słodki cukiereczek

Rodzina


Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach |


Dziecko na wagę złota

Nigdy we współczesnej historii Polski nie mieliśmy tak niskiego przyrostu naturalnego

Statystyki biją na alarm: z roku na rok nieprzerwanie maleje liczba urodzeń. Jak wynika z danych GUS, w roku 1998 w Polsce po raz pierwszy w historii spadła ona poniżej 400 tys. Tempo przyrostu liczby ludności osiągnęło najniższy wskaźnik w latach powojennych. Czy znaczy to, że jesteśmy narodem wymierającym?

Całkiem niedawno, jeszcze przed konferencją ludnościową w Kairze, pojawiały się głosy, że światu grozi przeludnienie, straszono, że ziemia nie zdoła wszystkich wyżywić. Tymczasem tempo przyrostu liczby ludności w zastraszającym tempie maleje. - Są to tendencje nie tylko ogólnoeuropejskie, ale typowe dla krajów postindustrialnych, na których wzoruje się cała Europa. Także Polska kopiuje te wzorce - stwierdza dr Jan Kłys z Katedry Demografii Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. - W krajach europejskich, za wyjątkiem Irlandii i Albanii, mamy do czynienia z brakiem prostej zastępowalności pokoleń. Aby zjawisko to zaistniało, statystyczna kobieta powinna urodzić 2,2 dziecka, obecnie współczynnik ten wynosi 1,5. Proces depopulacji najwcześniej ujawnił się w polskich miastach, których ludność nie odtwarza się już od połowy lat 60. Dodatnie saldo przyrostu naturalnego jest tu możliwe tylko dzięki migracji ludności wiejskiej. Jednak od początku lat 90. systematycznie spada także napływ ludności do miast. Jeszcze niedawno ostoją dzietności zapewniającej zastępowalność pokoleń była wieś. Od 1995 r. także tam liczba urodzeń spadła poniżej optymalnych wskaźników.

Gdy jest już za późno

Według danych GUS, bezpośrednią przyczyną wolnego tempa rozwoju ludności w Polsce w latach 90. jest spadek przyrostu naturalnego, tj. nadwyżki liczby urodzeń nad liczbą zgonów. W 1998 roku liczba urodzeń była wyższa od liczby zgonów tylko o około 22 tys., co oznacza, że przeciętnie na 1000 osób przybyło mniej niż 1 dziecko. Lata 90. są więc okresem depresji urodzeniowej. Co jest tego przyczyną? - W dużym stopniu nałożył się na to okres transformacji ustrojowej, która powoduje niepewność losu i wyzwala gest samoobrony - wyjaśnia Joanna Stańczak z Departamentu Badań Demograficznych Głównego Urzędu Statystycznego. - Stabilizacja ekonomiczna i zawodowa wymaga odłożenia decyzji o urodzeniu dziecka na później. Ludzie z jednej strony chcą mieć dzieci, ale zdają sobie sprawę, że wiąże się z tym ich utrzymanie i wykształcenie, a to kosztuje. Jakość życia odgrywa tu więc dużą rolę. Innego zdania jest dr Jan Kłys: - Nie należy wyolbrzymiać względów ekonomicznych, niski standard życia nie odgrywa tak naprawdę wielkiej roli - twierdzi jakby na przekór sondażom. - Proporcje są takie: im zamożniejsza rodzina, tym ma mniej dzieci, na większą liczbę natomiast decydują się zazwyczaj rodziny najuboższe. Potwierdza to fakt, że gwałtowny spadek dzietności - paradoksalnie - widoczny jest właśnie w krajach wysoko rozwiniętych. Sytuacja ekonomiczna, wbrew pozorom, nie jest więc pierwszorzędnym czynnikiem uniemożliwiającym posiadanie większej liczby dzieci. Zdaniem psychologów, małżonkowie, którzy warunki bytowe przedkładają nad życie rodzinne, wcale nie są szczęśliwi. - Ci, którzy decydują się tylko na jedno dziecko, często żałują tego, gdy jest już za późno - twierdzi lekarz jednej z poradni rodzinnych. - Widoczne jest to w sytuacji, kiedy na przykład dziecko jest dorosłe i zaczyna żyć swoimi sprawami. Pojawia się tzw. zespół pustego gniazda. Gdy w domu nie ma młodszego dziecka, pozostaje pustka. Tak naprawdę człowiek jest szczęśliwy tylko wtedy, gdy nie żyje dla siebie.

