|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | Dlaczego uciekająCo się dzieje w życiu dziesięcioletniego dziecka, które zamiast beztrosko kopać piłkę lub czesać lalki i bawić się nimi w dom, połyka garść babcinych tabletek od nadciśnienia, bo dłużej już nie chce żyć? Dlaczego dzieją się takie tragedie? Łatwiej pogodzić się z tym, jeśli wytłumaczeniem jest choroba psychiczna. Jednak coraz częściej dzieci „chcą odejść", gdyż czują się samotne i odtrącone, Niby mają wszystko, ale brakuje im miłości rodziców, a nierzadko choćby serdecznego uśmiechu. Niestety, zbyt wiele wskazuje na to, że do tych nieszczęść dochodzi, ponieważ dorośli w pogoni za pieniędzmi i karierą zapomnieli (lub jeszcze tego nie zrozumieli), że najlepsze, co im się w tym życiu mogło „przydarzyć", to właśnie ich dzieci. Samobójstwa popełniane przez osoby młode są zawsze bezmiarem tragedii, nad którą nie sposób przejść obojętnie, bo - jak każda samobójcza śmierć - zmuszają otoczenie do weryfikującej życie refleksji. Kiedy jednak umrzeć chce siedmio- czy dziesięcioletnie dziecko, dorośli niewiele mają na swoją obronę. Chyba, że mamy do czynienia z chorobą przejawiającą się zaburzeniami psychicznymi, między innymi depresjami. Zdaniem psychiatrów dziecięcych, na szczęście nie każda depresja jest objawem choroby. Czasami bywają stany przygnębienia spowodowane szczególnymi okolicznościami (choroba lub śmierć jednego z rodziców, wypadek, słabe oceny w nauce), z których dziecko, wspomagane odpowiednią atmosferą w domu oraz mechanizmami odpornościowymi własnego organizmu, wychodzi obronną ręką. Zdarza się jednak, że stany depresyjne, mimo braku wyraźnych powodów ku temu, utrzymują się dłuższy czas. Wtedy niezbędna jest pomoc specjalisty. Obserwacja dziecka, wywiad środowiskowy pozwalają postawić właściwą diagnozę. - Z klasyczną depresją, jako chorobą, mamy najczęściej do czynienia w okresie dojrzewania -dowodzi dr Teresa Rawa z Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży w Białymstoku. - Charakteryzuje się ona stałym przygnębieniem, pojawiającym się bez konkretnej przyczyny. Jest to poważne schorzenie wymagające długiego leczenia, często w oddziale psychiatrycznym. Bywają dzieci obciążone genetycznie. Wtedy bardzo dokładnie sprawdzamy wszystkie zależności i zawsze wystrzegamy się pochopnego wydawania diagnoz. Mogą one bowiem kłaść się cieniem na dalszym życiu młodego człowieka. Dzieci lub młodzież, u których rozpoznano obciążenia genetyczne, nieraz podejmują próby samobójcze. Odratowane ponawiają je. Do Specjalistycznego Psychiatrycznego ZOZ - u w Choroszczy co roku trafiają dwie, trzy osoby z takimi schorzeniami. Ordynator siódmego oddziału dr Domysławski twierdzi, że próby odebrania sobie życia zbiegają się w czasie, który - z punktu widzenia medycyny - jest okresem zdrowienia. Kilkunastolatek dochodzi wtedy do przekonania, że jest napiętnowany chorobą psychiczną, a jako taki nie ma szans na „normalne" życie. Ta myśl, tak natrętna, doprowadza w końcu do próby unicestwienia się. Innym schorzeniem mogącym zaowocować podobnymi skutkami są tzw. zaburzenia zachowania, czyli nieprawidłowe kształtowanie się osobowości. - Wtedy pojawiają się różne psychopatie. Do najbardziej znanych psychopatów zaliczają się tzw. wąchacze albo sznyciarze, którzy z biegiem lat sięgają po narkotyki, a kiedy pojawiają się uzależnienia, wówczas już tylko krok do samobójstw zamierzonych lub przypadkowych - choćby przez przedawkowanie - wyjaśnia dr Rawa. Bez mamy, ale z komputerem Jednak najwięcej przypadków prób samobójczych jest wynikiem braku kontaktu lub zakłóconych relacji między dziećmi a rodzicami. Coraz częściej sytuacja zdaje się przypominać kwadraturę kota. Pierwsze czują się zagubione, osamotnione, często porzucone. Drudzy nie rozumieją, o co chodzi. Wszak dają swoim dzieciom wszystko, spełniają każdą zachciankę, nie żałują na kieszonkowe, zasypują mniej lub bardziej drogimi prezentami. Nie zauważają przy tym albo nie widzą w tym nic nagannego, że brakuje im już czasu dla dzieci, które rosną samopas lub pod „opieką" zmęczonej życiem babci czy obojętnej niani, w końcu kolegów wabionych ich „szmalem". - Dzieci dorastają pozostawione same sobie w komfortowo umeblowanych mieszkaniach - mówi dr Krystyna Sawicka - Szmidkow-ska ordynator oddziału dziecięcego „B" szpitala wojewódzkiego w Białymstoku. - Mają w swoim pokoju komputer, telewizor, wideo i wiele innych rzeczy, ale brakuje im matki i ojca. A dzieci mają problemy, w ich przekonaniu na wagę życia lub śmierci. Tłuką się z myślami, z których nie mają się komu zwierzyć. W przekonaniu większości dorosłych te problemy są „jakimiś głupstwami" pojawiającymi się w dziecinnej głowie zapewne z braku ważniejszych spraw. Jeśli więc czasem dojdzie już do rozmowy z którymś z rodziców, to zazwyczaj ci bagatelizują sprawę. Kiedy córka napomyka coś nieśmiało o nieodwzajemnionej miłości, mentorsko zapewniają, że nie ona pierwsza i nie ostatnia, a i adresat uczuć nie taki znów wspaniały, jak się jej wydaje. Dziewczyna jeszcze jakiś czas próbuje drążyć temat, ale nieustanny opór rodziców zniechęca do podejmowania kolejnych prób. W końcu daje sobie spokój i wybiera wyjście - w jej przekonaniu - najlepsze. Bo jak żyć, skoro nie dość, że się nieszczęśliwie zakochała, to jeszcze nikt jej nie rozumie. Zobaczyć, jak to jest Powody, dla których - w przekonaniu czternaste-, piętnastolatków i młodszych - warto umrzeć, to nie tylko nieszczęśliwa miłość, ale też źle napisana klasówka, jedynki na koniec roku, strach przed powrotem do domu, z którego kilka dni temu się uciekło. To również wstyd za rodziców codziennie pijanych, oddających na wódkę ostatnie pieniądze, tak że brakuje nie tylko na ubranie, ale i na chleb. Bywa też tak, że śmierć w mniemaniu nastolatka jest wyzwaniem lub zabawą, którą - dla zdobycia „odjazdowych" doświadczeń - warto przeżyć. - Trują się przeważnie tabletkami, tymi, które mają pod ręką, a więc aspiryną, pigułkami od nadciśnienia, przeciwbólowymi, na serce, psychotropowymi, a nawet witaminami - mówi dr Krystyna Poniatowska z reanimacji dziecięcej szpitala wojewódzkiego w Białymstoku. Jeśli są w bardzo ciężkim stanie, trafiają do oddziału intensywnej terapii, inne po płukaniu żołądka lądują w oddziale dziecięcym. Zaskoczeni, bo wszystko gra - Rodzice są zaskoczeni i przerażeni, nie rozumieją, jak mogło do tego dojść. Zazwyczaj twierdzą, że nie mają z dzieckiem żadnych kłopotów, w domu również wszystko w jak najlepszym porządku - mówi dr Krystyna Sawicka - Szmidkowska o reakcjach rodziców na wiadomość o próbie samobójstwa ich dziecka. Aby dojść prawdy i znaleźć przyczyny, które doprowadziły dziecko do tego desperackiego kroku, rodzice i niedoszły samobójca kierowani są do poradni specjalistycznej. Spotkania z psychiatrą zazwyczaj przebiegają według jednego scenariusza: w domu wszystko gra, a rodzice nie mają bladego pojęcia, w jakim celu ta demonstracja. Trzeba czasu, by dorośli zauważyli swój błąd. - Gdyby rodzina dobrze spełniała swoje obowiązki, nigdy nie dochodziłoby do takich tragedii - uważa dr Rawa. - Dziecko kochane, dziecko, z którym codziennie rozmawia się o jego problemach, nie ma przed rodzicami tajemnic. Jedynki nie są przyczyną desperackich kroków, a „rana" po nie spełnionej miłości łatwiej się zagoi, kiedy matka przyzna się, że kiedyś była w równie beznadziejnej sytuacji. Rodzice też zauważają, kiedy dziecko jest „inne", i znajdą sposób, by dociec prawdy. W końcu w „normalnej" rodzinie dziecku nie przyjdzie na myśl truć się, by zobaczyć, jak to jest. Ostateczne decyzje podejmuje się wówczas, kiedy brakuje miłości i zaufania. Wychować rodziców W przekonaniu psychiatrów zachowanie dorosłych na wieść o decyzji dziecka potwierdza dysfunkcyjność danej rodziny. Większość rodziców uważa, że zapewnienie dziecku wszelkich dóbr jest ich naczelnym obowiązkiem i wywiązują się z niego najlepiej, jak potrafią. Przyznają, że są zaganiani, ale harują tak, by ono miało to, czego oni doświadczyć nie mogli. Marek ma wszystko: mieszka w pięknym domu, ma swój pokój, a w nim komputer z podłączonym Internetem, kieszonkowe wielkości, jakiej chce, modne ubrania, wakacje za granicą, więc czego mu brakowało? Gdybyśmy go nie kochali, nie harowalibyśmy tak. Przecież do grobu tego nie zabierzemy - matka 13-letniego chłopca, który natykał się tabletek na-sercowych babci, nie godzi się z sugestią, że dziecku brakuje rodzicielskiej miłości. Obrażona na lekarza, który proponuje wspólną terapię rodzinną, idzie do innego - przyjmującego prywatnie. Uważa, że uspokajające tabletki rozwiążą problem. - Czasami opór rodziców jest tak trudny do pokonania, że nie udaje nam się nawiązać z nimi porozumienia i wtedy odchodzą, pojawiają się znowu, kiedy dziecko ponowi próbę. Wtedy są już bardziej pokorni - wyjaśnia dr Rawa. Powoli, po którejś z kolei wizycie dostrzegają popełnione błędy. Uzmysławiają sobie, że ich rodzina nie jest znowu taka kochająca się, że oprócz tego, iż całymi dniami nie ma ich w domu, to kiedy wieczorem spotkają się, nie zamieniają ze sobą ani słowa. A kiedy już dochodzi do rozmowy, to zazwyczaj podniesionym głosem wzmacnianym wulgaryzmami i przekleństwami. Obrażają się nawzajem zamiast dyskutować. Zdaniem psychiatrów dziecięcych, rodzice nie są przygotowani do pełnienia swoich ról. Zapatrzeni w siebie, w zaspokajanie coraz to nowych zachcianek i aspiracji zawodowych żyją obok dziecka. Owszem wszyscy są w domu, ale bardziej na zasadzie gości hotelowych niż współmieszkańców. - Żeby wychować dzieci, trzeba najpierw wychować rodziców -przekonuje dr Rawa. Potwierdzają tę opinię psycholodzy zajmujący się problemami dzieci i młodzieży. Wszystkie nieprawidłowości i tragedie, które są udziałem najmłodszych, wynikają z rozpadu rodziny, zaniku jej tradycyjnych ról. - Obecnie małżeństwa zawierają ludzie zbyt młodzi lub będący już w starszym wieku. To pociąga za sobą określone sytuacje życiowe. Albo dzieci wychowują dzieci, albo mamy nadopiekuńczych rodziców - mówi psycholog Wiesława Gołąbek ze Specjalistycznej Poradni Pedagogiczne - Psychologicznej dla Dzieci i Młodzieży z Zaburzeniami Emocjonalnymi w Białymstoku. W jej przekonaniu nie ma już dzisiaj rodziców „ciepłych", „serdecznych". Ich miejsce zajęli rodzice „drapieżni". Pomyliły się też pojęcia. Zauważać błędy dziecka to znaczy tłumaczyć, na czym polega ich niewłaściwość, a nie tylko karać i potępiać. - Coraz częściej dochodzę do przekonania o konieczności edukacji rodziców w zakresie wychowywania dziecka. Myślę wręcz o powołaniu szkoły dla rodziców -stwierdza psycholog Wiesława Gołąbek. Ciągłe wołanie W opinii psychiatrów, psychologów, jak też lekarzy ratujących bezpośrednio życie zatrutego dziecka, każda samobójcza próba jest przejmującym wołaniem o pomoc. Jest to często ostatni sygnał błagającego o ratunek dziecka. Także żebranie o miłość, czułość, zrozumienie, ale też obrona przed nadmiernymi wymaganiami zbyt ambitnych rodziców, których syn czy córka po prostu nie może spełnić. GRAŻYNA PAWELEC W ubiegłym roku w szpitalu wojewódzkim w Białymstoku na II oddziale wewnętrznym 36 dzieci leżało z powodu zatruć. Większość z nich znalazła się tam na „własne życzenie". Wśród nich byty 24 dziewczynki i 12 chłopców. Średnia wieku 11,8 lat. Pochodzili z tzw. normalnych rodzin. Dwie 12-letnie dziewczynki miały „swoje" problemy, ale nikt ich nie rozumiał. Szukały pomocy. Bez efektu. Postanowiły więc z tym skończyć. Umówiły się, że zrobią to razem. Połknęły tabletki od serca, którymi leczyła się babcia. Skończyło się na płukaniu żołądków. Dziesięcioletni chłopiec tęsknił za matką przebywającą za granicą. Nałykał się pastylek, które znalazł w jednej z szafek w kuchni. Na szczęście byty to witaminy. Jedenastoletni chłopiec zabrany decyzją sądu spod opieki rodziców alkoholików do domu dziecka nie godził się z tą decyzją. Mówił „jeśli nie mogę być w domu, wolę nie żyć". Zjadł garść antybiotyków. Został odratowany w ostatniej chwili. Najmłodsze dziecko, które trafiło do psychologa z myślami samobójczymi, to siedmioletni chłopczyk. Jego rodzice, nałogowi alkoholicy, nie zdawali sobie nawet sprawy z miłości, jaką ich darzył. Nie chciał znosić kpin kolegów oraz widoku zataczających się po chodniku pijanych rodziców. Raniła go też litość okazywana przez sąsiadów. Copyright by Moja Rodzina, nr 6/1999 opr. TG/PO |
