|
Powrót | Przed ślubem | Idealne małżeństwo | Zaplanuj rodzinę | Adopcja | Wychowanie | Nałogi | Mamy wnuki | Rodzina w dokumentach | W rodzinnym domu dzieckaW codziennej wrocławskiej prasie regularnie ukazują się ogłoszenia: "Poszukujemy małżeństw do poprowadzenia rodzinnych domów dziecka”. Aby podjąć się tego zadania, trzeba spełnić kilka warunków: przynajmniej jedno z małżonków powinno mieć przygotowanie pedagogiczne, trzeba posiadać własne mieszkanie, do którego małżonkowie wrócą po przejściu na emeryturę, a jeszcze lepiej, gdyby mogli wprowadzić do niego dzieci - mówi Dominika Hutt z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej (MOPS) we Wrocławiu. Dotychczas tylko jedno z chętnych małżeństw dysponowało własnym domem spełniającym wymagane warunki. Znalezienie odpowiedniego lokalu jest sprawą trudną, chociaż - jak się okazuje - możliwą do realizacji, skoro w bieżącym roku co dwa miesiące oddawany jest kolejny dom nowej rodzinie. W dziewięciu rodzinnych domach dzieci znajdują opiekę i miłość rodzicielską. Do końca roku ma powstać sześć kolejnych placówek tego typu. Wrocławski MOPS zamierza zastąpić publiczne placówki opiekuńcze rodzinnymi domami dziecka. Nowe życie Barbara i Stanisław Grzybowie wprowadzili się z dziewiątką dzieci do dawnej szkoły, dzieląc ją z państwem Kowalikami. Odremontowany budynek ciepłymi kolorami wyróżnia się wśród szarych zabudowań ulicy Kamieńskiego. Z przyjemnością oglądam jasne, pogodne pokoje dzieci, kuchnię, przytulnie urządzony pokój dzienny z pianinem i organami elektrycznymi. Siadamy przy solidnym, długim stole, przy którym może spokojnie zmieścić się cała rodzina, nawet gdy przyjadą najstarsze dzieci państwa Grzybów, te rodzone, Bartek i Zbyszek z żoną Patrycją. Barbara i Stanisław pozostawili w Kędzierzynie-Koźlu wieloletnie przyjaźnie, znajomości, pracę i własne mieszkanie. - Synowie wyszli z domu, usamodzielnili się, a my rozpoczęliśmy nowe życie - mówi Barbara. Ale - stwierdza po chwili - do tej roli zmierzali przez wiele lat, uczestniczyli w psychologicznych kursach komunikacji, skończyli studium rodziny i kursy poradnictwa rodzinnego, studium muzyczne. Stanisław przez 15 lat uczył młodzież szkół średnich i zawodowych, oboje pracowali charytatywnie w poradni rodzinnej. - Nie lubię obierać cebuli - żali się Przemek, któremu w czwartkowe przedpołudnie przypadła rola pomocnika kucharza. Gotowaniem zajmuje się tato, równocześnie pełniąc funkcję dyrektora domu i wychowawcy, tak bowiem został zaszeregowany etatowo przez MOPS. Pani Barbara jest etatowym pomocnikiem dyrektora, a ile funkcji pełni, nikt do końca nie wie. Przede wszystkim jest mamą, powierniczką tajemnic i smutków, doradcą i rozjemcą, a także kierowcą, zaopatrzeniowcem, urzędnikiem, sprzątaczką, korepetytorką. - Od początku wdrażamy nasze dzieci do prac domowych, nie powiem, żeby nam to przychodziło łatwo. Były bunty, sprzeciwy, a nawet małe szantaże - opowiadają rodzice. W poprzednich domach nie wymagano od dzieci uczestnictwa w życiu rodzinnym. Teraz muszą włączać się w dbałość o dom i dobrą w nim atmosferę, robić razem z mamą zakupy, prać i sprzątać, pomagać młodszemu rodzeństwu, wyręczyć rodziców, gdy są zmęczeni. Z największym niezadowoleniem dzieci spotkało się ograniczenie oglądania programu telewizyjnego. Przyzwyczajeni do ciągle migocącego ekranu TV, nie za bardzo chciały podporządkować się nowym wymaganiom. Jeszcze więcej problemów sprawiają im wymagania rodziców w dziedzinie "naukowej". Nie można już przesiedzieć dwóch godzin nad książką i nic z tego nie zapamiętać. W nadrabianiu wieloletnich zaległości pomagają wolontariusze, zaprzyjaźnieni studenci. Rodziców bardzo cieszy każda dobrze napisana klasówka, pozytywna ocena, czy pochwała nauczyciela. Najstarszy syn, szesnastoletni Tomek, uczęszcza do liceum gólnokształcącego. Jest zdolny, zwłaszcza interesuje go historia, z mitologii nie ma równych w klasie. Mariusz z kolei nie za bardzo potrafi skupić się nad lekcjami, jest rozkojarzony, ruchliwy. Wkrótce trzeba będzie wybrać mu szkołę średnią, tylko jaką - zastanawiają się rodzice wspólnie z Mariuszem. Stasiu rozpoczął gimnazjum, więc jeszcze jest dużo czasu do wyboru kolejnej szkoły. Najmłodszy, Piotruś, chodzi do zerówki, a ośmioletnia Marta okazuje się jedną z najlepszych uczennic w I klasie. Trzeba zdążyć Po trzech latach wzajemnego poznawania się, po setkach przegadanych godzin, pokonaniu wielu nieporozumień, postanowieniach i ustępstwach, rodzina wie o sobie dużo, mimo że każde z dzieci reprezentuje inny typ charakterologiczny, ma odmienne zainteresowania i nawyki. Okazało się, że z umiejętności muzycznych rodziców skorzysta obdarzona dobrym głosem 12-letnia Lilka. Ćwiczy pod kierunkiem mamy i uczy się grać na organach. Przemek, Daniel i Piotr cztery razy w tygodniu jeżdżą na treningi do Akademii Wychowania Fizycznego, z kolei Małgosia, Lilka i Marta trzy razy w tygodniu jeżdżą na pływalnię. A jeszcze są wizyty u dentysty, lekarza, kino, teatr, sprawy urzędowe w MOPS-ie. Ze wszystkim trzeba zdążyć na czas, niczego nie można zaniedbać. Na szczęście dzieci już nie gubią swoich rzeczy (początkowo nie miały poczucia własności). Nadal sporo kłopotów przysparza zorganizowanie dzieciom zimowego i letniego wypoczynku - brakuje pieniędzy. - Inni też muszą oszczędzać - wyjaśniają rodzice. Tymczasem korzystają z gościnności zaprzyjaźnionych parafii i pomocy starszych synów, którzy w tym roku wysyłają rodziców na zasłużony urlop. Będzie to prezent na 30. rocznicę ślubu, a sami zajmą się dziewiątką młodszego rodzeństwa, obiecując im wiele atrakcji. TERESA SIENKIEWICZ-MIŚ Copyright by Gość Niedzielny, nr 15/2000 opr. TG/PO |