Radykalna zmiana postaw

W znacznym stopniu liczba urodzeń powinna być stymulowana przez liczbę zawieranych małżeństw. Większość dzieci rodzi się w początkowych latach trwania małżeństwa, tym samym wzrost liczby zawieranych małżeństw powinien bezpośrednio powodować korzystne zmiany w liczbie urodzeń. Tymczasem tak nie jest. W Polsce zdecydowana większość dzieci przychodzi na świat w rodzinach biologicznych, chociaż liczba urodzeń ze związków pozamałżeńskich w ostatnich latach znacznie wzrosła. Na początku lat osiemdziesiątych, w związkach pozamałżeńskich rodziło się około 5 proc. dzieci. Na początku lat dziewięćdziesiątych wskaźnik ten wzrósł do około 7 proc. W ostatnich latach, według szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, co dziesiąte dziecko pochodzi z nieformalnego związku. Chociaż szacuje się, że w 1998 r. w związek małżeński wstąpiło 209 tys., tj. o 4 tys. par więcej niż rok wcześniej, jednak wciąż więcej małżeństw się rozpada niż jest zawieranych. Rozwód jest przyczyną rozwiązania blisko co piątego małżeństwa. Tylko w 1998 r. rozpadło się w ten sposób 45 tys. par, o 2,5 tys. więcej niż w roku poprzednim. Wzrost liczby nowych małżeństw również nie znalazł odbicia we wzroście urodzeń. Depresja urodzeniowa świadczy więc raczej o niechęci do podejmowania trudu rodzicielstwa niż o braku potencjalnych matek. Jak twierdzą demografowie, w Polsce mamy dzisiaj do czynienia ze zmianą mentalności społecznej. - Model polskiej rodziny staje się coraz bardziej zbliżony do reprezentowanego w krajach zachodnich, nie należy więc oczekiwać powrotu do wysokiej dzietności - ocenia Joanna Stańczyk z GUS. - W ostatnich latach wzrasta też wskaźnik urodzeń pozamałżeńskich. - Polacy coraz później decydują się na związki małżeńskie. Skraca się także okres podejmowania decyzji prokreacyjnych. Dziś małżeństwo z dziesięcioletnim stażem rzadko decyduje się na posiadanie dziecka. Ale na tle innych krajów europejskich nasza sytuacja nie wygląda może najgorzej - zastanawia się Janusz Witkowski, wiceprezes GUS. - Środki społecznego przekazu - przekonuje dr Kłys - z upodobaniem prezentują wzorzec rodziny małodzietnej, bezkrytycznie kopiując wzory zachodnie. Ponadto w Polsce mamy do czynienia z kolizją ról społecznych. Wydłużony okres kształcenia sprawia, że dopiero po ukończeniu studiów wyższych, a często po podjęciu pracy zawodowej i osiągnięciu samodzielności finansowej, ludzie decydują się na zawarcie małżeństwa. Faza prokreacyjna zatem ulega skróceniu. Nasila się też zjawisko odkładania decyzji o sformalizowaniu związku i spadku liczby zawieranych małżeństw. Pojawiają się natomiast tzw. samotne matki. To radykalna zmiana postaw, w której wyraża się świadoma decyzja małżonków o odmowie pełnienia służby życiu. Powszechnie przyjmuje się dzisiaj model rodziny dwa plus jeden albo dwa plus zero. Coraz więcej osób ulega modzie, by decyzję o urodzeniu dziecka podejmować po ponad dziesięciu latach życia małżeńskiego. Sprawia to, że w wielu przypadkach małżonkom coraz trudniej w ogóle zdecydować się na dziecko. Są już przyzwyczajeni do wygodnego życia tylko we dwoje. Nauczyli się obywać bez dziecka i obawiają się zburzenia spokoju i zakłócenia dotychczas panującego porządku, a także przerwania pracy zawodowej. - Dziecko nie jest już wartością nadrzędną, ale konkurencyjną wobec dóbr materialnych - akcentuje dr Kłys. - Tego rodzaju egoizm ma konsekwencje w dalszym życiu. - Z własnego doświadczenia wiem, że przychodzi taki moment, kiedy człowiek żałuje wcześniejszych decyzji - wyznaje 45-letnia kobieta z Duszpasterstwa Rodzin w jednej z warszawskich parafii.

