Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Marek Piaszczyński

GDY ZNALAZŁ JEDNĄ DROGOCENNĄ PERŁĘ, POSZEDŁ, SPRZEDAŁ WSZYSTKO, CO MIAŁ, I KUPIŁ JĄ

Nazywam się Marek Piaszczyński, popularnie zwany przez współbraci „Piachu”. Pochodzę z Wrocławia, z Psiego Pola.

W 1988 r., po pewnym czasie przemyśleń i refleksji, wstąpiłem do Seminarium Misjonarzy Werbistów w Pieniężnie. W czasie studiów teologicznych, w 1992 r., przerwałem naukę i wyjechałem na trzyletnie doświadczenie misyjne do Boliwii. Te trzy lata przeżyte w Andach wśród Indian Aymara i Quetchua były niezwykle owocne w sensie poznania, nauki, wartościowania innych kultur. Z drugiej strony to czas, kiedy też dowartościowuje się własną kulturę i zwyczaje z kraju ojczystego. Żyjąc i pracując wśród Indian, ludzi ubogich, człowiek poznaje inną mentalność, inne spojrzenia na świat i prawdziwe wartości duchowe, które u wielu ludzi w krajach wysoko rozwiniętych zostały zagubione w ciągłej pogoni za sukcesem, przypominającym niekiedy wyścig szczurów. Celowo użyłem słowa „ubodzy”, a nie „biedni”, ponieważ zrozumiałem, że rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej i Środkowej nie są biedni. Prawdą jest, że ekonomicznie niewiele zmieniło się od bardzo wielu lat, lecz posiadają oni ogromne wartości kulturowe i duchowe, od których ludzie z północnej półkuli mogliby się wiele nauczyć.

Pamiętam jedno ciekawe określenie indiańskich tragarzy, którzy towarzyszyli europejskim alpinistom na andyjski szczyt Huayna Potosi. Patrząc na sposób życia przybyszy, na ich relacje interpersonalne, na ich odniesienie do nieskończoności, podsumowali: „Jacy głupi, ci gringos; mają tyle pieniędzy, a nie umieją żyć”. Te trzy lata zaowocowały stworzeniem, po powrocie do kraju, zespołu „Querido Matías”, grającego muzykę ludową i religijną Ameryki Łacińskiej.

Po dziesięciu latach studiów i doświadczenia misyjnego skończyłem moją formację seminaryjną obroną magisterki na KUL-u i 25 kwietnia 1998 r., w dzień mojego patrona św. Marka, przyjąłem święcenia kapłańskie. Na obrazku prymicyjnym podałem fragment z Pisma Świętego z Mt 13,46, który oświecał mi drogę przez wiele lat i dodawał wiary w sens tego, co się robi: „Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją”.

Moim przeznaczeniem misyjnym był Meksyk, w skład tej prowincji wchodziła także Nikaragua i Kuba. Wyjechałem z Polski jesienią 1998 r. W Meksyku byłem krótko, zaledwie rok. Większość czasu pracowałem na południu kraju w górach Sierra Madre w stanie Oaxaca wśród Zapoteków. Zapotekowie to bardzo ciekawy lud i dzieląc ich codzienne radości i troski, pracując u ich boku (także fizycznie), dzieląc się wiarą, można się od nich wiele nauczyć. Ale rok to za mało, żeby o tym dużo pisać.

Potem niespodziewanie pojawiła się wielka potrzeba misji w Nikaragui, gdzie wyjechałem w 1999 r. Po krótkim czasie spędzonym w dżungli koło Kostaryki, dotarłem na północ kraju, w góry, koło granicy z Hondurasem, do miejscowości Palacaguina. Tam, w parafii Matki Bożej Królowej pracowałem ponad pięć lat, kładąc szczególny nacisk na pracę z młodzieżą, formację liderów różnych grup społecznych i kościelnych, a także pracę socjalną, szczególnie w czasie klęsk żywiołowych.

Nikaragua to obok Haiti i Boliwii jedno z najbiedniejszych państw Ameryki Południowej i Środkowej. To ziemia umęczona przez wojny (inwazja amerykańska i wojna domowa w latach osiemdziesiątych), nienawiść i huragany wszelkiego rodzaju, na czele z huraganem Mitch z 1998 r.

Kiedy tam przybyłem z Meksyku w 1999 r., pełen zapału ruszyłem śmiało naprzód, nie zdając sobie sprawy z ogromu wyzwań, jakie na mnie czekały. Z czasem, poznając lepiej region, ludzi i ich problemy i widząc z jak wielu stron one się mnożą, przychodziło zwątpienie, czy temu wszystkiemu człowiek podoła i co w ogóle można temu światu, tak skomplikowanemu, powiedzieć. Ludzie są podzieleni przez wojnę domową na liberałów i sandinistów ze strasznymi wspomnieniami. Podczas wojen ludzkie serca dziczeją i stają się okrutne. Wiele nocnych rozmów otwierało mi oczy na ogrom nieszczęść i zła, które dotknęło naszych campesinos, zwłaszcza tych najuboższych, prześladowanych i wykorzystywanych tak przez żołnierzy rządowych, jak i contras przychodzących z baz amerykańskich z Hondurasu i Kostaryki. Do tego dochodzi sytuacja ciągłego podziału na wszystkich płaszczyznach: politycznej, socjalnej, kulturowej i przede wszystkim religijnej. Mnóstwo Kościołów i sekt zielonoświątkowych fundamentalistycznych jest wysyłanych i słono finansowanych ze Stanów Zjednoczonych, głównie po to, by osłabić pozycję Kościoła katolickiego. Do tego „koktajlu” dochodzi ogromna korupcja, niemalże zinstytucjonalizowana w tym państwie. To wszystko w pierwszym momencie przygniata „młodego wojownika”, ale jednocześnie w poczuciu własnej bezsilności człowiek zaczyna coraz bardziej przybliżać się do Mistrza, widząc, że tylko On dodaje siły i pokazuje każdego dnia, że z Nim można przeciwstawić się złu, powiedzieć mu w twarz, że kłamie, i je zwyciężać.

Nasza robota werbistów początkowo ograniczała się do kontynuowania formacji katechistów i tzw. Delegados de la Palabra (liderów wspólnot i wiosek), którą rozpoczęli nasi współbracia w czasie wojny domowej w latach osiemdziesiątych. Z czasem, nie zaniedbując formacji tych dwóch grup niezwykle aktywnych, rozpoczęliśmy pracę z rodzinami, zwłaszcza rozbitymi, duszpasterstwem chorych i biednych, no i przede wszystkim z młodzieżą, która jest najbardziej pokrzywdzoną grupą w całej tej sytuacji. Pomimo tego, że nasz region był naprawdę biedny, doświadczany przez susze i choroby typu denge, malaria czy cholera, ludzie w każdą pierwszą niedzielę miesiąca podczas Mszy św. przynosili swoje ofiary, żeby podzielić się z jeszcze biedniejszymi. Każdy dawał, co mógł, niektórzy mogli parę groszy, inni trochę fasoli, ryżu, kukurydzy, kilka jajek. Naprawdę, nasi campesinos są prawdziwym świadectwem wiary i zaufania w Bożą miłość i dobro, które jest w każdym człowieku.

Praca z młodzieżą z kolei to nie tylko grupy młodzieżowe, zespoły muzyczne skupione przy parafii. To także tak zwani menele krążący z dala od wszystkich. Stanowili oni grupę społeczną najbardziej zapomnianą, najbardziej wołającą o pomoc. Stąd też z parafii wyszła inicjatywa stworzenia ligi piłki nożnej, ligi koszykówki, grup tańca folklorystycznego, grup muzycznych. W 1999 r. zacząłem trenować grupę dwudziestu młodych chłopaków, którzy interesowali się piłką nożną bardziej niż królującym tam powszechnie baseballem. Dziś jest w lidze otwartej dwanaście drużyn dorosłych i sześć drużyn chłopców poniżej 16 lat. W lidze koszykówki walczyło (dosłownie i w przenośni) osiem drużyn młodzieżowych. W tym czasie powstał też zespół muzyki rockowej o wdzięcznej, słowiańskiej nazwie „Zima”, który stworzyli młodzieńcy z tzw. marginesu, notoryczni pijaczkowie, ale szczere dusze, a powszechnym przebojem młodzieżowym stała się piosenka Revívelo tú mismo („Przeżyj to sam”). Oczywiście, problemów nie brakowało nigdy, upadków, ataków z wielu stron, nawet z tych stron, z których człowiek się nie spodziewał. To tylko potwierdzało prawdę tej drogi.

Wiernym towarzyszem każdego dnia naszej pracy (oprócz poczciwych koni i mułów) była zawsze niebieska kamionetka marki Toyota z napędem na cztery koła, bez której praca stałaby się prawie niemożliwa.

Po pięciu latach w Palacaguinie, w 2005 r., zostałem wybrany przez współbraci i mianowany przez Ojca Generała naszego zgromadzenia na funkcję przełożonego nowo powstałej Regii Środkowoamerykańskiej, obejmującej Nikaraguę, Kostarykę i Panamę. Miejscem zakotwiczenia stały się obrzeża miasta Panamy, niemniej praca regionała przez te sześć lat (2005-2010) to ciągłe jeżdżenie z miejsca na miejsce, zakładanie nowych wspólnot, pomoc współbraciom, koordynowanie pracy misyjnej i zdobywania środków materialnych na misje: pracę pastoralną i pomoc socjalną.

Z początkiem 2011 r. sfinalizowałem drugą kadencję regionała i inauguracją nowo wybudowanego domu centralnego CAM zakończyłem pracę w zarządzie Regii Środkowej Ameryki. Teraz zaczyna się nowy etap mojego życia. Zobaczymy, co los przyniesie…

Patrzę na moje życie poświęcone misji Słowa Bożego, zastanawiam się, dlaczego wciąż jest piękne. Podczas tej refleksji i w ciągu wielu nocnych zamyśleń, ciągle wracają słowa Jezusa, głównie dwa cytaty: „Kto bowiem chciałby zachować swoje życie, straci je, a kto jest gotów stracić swoje życie z mojego powodu, znajdzie je” (Mt 16,25) i „Wypłyń na głębię…” (Łk 5,4). Zwłaszcza to zaproszenie dla Piotra, żeby przestać brodzić po brzegu i zaryzykować dla Mistrza. Daleko od brzegu, tzn. od życia z poczuciem pewności i stabilności, na głębi, gdzie można się stracić, ale też można przeżyć szczęście chodzenia po falach, tam właśnie zaczyna się prawdziwe życie apostoła i ucznia Jezusa. Na głębi naprawdę można poczuć obecność Ducha Wiecznej Miłości. Kiedy przestajemy ufać swoim siłom, możliwościom, inteligencji, a przede wszystkim kiedy to wszystko zawodzi albo już nie ma siły, aby kontynuować; kiedy człowiek powie mu: „Przyjdź, bo nie wiem co robić i potrzebują Ciebie”, On zawsze przychodzi. Jestem tego świadkiem. Dzięki temu człowiek się rozwija: kiedy stajemy twarzą w twarz z przeszkodami i nie uciekamy, dojrzewamy i wzrastamy. Jeśli ktoś ciągle ucieka od obowiązku, całe życie light, pachanga y fiesta, to można przeżyć wiele lat i pozostać na poziomie dzieciaka.

Drugi aspekt tego życia na głębi to posługa, która nie może stać się usługą. Nigdy. Nie można stać się menedżerem parafii, misji, tylko organizatorem, dobrym i sprawnym zarządcą. Przy funkcjach kapłaństwa, obok misji kierowania (zarządzania, animowania) są dwie bardzo ważne: funkcja nauczania i uświęcania, czyli formacja, otwieranie oczu na światło Ewangelii i prowadzenie ludzi do Boga. Pracując z ubogimi w morzu potrzeb i problemów, to, co dawało ludziom siłę i wolność, to była formacja ludzka i chrześcijańska. A uświęcanie to przede wszystkim świadectwo życia, które nie miałoby sensu, gdyby Jezus nie istniał i nie był najważniejszy. Do tego dochodzi modlitwa i sprawowanie Eucharystii, w której trzeba powrócić do Ostatniej Wieczerzy i źródeł chrześcijaństwa. Nie chodzi tu o jakąś szybką „mszyczkę”, pospiesznie odprawioną, zakończoną, ale o prawdziwe przeżycia Chrystusa obecnego w słowie i w chlebie życia, o spotkanie się z Nim w drodze do Emaus i dotknięciu Wiecznej Miłości, która daje sens temu światu.

Jest oczywiste, że najważniejsze w tym wszystkim jest bycie blisko Mistrza, bo można głosić Ewangelię, ale nią nie żyć. Wtedy to wszystko idzie na marne. Nikomu nie pomożemy, nie mamy szans przeciw złu. Opadną ręce. Piotr rzeczywiście szedł po falach wtedy, kiedy patrzył na Jezusa i w Jego kierunku. Gdy się skoncentrował na wietrze, falach, zagrożeniu, na ludzkiej złośliwości, głupocie, zawiści – zaczął tonąć. To maszerowanie przez życie u boku Mistrza to jest proces, proces ciągłego nawracania się, powracania, powstawania i dojrzewania. On nikomu nie obiecał, że to będzie łatwe i przyjemne. Obiecał swoją przyjaźń, obiecał, że zawsze będzie, do końca; że każdy wysiłek ma sens, choćby go wyszydzono i nie można było nigdy zobaczyć za życia choćby najmniejszego owocu. Po ciemnej nocy zawsze przyjdzie poranek wielkanocny i ostatnie słowo należy do Jezusa z Nazaretu.

A na koniec jedno zdanie do tych, którzy wiedzą, o co chodzi: „Naprawdę żyją tylko ci, którzy walczą…”.

Ojciec Marek Piaszczyński
ze Zgromadzenia Słowa Bożego

Święcenia kapłańskie przyjął 25 kwietnia 1998 r. Przebywał na misjach w Boliwii (1992-1995), Meksyku (1998-1999) i Nikaragui (1999-2005), a obecnie posługuje w Panamie (od 2005 r.).


Fragment książki pod redakcją Kajetana Rajskiego „Oto jestem. Misjonarze i misjonarki o powołaniu” (Tarnów 2011).



opr. aś/aś



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: życie walka misje Ameryka Południowa misjonarz perła gringos