta ona przed zaśnięciem książkę. Opowiada ona o dziewczynce, która mieszka w Korei Południowej. Dzieci oglądają uważnie obrazki. Nagle Luiza mówi: „Ona wygląda tak samo jak ty, Kim”. Tak, rzeczywiście, to się zgadza. Filip i Kim też są tego zdania. Wszyscy słuchają z wielką uwagą. Kim ma takie dziwne uczucie, coś łaskocze ją brzuchu. Jest bardzo podekscytowana i chłonie z ogromnym zainteresowaniem wszystko, co słyszy o tym dalekim kraju. Chce wiedzieć o nim wszystko, naprawdę wszystko. Jednak o nic nie pyta. Następnego dnia mama idzie na spacer tylko z Kim. Zdarza się to bardzo rzadko. Idą one wzdłuż rzeki, a mama zaczyna opowiadać dziewczynce pewną historię: „Była sobie pewnego razu kobieta, która bardzo chciała mieć trzecie dziecko — dziewczynkę z czarnymi włosami i skośnymi oczami. Tak, właśnie taką dziewczynkę sobie wymarzyła. I pytała wszędzie, czy ktoś ma takie dziecko dla niej. Ale niestety nikt go nie miał, a jeśli już, to nie chciał go jej oddać. Kobieta ta była bardzo smutna. A wtedy wydarzyło się coś wspaniałego: zadzwonił telefon i zgłosiła się pani, zajmująca się adopcją dzieci. Powiedziała ona: Pani przecież tak bardzo chciałaby mieć dziewczynkę z czarnymi włosami i skośnymi oczami. Mamy takie właśnie dziecko. Zostało ono znalezione na przystanku autobusowym w odludnej okolicy w Korei Południowej. Stało tam samo przez bardzo długi czas. Czy chce pani wziąć to dziecko do siebie do domu?' Czy możesz sobie wyobrazić, jak szczęśliwa była ta kobieta i jej cała rodzina, kiedy ten maluch wreszcie pojawił się w ich domu? Tak długo na niego czekali”. Kim spojrzała swoimi skośnymi oczami na mamę. „A tym dzieckiem byłam ja, prawda?” Teraz wreszcie wszystko było jasne. Prawda bolała, ale mimo to była dobra. „A dlaczego byłam sama?” „Twoi rodzice mieli zbyt mało pieniędzy, by kupić ci coś do jedzenia. A ponieważ chcieli, aby było ci lepiej, zaprowadzili cię w taki miejsce, gdzie ktoś mógł cię odnaleźć”. Mama wzięła Kim na ręce i mocno przytuliła. „W wakacje pojedziemy do tego kraju i wszystko sobie obejrzymy. Ale twój dom jest teraz tutaj, ponieważ jesteś naszym upragnionym dzieckiem”. „Bartek i Achmed” Kiedy przychodzimy do nowej klasy, to można ze wszystkich sił starać się być zupełnie maleńkim, ale wszyscy i tak patrzą się z ciekawością. Również Bartek uważnie przygląda się nowemu chłopcu, który nazywa się Achmed. Właściwie wygląda on bardzo sympatycznie z ciemnymi, brązowymi oczami i czarnymi lokami. Ale kiedy Jakub — jego sąsiad w ławce — szepta mu do ucha: „Rumun. Mój ojciec mówi, że oni śmierdzą czosnkiem i tylko zabierają nam miejsca pracy”, wtedy Bartek wcale nie ma już ochoty powiedzieć na głos, że Achmed wygląda sympatycznie. Nie chce narazić się Jakubowi. Wręcz przeciwnie: Bartek zawsze z zapałem przyłącza się do pozostałych, gdy zaczynają denerwować Achmeda. Zabiera mu piłkę, którą chłopiec właśnie chciał grać w tenisa stołowego i wykręca mu wentyl z koła przy rowerze. Wraz z pozostałymi przygląda się, jak Achmed pcha swój rower do domu. Pewnego razu Bartek tak niespodziewanie podłożył mu nogę, że Achmed upadł. Ale nie płakał. Tylko długo pocierał swoje kolano i patrzył smutnym wzrokiem na Bartka. A reszta chłopców głośno się śmiała. Bartek czuł swoją przewagę i był dumny z tego, że pozostali go akceptowali. Kiedy Achmed pojawiał się w pobliżu, wszyscy opowiadali sobie dowcipy o Rumunach. Ale Achmed nie potrafił jeszcze mówić dobrze po polsku, więc ich nie rozumiał. Jednak Bartek zauważył, że dobrze on wie, z kogo się śmieją, ponieważ jego ciemne oczy znowu tak smutno patrzyły. Potem nadeszły wakacje. Bartek wyjechał z rodzicami do Hiszpani. Pewnego razu zwiedzali jakieś miasto. Byli właśnie na miejscowym bazarze. Bartkowi wcale się tam nie podobało. Było gorąco, głośno i wszędzie pełno ludzi. Z pochmurną miną szedł za swoimi rodzicami. Wolałby kąpać się w morzu. Nagle przeraził się: jego rodzice znikli. Stracił ich z oczu. Bartek woła głośno swoją mamę, ale zagłuszają go odgłosy bazaru. Biega wkoło, nie wiedząc, dokąd ma pójść. Bez skutku. Chłopiec jest zrozpaczony. Co ma teraz począć? Nie zna przecież tutejszego języka, nie wie, gdzie jest zaparkowany jego samochód. Ogarnia go panika. Podchodzi do niego grupa hiszpańskich chłopców. Mają oni czarne włosy i ciemne oczy. Wołają do niego coś po hiszpańsku. Na pewno będą chcieli go zdenerwować! Błyskawicznie Bartek uświadamia sobie, że teraz sam jest obcokrajowcem tak jak Achmed, że jest tutaj obcy ze swoimi jasnymi włosami, niebieskimi oczami i nieznanym językiem. Ale na szczęście hiszpańscy chłopcy nie zwracają na niego najmniejszej uwagi. Bartek szuka zrozpaczony dalej. Ani śladu jego rodziców. Nagle ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Chłopcu przebiega po plecach dreszcz przerażenia. Jest to stara kobieta, Hiszpanka, która zauważyła, że Bartek takim zrozpaczonym i bezradnym wzrokiem rozgląda się wokoło. Najpierw zwraca się do niego po hiszpańsku. Ale chłopiec nie rozumie ani słowa. Potem po angielsku. Tego też jeszcze nie potrafi. Aż wreszcie próbuje porozumieć się z nim kilkoma słowami w jego ojczystym języku: „Zgubiony rodzice?” Bartek kiwa głową pełen nadziei. Znajome słowa brzmią w jego uszach jak bożonarodzeniowe dzwoneczki, nie ważne, że są wypowiedziane z trudem i nieporadnie. „Jak imiem?” — „Bartek”. A potem staruszka idzie z nim na środek placu. Kierownik bazaru ma głośnik i przywołuje rodziców chłopca. Możecie sobie na pewno wyobrazić, jaki jest on szczęśliwy, gdy mama i tata rzeczywiście wkrótce się pojawiają. Wydarzenia tego Bartek nie zapomniał przez całe swoje życie, ponieważ nigdy nie czuł się taki zagubiony jak wtedy na hiszpańskim bazarze. Kiedy Bartek po wakacjach spotyka znowu Achmeda, widzi go nagle zupełnie innymi oczami. Może on sobie teraz wyobrazić, jak Achmed czuje się jako obcokrajowiec. Bartek po prostu już nie może denerwować Achmeda. Ale wciąż jeszcze nie ma odwagi być dla niego miłym. W tym celu musi wydarzyć się jeszcze coś innego. Pewnego dnia cała klasa udała się na wycieczkę rowerową. Pogoda była wspaniała i Bartek delektował się tym, że może mknąć na swoim błyszczącym, szybkim rowerze. Achmed jechał sam, jako ostatni. Miał stary, rozklekotany rower. Aż tu nagle, co to takiego? Bartek naciska na pedały i nie jedzie. „Psia krew! Łańcuch mi spadł!”, złości się. Co za pech! A wszyscy pozostali są już daleko z przodu. Tylko Achmed zatrzymuje się. On na pewno nie będzie mógł mu pomóc. A nawet gdyby potrafił, to tego nie zrobi po tym, jak Bartek zachowywał się w stosunku do niego. Achmed odstawia na bok swój rower, podchodzi bez słowa do Bartka, przygląda się spokojnie defektowi i po chwili łańcuch jest już znowu na swoim miejscu. Obaj chłopcy patrzą na siebie z zakłopotaniem. Bartek wyjmuje z kieszeni chusteczkę, aby Achmed mógł wytrzeć sobie pobrudzone smarem dłonie. „Jak ci się udało to tak szybko zrobić?”, Bartek jest pełen podziwu. „Nie trudne. Mogę pokazać”, odpowiada Achmed i uśmiecha się. Ale najpierw muszą dogonić pozostałych. Pod koniec wycieczki Achmed mówi do Bartka: „Chodź do mnie, ja pokazać tobie, jak zreperował rower”. Bartek kiwa przytakująco głową, nawet jeśli pozostali dziwnie na niego spoglądają. Następnego dnia Bartek rzeczywiście idzie razem z Achmedem do jego domu. Tam uczy się, jak trzeba nałożyć łańcuch i mocno go ściągnąć, żeby się znowu nie zsunął. Potem chłopcy jeżdżą razem na rowerach po okolicy. Kilka dni później Bartek został zaproszony wraz z rodzicami do rodziny Achmeda, która obchodzi właśnie ważną uroczystość. Przy długich stołach zasiedli oni wśród przyjaciół Achmeda i wspólnie z nimi zajadają się przepysznymi, nieznanymi potrawami. Również muzyka jest zupełnie inna, ale bardzo piękna. Wszyscy śmieją się i śpiewają, a Bartek i Achmed tańczą radośnie razem z pozostałymi gośćmi. W drodze do domu tata powiedział do mamy: „Jak to dobrze, że jest tak wiele różnych narodów i zwyczajów!” Bartek i mama przyznali mu rację i cieszyli się z całego serca. Fragment książki Kiedy Erika Meyer-Glitza „Pani Złość przychodzi z wizytą” opr. MK/PO |