Wielkie tragedie ludzkie

Zdaniem demografów, spadek dzietności spowodowany jest także rozpowszechnieniem środków antykoncepcyjnych. Trudno zrozumieć, dlaczego niektóre małżeństwa świadomie unikają potomstwa, podczas gdy wiele innych pragnie dziecka, ale z różnych przyczyn nie może go mieć. - Małżeństwa bezdzietne, nastawione jedynie na własne przyjemności, zawsze są w jakimś sensie niespełnione - mówią w Duszpasterstwie Rodzin. Jeden z księży dodaje: - Spadek dzietności jest nie tylko problemem zmniejszania się liczby ludzi na ziemi, ale także wyrazem nieszczęść małżeństw, które nie mają potomstwa. Są to naprawdę wielkie tragedie ludzkie. Czy rozpowszechnienie modelu rodzin bezdzietnych lub małodzietnych nie jest w jakimś sensie porażką duszpasterską Kościoła? Małżeństwa te w znacznej mierze pochodzą przecież z rodzin katolickich, zazwyczaj regularnie uczestniczących w praktykach religijnych. Duszpasterze nie poruszają tych tematów ze względu na nadmierną wrażliwość, są zbyt delikatni, nie chcą się wtrącać do tak intymnych problemów ludzkich. Jak się jednak okazuje później w konfesjonale, jest to błędne podejście, w wielu przypadkach bowiem kapłani mogliby zapobiec nieszczęściu. - Warto chyba zwrócić uwagę na te małżeństwa, które stosują naukę Kościoła w codziennym życiu. Wyrzeczenia, jakie podejmują, później procentują - uważa ks. dr Kazimierz Kurek, wieloletni duszpasterz rodzin.

Niepokojące prognozy?

Jak podaje GUS, zgodnie z założeniami najnowszej prognozy ludności, w końcu bieżącego stulecia w Polsce będzie mieszkało prawie 38,8 mln osób. W 2001 roku liczba ludności kraju może nieznacznie przekroczyć 40 mln osób, a do 2020 roku może wzrosnąć. Proporcje według płci nie zmienią się - kobiety będą stanowiły ok. 51,4 proc. populacji. Udział dzieci i młodzieży, tj. osób w wieku przedprodukcyjnym, spadnie prawdopodobnie do ok. 23 proc. W związku z osiąganiem w latach 2010-2020 wieku emerytalnego przez osoby urodzone w powojennym wyżu demograficznym, udział populacji w wieku poprodukcyjnym może wzrosnąć do ok. 15 proc. w 2010 roku i 19 proc. w 2020 r. - Jedno jest pewne: będziemy społeczeństwem wymierającym. Najdalej do 2100 roku stanie się to bardzo widoczne - ocenia dr Jan Kłys.

MILENA KINDZIUK, TOMASZ GOŁĄB

opr. TG/PO


Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Nowości na naszych stronach | PDA | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła |