słodki cukiereczek

Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!
















Źródło: Gość Niedzielny

Barbara Gruszka-Zych

Cela budzi się w bajce



Cela w królestwie swego malowania. Autor zdjęcia: Jakub Szymczuk



Kiedy Cela się uśmiecha, to tak jakby zaświeciło słońce na jej rysunkach — ogromne, żółte, zwykle na pół strony. Takie, że nawet papier się cieszy.

Cecylia Sobolewska maluje, kiedy tylko ma czas, bo to najlepszy sposób na opowiedzenie o sobie. A jest o czym opowiadać, bo przed 20 laty urodziła się z zespołem Downa. I żyje, niosąc wszystko, co daje dodatkowy 21. chromosom. — Lepiej niech pani porozmawia z nią sama — proponuje tata Tadeusz. — Ze mną ostatnio często kontaktuje się przez esemesy, jak zbuntowana nastolatka. Ciekawe, czy kiedyś ucieknie z domu? Tata żartuje, myśląc o realnej ucieczce, a przecież Cela stale, ucieka gdzieś daleko. W swój świat, który stara się pokazać na rysunkach i w komiksach. Całe ich sterty, liczące po 90 lub 100 stron, leżą na półkach, opowiadając o tym, czym żyje. Wita mnie, trzymając kota w ramionach. Potem oprowadza po mieszkaniu. Dzieli je razem z — jak ją przedstawia — „matulą, świetną pisarką, która jest czuła” i tatą — „świetnym dziennikarzem”. Ona sama to książę, ale tak naprawdę siostrzana dusza Natalii, też z zespołem Downa. Jej przyjaciółka chodzi do szkoły ogrodniczej, dlatego ona sama też polubiła kwiaty i przedstawia się jako świetna ogrodniczka, a malarz tylko z wyboru. Ostatnio w komiksach najwięcej jest Natalii fruwającej nad ziemią z radości, witającej się z Celą, tańcującej na kilku stronach „Ogrodu wspomnień”. Cela pokazuje ją, bogów greckich i rzymskich, smoki i dinozaury w swoim stylu. Zdecydowaną, rozpoznawalną kreską wydobywa z bieli kolorowe, pełne harmonii postaci. Nawet jej smoki ziejące czerwonym ogniem są jakieś takie do przytulenia. Nie przez przypadek miała już kilka wystaw.

Mądrość na kartce

Siadamy na łóżku w jej pokoju. W nogach tygrys bengalski ze sztucznego futra, a na podłodze węże. — Pyton, anakonda, okularnik — takie sobie przyjemne gady — objaśnia. — Kupujemy je w kiosku w Zawoi. I każe mi zgadywać, co to za bogini. Nie wiem, więc tłumaczy, że Demeter opiekuje się plonami. — Dzięki niej powstają kwiaty. Także kwiaty, które kwitną w głowie Celi z radości, że ma przyjaciółkę Natalkę. Wakacyjna kartka od niej leży na biurku obok tabeli ze znakami pierwiastków. — A tu pokój Fausta, to taki alchemik podobny do pana Twardowskiego — pokazuje kolejne obrazki. Jest też lew. — To Aslan z „Kronik Narnii”, a Aslan znaczy Bóg. — Kto to jest Bóg? — pytam. — Ten, który nas kocha, czuję to w sercu — dotyka piersi. Chętnie przygotowywała się do I Komunii św., a potem bierzmowania, na którym wybrała imię Klara. A naukę 10 przykazań i pouczenia moralne skwitowała swoim przesłaniem: „Nie jest grzechem śmiechem, ale jest grzechem płaczem”. Mama Anna — pracowniczka Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk — od lat zajmuje się mistyką w literaturze. Jest przekonana, że osoby dotknięte niepełnosprawnością umysłową odzyskują pełnię osobowości w modlitwie, życiu religijnym, obcowaniu z pięknem sztuki. Cela ma talent do układania życzeń, które wywołują metafizyczny dreszcz. Kiedyś jej napisała: „Dla Matuli. Ani strachu, ani śmierci. Miłość jest wieczna, zawsze będziemy żyć, a nasza miłość będzie aż do śmierci i do starości. Spotkamy się w niebie i nie trzeba się bać śmierci”. Tyle mądrości utrwalonej na zwykłej kartce niewprawnym, młodzieńczym pismem.

Dookoła jej świata

Na półkach i parapecie w pokoju Celi stoją kolekcje kotów w jej ulubione paski, trofea ze zwycięstw w paraolimpiadach, figurki indyjskie, żuki i owady, jachty, którymi chciałaby opłynąć świat. Obok globus i mapa, na których pokazuje kraje, gdzie była z rodzicami i starszą o 17 lat siostrą Justyną. Z tych podróży jak dziennikarka pisze korespondencje na komputerze, drukowane w piśmie Stowarzyszenia Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa „Bardziej Kochani”. Teraz podróżuje im się coraz lepiej, ale zdarzało się, że kierowniczka wycieczki nie chciała zaakceptować niepełnosprawnego dziecka. Tak jak prowadzący warsztaty teatralne: kiedy mama wysłała ją na zajęcia samą, wystawił ją na korytarz. — Nasze zdrowe społeczeństwo potrzebuje resocjalizacji — mówi pani Anna. — Boi się niepełnosprawnych. Nawet w przedszkolu integracyjnym, do którego chodziła Cela, integracja okazała się fikcją. Dziewczynka zajmowała pierwsze miejsce w socjogramach na bycie lubianą, a po zajęciach nikt nie zapraszał jej do zabawy. Za to utrzymuje świetne relacje z dorosłymi. Mogłaby samodzielnie jeździć do szkoły, ale rodzice obawiają się, że ktoś wykorzysta jej łatwowierność i ufność. Dlatego zwykle wychodzi z domu z rodzicami, opiekunami lub rówieśnikami.

Piotruś Pan

Codziennie rano wstaje przed siódmą, żeby zdążyć na minibus, który zabiera ją do szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy. W drodze słuchają disco polo, przy którym wszystkim od razu poprawia się humor. (Wieczorami Cela puszcza sobie ulubionego Haendla, Haydna, Grechutę i piosenki Osieckiej). Zajęcia zaczynają się o 8.30 i zwykle trwają do 16.00. Uczy się tam prac domowych, funkcjonowania w środowisku, a także ogrodnictwa. — Cela ma tak dużo pasji, że nie potrzebuje dodatkowej stymulacji, żeby zapełnić sobie czas — podkreśla mama. Każdego popołudnia po 16.00 bierze udział w zajęciach dodatkowych: logopedycznych, ruchowych, z psychologiem, teatralnych, tanecznych, plastycznych. — Niestety, po skończeniu szkoły większość uczniów, nawet po szkołach zawodowych, ląduje na mało twórczych warsztatach terapii zajęciowej — martwi się pani Anna. Szkoda, że zniknęły dawne Spółdzielnie Inwalidów, gdzie praca i talenty podopiecznych nie marnowały się. Cela wchodzi do kuchni, gdzie prowadzimy rozmowę i przyrządza sobie na kolację płatki mlekiem. — Jak wszyscy z zespołem Downa jest na diecie — komentuje mama. Ostatnio zaesemesowała do taty, żeby poszli na „Julię i Julię” z Meryl Streep. Następnego dnia w szkole na zajęciach z gotowania udawała bohaterkę — znakomitą kucharkę. — Cela weszła w dorosłość później niż inne nastolatki — opowiada mama. — Zgasła jej umiejętność cieszenia się drobiazgami, przestała się ratować wyobraźnią. Przez chwilę poczuła całą powagę życia i swoją niemożność wpływu na to, co ją czeka, aż posmutniała i na krótki czas wpadła w depresję. Teraz, jak mówi tata, znów pozostaje Piotrusiem Panem, który będąc dorosłym, jest też dzieckiem. Jak wszystkie nastolatki każe pukać do swojego pokoju. Z jednej strony wstydzi się, żeby tata, broń Boże, nie zobaczył jej bez koszulki, a rano pozwala mu się ubierać do szkoły.

Miłość nie do opisania

— Czy to trudna sytuacja? — zastanawia się głośno pani Anna. — To zwykłe życie, z każdym dzieckiem są problemy, tylko przed nami postawiono więcej wyzwań. Najważniejsza była akceptacja Celi jak zwykłego, kochanego dziecka. — Żeby problem zespołu Downa nie przytłaczał i nie kładł się cieniem na rodzinę — opowiada. Pamięta, jak zaraz po urodzeniu córki weszła w cień, świat stracił kolory. Patrzyła na inne szczęśliwe mamy i ich dzieci. Bolało ją wchodzenie do przychodni ze zdrowymi maluchami. Na szczęście nigdy nie liczyła się z tym, jak jej córkę oceniają inni. „To ich problem, nie mój” — myślała. Pomogła jej praktyka jogi i bliscy. Niektórzy nie zdali egzaminu — nie potrafili podejmować tematu. Inni — od początku mąż, starsza córka, dziadek Zdzisław i babcia Jadwiga, przejęli troski na siebie. Doczekała, że w niej samej też zaszła zmiana. — To, że przyjęłam Celę taką jaka jest, to był moment łaski, dostałam coś z góry — mówi. Kiedy jej pierwsza córka Justyna dorastała, nie cieszyła się z jej pierwszego kroczku, słowa tak jak przy Celi. Prawie się z nią nie rozstaje, woli gdzieś z nią pojechać, niż wysyłać samą na kolonie. — Lubię z nią być, nie jest dla mnie ciężarem — dodaje. Nie szukała pomocy uzdrowicieli. Teraz też przed nimi przestrzega: — Nie pomogą, bo to nie choroba, lecz inwalidztwo. Powtarza za Ireną Markowską, mamą Jagódki z zespołem Downa: „Te dzieci tak się kocha, że trudno nawet o tym pisać”. Sama napisała o swojej miłości do córki w książce „Cela”. Pokazuje w niej ich szczęśliwe życie, żeby dać siłę innym. Bo przecież są szczęśliwi kiedy widzą, jak córka wita ich rano z tym swoim uśmiechem, i nic jej nie dolega. Jest już 10 wieczór. Cela nie chce odejść od telewizora, w którym leci jakiś film. Jeszcze czeka ją toaleta, przygotowanie rzeczy do szkoły, a potem słuchanie bajki, takiej dla mniejszych dzieci. W tych bajkach bohaterowie są inni niż zwykli ludzie, tacy nie z tego świata. Cela wie, że dobrze ją rozumieją. I usypia pewna, że nazajutrz obudzi się w takiej bajce.


opr. mg/mg





 wyślij znajomym

Zobacz także:
Michał Gryczyński, Świętość dwojga - błogosławieni Maria i Alozjy Quattrocchi
Katarzyna Jaskólska, Nie zmarnować cierpienia [N]
Iwona Galińska, Wielodzietność to nie patologia
Ireneusz Fryszkowski, Jak zaplanować wspólny posiłek?
Benedykt XVI, Było to wspaniałe święto wiary dla wszystkich
Piotr Kieniewicz MIC, Bioetyczny labirynt. Podwójne oblicze medycyny prenatalnej
Michał i Edyta Jarosz, Idź do ludu...
Marek Dziewiecki, Wstydliwość – ochrona godności
Benedykt XVI, RV, Katecheza o modlitwie. Rodzina pierwszą szkołą modlitwy
Benedykt XVI, Wychowanie młodzieży do sprawiedliwości i pokoju
Komentarze internautów:

Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Edukacja Ekonomiczna | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Księgarnia religijna | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Noclegi w Polsce | Noclegi, hotele w Polsce | Nowości na naszych stronach | PDA | Pielgrzymki piesze - ePielgrzymka | Rekolekcje | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Tapety i dzwonki religijne | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła