słodki cukiereczek

Rodzina


Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach |


Portret dziadków we wnętrzu

- Dziadek jeszcze ma lekcje, ale wprowadzę cię na górę - drzwi otwiera mi chyba czteroletnia blondynka z setką drobnych loczków na głowie. Posłusznie idę za nią na piętro po stromych lastrikowych schodach. - Nie przewracasz się na nich? - pytam dziewczynkę. - Ewunia by się przewracała? - robi na mnie wielkie oczy. - Ale Markowi i Tomkowi, co się uczą z dziadkiem liczenia, już raz krew leciała, jak spadli na dół - śmieje się cicho. Zza kremowych drzwi z tabliczką Szotowie dochodzą dziecięce głosy.

Moja przewodniczka próbuje nacisnąć klamkę, ale już w progu staje, odprowadzający do wyjścia czterech chłopaków, pan Stanisław. Nigdy bym nie powiedziała, że jest już po osiemdziesiątce. Wysoki, wyprostowany, jakby przed chwilą wyszedł z wojskowego szeregu, z przenikliwymi, błękitnymi oczami. - Teraz pani redaktor będzie mieć ze mną lekcję - śmieje się do chłopców i suchymi, pomarszczonymi palcami strzela w powietrzu nad ich głowami. - Ale tabliczkę mnożenia musicie umieć jak pacierz. Sprawdzę to w piątek. Wyrzućcie do kosza kalkulatory.

Od pokoju

Pan Stanisław ponad czterdzieści lat przepracował w nauczycielstwie. A właściwie, licząc zajęcia z dziećmi prowadzone u siebie w domu już na emeryturze, wyszłoby mu sześćdziesiąt lat pracy w zawodzie. Po wojnie uczył wszystkiego - polskiego, matematyki, oczywiście rosyjskiego, zajęć technicznych, wychowania fizycznego. Potem jeździł na kursy, żeby się - jak to mówili - wyspecjalizować i utrzymać siedmioosobową rodzinę. Teraz uczy swoje wnuki i ich kolegów. Dwa razy w tygodniu przychodzą na zajęcia z matematyki i godzinę uczą się gramatyki. Pan Stanisław pokazuje mi duży budzik z wypukłym szkłem, na którym siadła rozgrzana wrześniowa mucha. - Nastawiam go pod ich kontrolą dokładnie na czterdzieści pięć minut. Wśród czterech uczniów jest szóstoklasista Marek, mieszkający z rodzicami na parterze domu, wnuczek pana Stanisława. Rodzice jego kolegów sami prosili o to douczanie. Pan Stanisław nie bierze honorariów, ale liczy na ich pomoc. Tłumaczy, że kiedy będzie w potrzebie, poprosi bez skrępowania. Lekcje odbywają się w pokoju gościnnym, przy dużym stole nakrytym ceratą. Ale często wykraczają poza ustalone dziedziny i przenoszą się w inne miejsca. Kiedy mowa o zapyleniu kwiatów i rozwoju owoców, schodzi do niedużego przydomowego ogrodu, gdzie każe im wąchać i rozróżniać kwiaty jabłoni, śliw, grusz, orzecha włoskiego. Gdy chłopcy nie mogli zrozumieć, na czym polega system heliocentryczny, pan Stanisław stanął na stole i poruszał piłeczkami - planetami, wokół słońca - lampy. - Uczę się stale, żebym nie wyszedł z wprawy - śmieje się gospodarz. - Jak mnie święty Piotr zapyta, co robiłem, nie mogę zapomnieć. Może tam się przydam jako nauczyciel.

Od kuchni

W nagrzanej od pieca kuchni, do której zaprosiła mnie żona gospodarza, pani Helena, sterty makaronu na stolnicy. - To na jutro i pojutrze, gotuję dzieciom obiady, bo syn i synowa zapracowani, a maluchy lubią zjeść u babci. Specjalnie jeździ na giełdę, żeby kupić tańsze jajka, warzywa. - Teraz jesień, to wszystko po dostępnych cenach, dlatego robię zapasy - pokazuje na stojące na podłodze słoje z czerwoną papryką, węgierki przesypane warstwami cukru. Z ciepłego piekarnika dolatuje mnie słodki zapach. - Nad tym się napracuję najwięcej, ale dzieciaki przepadają za suszonymi owocami - wyjaśnia. - I nie tylko wnuki, ale wszyscy uczniowie męża. A i dorośli goście, panie z naszej róży różańcowej, też pytają o te moje delicje - śmieje się gospodyni. Podaje mi talerz ze swieżo upieczonym piernikiem z marchwi. Jest sporo młodsza od męża, szczupła jak dziewczyna, ze starannie zaplecionymi wokół głowy siwymi warkoczami. Tylko pochylone plecy nie dadzą się rozprostować. Nie dość, że wrzesień upalny, to jeszcze grzeje od pieca, dlatego "robi przeciąg" i wracamy do dużego pokoju. Pan Stanisław zrywa się z tapczanu, na którym przez chwilę leżał. - To ta astma - tłumaczy się zakłopotany. Słyszę świszczący szybki oddech. Ale już siedzi, poprawia koszulę. - Już nie mogę chodzić po schodach, trzeba by się przenieść na parter. Na starość człowiek brzydki jak małpa, a powolny jak żółw. Gdyby się dało przestawić te cechy... - Wnukowie przynoszą ci co chcesz, nie narzekaj - żona rozstawia szklanki z herbatą. Najmłodsza Ewunia wspina się dziadkowi na kolana. To dla niej osłonił lampę w żyrandolu gazetą, żeby nie raziła w oczy, kiedy usypia w pokoju dziadków. Na stole obok miejsca na poczęstunek, sterty podręczników w wytartych, papierowych okładkach. Data wydania jednego z nich to 1960 rok, a innego, odłożonego na bok - 1998. Na drewnianym, starym kałamarzu pióro ze stalówką. Do dziś pan Stanisław wysyła karty świąteczne pisane kaligraficznym pismem.

Od okna

- Tu są babcine koraliczki Matki Bożej - Ewunia, sprawdzająca zawartość szuflad niedużej komódki przynosi nam dwa różańce. - Modlimy się na nich codziennie, Ewunia też, a jak przyjdzie więcej znajomych, to po kolacji razem klękamy - pani Helena pokazuje złocony obraz Matki Bożej Częstochowskiej, zawieszony na ciemno tkanym kilimie. Przed dziesięciu laty stali się członkami Żywego Różańca. A jeszcze wcześniej pani Helena wstąpiła do Bractwa Szkaplerza Świętego. Dzień zaczyna od Mszy św., a i wieczorem, jak nie musi pilnować wnuków, to idzie do kościoła. - Muszę za męża, bo jemu ciężko, a nasz kościół stoi na górce - pokazuje ręką na okno, skąd dochodzi bicie dzwonów. - Żona to taka usłużna dla sąsiadów - opowiada pan Stanisław. - Jak trzeba, to kartotekę u lekarza wyciągnie, chleb im przyniesie. Ale kiedyś sąsiadowi z końca ulicy pomogła pchać obładowany wózek z zakupami. Gdzieś w połowie drogi zorientowała się, że w środku stukają butelki. Patrzy, a tam wódka i piwo. Pan Wacek był w Czeskim Cieszynie i tańsze sobie przywiózł... To się żona zdenerwowała, bo my alkoholu wcale nie pijemy. - Z tą wódką to mamy przygody - śmieje się pani Helena. - Pamiętasz, jak przyszedł do ciebie uczeń? Starszy już, po pięćdziesiątce, Jawczyński się nazywał... Kwiaty ci przyniósł za to, żeś go z matematyki piłował. Niestety, przed przyjściem do nas, chyba dla dodania sobie animuszu, lekko się wstawił, i na koniec zamiast iść do wyjścia, wszedł do naszej szafy i zaplątał się w ubrania... Pani Helena śmieje się i co chwilę przygładza włosy, jakby nie chciała wypaść z roli starszej pani. - Noszę bluzki po najstarszej wnuczce - tłumaczy się. - Dlatego jestem jak na babcię za kolorowa.

Od dołu

Na dole, w pokoju wnuków słychać modną Americanę zespołu The Offspring. Kiedy wchodzimy z panią Heleną, starszy Mateusz gwałtownie przycisza muzykę. Jest wyższy od dziadka, ma takie same jak pan Stanisław oczy. Chodzi do liceum. Młodszy Marek przegląda komiksy rozrzucone po podłodze. Babci nie podoba się ta głośna muzyka i obrazkowe książki. - To nasze osobne światy, w nich się nie spotkamy - mówi, schylając się do zbierania rozrzuconych pism. Mateusz gra na perkusji w szkolnym zespole, ale nie może namówić babci do przyjścia na koncert. Ma żal, że dla niej to tylko bezmyślne bębnienie. Opowiadają, że pani Helena biega z piętra na parter, donosząc wnukom swoje smakołyki. - Czasem nie można spokojnie posiedzieć z kolegą, bo babcia przynosi nam jakieś jedzenie - mówi Marek. - Ale jakie to pyszne - dodaje. - Biega po tych schodach jak młoda dziewczyna, raz myślałem, że to jakaś moja koleżanka. Inne starsze panie, które przychodzą do dziadków, to wchodzą po schodach pół godziny. My też pomagamy babci, ale bardziej dziadkowi, bo on już rzadko schodzi. Marek narzeka na lekcje z dziadkiem. Że starszy pan chciałby je przewlekać w nieskończoność, że mówi wolno, a chłopcy by chcieli pograć w piłkę. - Ale jest klawy, jak czegoś nie wiem, to nawet o dziesiątej w nocy mi pomoże - zapewnia wnuczek. Chwalą dziadka za kondycję, bo choć astma skraca mu oddech, to jeszcze cztery lata temu świetnie robił pompki, a do dziś przysiady. - To skromny człowiek - mówi przejęty Mateusz. - Nie opowiada, że uratował chłopca tonącego w zamarzniętym jeziorze. Wskoczył do wody w zimowym płaszczu, a potem w wywiadach mówił, że zrobił to dlatego, że ceni życie. Mateusz w segregatorach na półce szuka pożółkłych gazetowych wycinków. Na korkowej tablicy nad tapczanem, pośród kolorowych kartek, zdjęć, wisi przypięta pinezką kartka zapisana atramentem wykaligrafowanymi literami: Per aspera ad astra. - Przez trudności do gwiazd - tłumaczy maksymę Mateusz. - Dziadek też uczył łaciny.

Barbara Gruszka-Zych

opr. TG/PO


Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Nowości na naszych stronach | PDA | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła |