Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


CZY ISTNIEJE SZKOŁA UMIERANIA?

Z wolontariuszami chorzowskiego hospicjum rozmawia Andrzej Gołąb
W rozmowie udział wzięli: Ks. JANUSZ KOPEĆ - duszpasterz chorzowskiego hospicjum, oraz ANNA BAJON i DOROTA ROSIEK - wolontariusze niemedyczni.



Jezus Chrystus umarł za nas i za nasze grzechy, abyśmy my mieli życie? Dlaczego więc nadal umieramy?

Ks. J.K.: Ta śmierć, która potocznie kojarzy się z umieraniem jest następstwem i konsekwencją grzechu pierworodnego. I chodzi tu nie tyle o to, że umieramy, ale o to jak umieramy. W to odchodzenie, w tę śmierć wpisany jest pewien dramat. Dramat tajemnicy, niewiedzy, dramat cierpienia i bólu. Natomiast rola Chrystusa polega na tym, że śmierć owszem jest dramatyczna, ale nie jest tragedią. Istnieje nadzieja zmartwychwstania, w świetle której śmierć jest przejściem do nowego życia. Jak mówi jedna z prefacji: Życie Twoich wiernych o Panie, zmienia się, ale nie kończy. Śmierć jest tą zmianą, ale nie końcem.

Czy można powiedzieć, że życie człowieka jest rozciągniętym w czasie procesem umierania i czy wiedząc to mamy możliwość w jakiś sposób się na tę śmierć przygotować? Czy istnieje szkoła umierania, tak jak szkoła rodzenia, gdzie można by pod okiem fachowców nauczyć się umierać?

Ks. J.K.: Przez całe życie po części musimy uczyć się umierać. Umierać w sensie rezygnacji, ofiary, umiejętności przyjmowania różnych życiowych porażek czy przeciwności. Jeden z teologów, Baltazar, powiedział, że jeżeli człowiek nauczy się w tych drobnych sytuacjach życiowych obumierać egoizmowi, pysze, próżności, swoim wadom, słabościom i różnym chorym przyzwyczajeniom, wtedy godzina śmierci nie będzie mu godziną obcą i straszną, ale godziną, na którą będzie przygotowany. Będzie to godzina przejścia, a nie godzina straszliwej porażki.

Z jaką śmiercią spotykacie się Państwo w swojej pracy hospicyjnej?

D.R.: Różnie to wygląda. Dużo jest chorych, którzy są pogodzeni i odchodzą świadomie. Bywa, że otoczenie i rodzina przyjmują to jako rzecz normalną, często wręcz z uśmiechem. Natomiast zdarza się często, że człowiek odchodzi w wielkim stresie i niepokoju. Jesteśmy wzywani zbyt późno. Jeżeli jest czas, to jest szansa na przygotowanie do spokojnego odejścia zarówno pacjenta, jak i jego rodzinę.

A.B.: Dla mnie największym świadectwem wiary z jakim się spotkałam była śmierć mojej matki. Umarła na raka. Umierała długo i dokładnie. Wszystko to, co człowiek może znieść, ona znieść musiała. Samo przeżycie jej śmierci było dla mnie najpiękniejszym doświadczeniem jakie mnie w życiu spotkało. Bardzo jestem Panu Bogu wdzięczna, że mogłam przy niej być i powiedzieć jej: Mamuśko, za chwilę przestanie cię boleć. Obie rozumiałyśmy co miałam na myśli...

Od czego zależy sposób w jaki człowiek przeżywa własną śmierć?

A.B.: Ludzie, którzy są dojrzali w swoim człowieczeństwie umierają w pokoju. Nie chodzi tu o poziom wiedzy czy też inteligencji, ale raczej o pewną dojrzałą mądrość życiową. Spotkałam się ze zdaniem, które mnie w pewnym momencie wręcz powaliło. Wnuczka jednego z naszych chorych spytała babcię, dlaczego nas to spotkało, że dziadek umiera. Na to babcia: Może po to, aby inni widzieli, że tak też można kochać Pana Boga. W tej sytuacji, to nie ja mogłam coś tym ludziom dać, ale to oni mi wiele dali. Fascynująca była dojrzałość, w której budowali swoją rodzinę - kochającą się, żyjącą razem i razem przygotowującą się do śmierci jednego z nich. W dzisiejszych czasach ludzie unikają mówienia o śmierci i bycia przy śmierci, tak jakby śmiercią można się było zarazić.

Dojrzałość człowieczeństwa... a co z dojrzałością wiary?

A.B.: Jedno z drugim się wiąże. Jeżeli ktoś jest wierzący, to przez swoją wiarę dojrzewa jako człowiek. I odwrotnie, człowiek niewierzący, przez to swoje głębokie człowieczeństwo może być bardzo blisko Pana Boga. Bóg przychodzi swoimi drogami i my ich nie znamy. Duch wieje tam gdzie chce i w sposób jaki chce.

Śmierć jest najbardziej chyba powszechnym zjawiskiem, a wszystkich zaskakuje. Dlaczego?

A.B.: Bo nikt nie przeżył wcześniej swojej śmierci. To się przeżywa jako premierę, tutaj nie ma próby. Jest to wydarzenie jednorazowe.

Ks. J.K.: Studiując żywoty świętych znajduję przykłady, że śmierć dla tych ludzi nie była czymś zaskakującym ale łagodnym przejściem przez jakieś tam drzwi. Ale to są jednostki. Dla wielu z nas śmierć jest czymś nieznanym, tajemniczym i bardzo często niechcianym. Jak powiedział jeden z poetów: Śmierć przychodzi zawsze nie w porę, zawsze przychodzi za wcześnie.

Czyli sposób w jaki my przeżywamy śmierć swoich bliskich, a ostatecznie, w jaki przeżyjemy własną śmierć, jest testem dojrzałości naszego człowieczeństwa i naszej wiary?

Ks. J.K.: Jest to pewnego rodzaju papierek lakmusowy.

Spotkałem się niedawno ze stwierdzeniem, że śmierć jest ostatnim sakramentem.

Ks. J.K.: Jeżeli sakrament jest spotkaniem z Chrystusem, to w tym kontekście śmierć jest sakramentem.

Myślę, że chodziło raczej o czas oczyszczenia?

Ks. J.K.: To jest szansa na czas oczyszczenia. Poprzez cierpienia Pan Bóg „sprząta" nasze życie, nasze serca, nasze wnętrza i to faktycznie może być godzina wielkiego, cudownego oczyszczenia, ale to może być także godzina straszliwego bólu.

A.B.: W naszym życiu wszystko jest dane i zadane jednocześnie. W kontekście śmierci widać ten kontrast. To jest dane, bo to można wykorzystać i owocem śmierci może być kolejne dobro dla umierającego i dla osób, które zostają. Ale to jest także zadane...

Ks. J.K. Dla mnie, cudownym przykładem przeżywania śmierci jest scena ukrzyżowania Chrystusa i dwóch łotrów. Dla jednego łotra, śmierć była bezpośrednim powodem wyzwolenia buntu: Jeżeli jesteś Synem Bożym spraw aby się to skończyło. A drugi łotr: Jezu wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa. Jeden zmarł w poczuciu buntu, drugi skonał jako wolny człowiek. Zbawiony. Sam Jezus go kanonizował. I tym jest śmierć. Te dwa bieguny możliwości przeżywania tego stanu są wpisane w serce każdego z nas. Każdy, wcześniej czy później, znajdzie się pomiędzy nimi. I teraz pytanie: czy dla mnie będzie to godzina buntu, czy też godzina wspomnij na mnie...?

Ostatnio modna jest amerykańska koncepcja informowania osoby nieuleczalnie chorej o jej stanie zdrowia, celem umożliwienia jej poukładania sobie jeszcze wszystkich spraw ziemskich i duchowych. Czy uważacie Państwo mówienie całej prawdy umierającemu za słuszne? Czy ta prawda może człowieka zabić?

D.R.: Może zabić. Jest to niewątpliwie ogromny szok, z którego chorego czasem jest trudno wyprowadzić. Sposób, w jaki mu tę prawdę należy przekazać, zależy od indywidualnej psychiki chorego. Chory powinien znać prawdę, ale tę prawdę choremu przekazuje lekarz. Nie wolontariusz, nie osoba postronna, absolutnie nie rodzina, ale tylko lekarz. To jest jedyna, kompetentna osoba, która może to uczynić.

A.B.: Po pierwsze: nie okłamywać, ale są chorzy, którzy nie chcą wiedzieć i należy to także uszanować. Są w tym wolni tak samo jak ludzie, którzy pytają o prawdę.

D.R.: Niektórzy po prostu czują, że przychodzi ten czas i chcą tylko potwierdzenia tego co czują.

Ks. J.K.: Gdziekolwiek poruszam ten temat, spotykam się z sytuacją, że ludzie, których jeszcze te sprawy nie dotyczą, chcieliby wcześniej znać prawdę.

A.B.: Usłyszeć, że umrze się za tydzień i będzie to bezbolesne to byłoby znacznie prostsze, natomiast dowiedzieć się, że ma się nowotwór, że ten ból będzie trudny do opanowania, że ten typ choroby prowadzi do śmierci, że jeszcze przez jakiś czas ta choroba będzie się rozwijać, a cierpienie potęgować - to jest bardzo trudne. Dobrze by było wiedzieć, dobrze by było pożegnać się z przyjaciółmi, pozałatwiać swoje sprawy, natomiast mieć świadomość cierpienia, które mnie czeka...

Przyznam, iż cedowanie na lekarza obowiązku powiedzenia takiej prawdy, która w „szczególny sposób wymaga klimatu miłości i delikatności, jest dla mnie zaskoczeniem.

Ks. J.K.: Sądzę, że miłość osób bliskich choremu pomaga mu tę prawdę dźwigać i do tej prawdy dojrzewać. Pamiętam słowa pewnej młodej kobiety, której mąż umierał: Słuchaj, damy sobie radę, bo jesteśmy razem...

W jaki sposób pomóc osobie, która umiera?

A.B.: Przede wszystkim być. Najlepiej pokazuje to scena ukrzyżowania Jezusa. Te osoby, które towarzyszyły Jezusowi, po prostu tam były. To trwanie przy kimś jest największym i praktycznie jedynym darem, jaki możemy mu ofiarować.

Ks. J.K.: Myślę, że ludzie najbardziej boją się umierania w samotności.

Jaką rolę w tym towarzyszeniu umierającemu spełnia hospicjum? Czy jesteście tam, gdzie nie mogą być bliscy, czy też mimo iż są bliscy?

D.R.: W sumie idziemy na wezwanie członków rodziny, względnie samego chorego. Po rozeznaniu, w zależności od potrzeb, do pacjenta idzie wolontariusz medyczny, bądź niemedyczny. Często wygląda to tak, że odciążamy po prostu rodzinę, aby mogła psychicznie troszeczkę się zrelaksować, czy też wyjść choćby na moment z domu. Wystarczy czasami posiedzieć przy chorym, poczytać, porozmawiać, przytrzymać za rękę, tak aby czuł obecność kogoś kogo akceptuje. Dla rodziny jest to niewąpliwie dużym odciążeniem. Swoją drogą jest to również wykonanie przeróżnych zabiegów higienicznych czy też pomoc przy tego typu zabiegach. Czasami pośredniczymy pomiędzy lekarzem a chorym.

Co Państwa skłoniło do podjęcia posługi w hospicjum?

D.R.: Motywacja każdego z wolontariuszy jest inna. Ja przyszłam z ciekawości. Sama jestem po zabiegu onkologicznym. Przyszłam, bo stwierdziłam, że być może mogę w czymś pomóc. No i zostałam.

A.B.: Jak już mówiłam moja mama dała mi bardzo solidną lekcję umierania i mam nadzieję, że chociaż trochę będę umiała tak jak ona umrzeć. Przez dwa i pół roku jej choroby naoglądałam się śmierci bardzo dużo. Kiedy leżała na chemii w ciągu tygodnia na oddziale umierało ośmiu, dziewięciu chorych. Widziałam jak ta śmierć w szpitalu jest nieludzka. Jak często ta śmierć jest samotna i strasznie daleka od tego czego chcielibyśmy dla swoich najbliższych.

Ks. J.K.: U mnie było tak, że nie tyle ja szukałem, co zostałem znaleziony. Kiedy zaproponowano mi posługę duszpasterza hospicjum w Chorzowie, to zgodziłem się na to chętnie. Dzisiaj widzę, że ta posługa nauczyła mnie wielu spraw i pewnej pokory wobec życia i odnajdywania go we właściwych proporcjach. Ciągle wraca to pytanie: Co tak naprawdę w życiu się liczy? Uświadamiam sobie jak wielkim darem jest życie, jak wielką łaską jest to, co posiadam. Jak powiedział Jean Vanier, to nie tylko jest tak, że my jesteśmy potrzebni ubogim i cierpiącym, ale, że oni potrzebni są nam. Jest jeszcze inna rzecz. Mój ojciec zmarł kiedy miałem czternaście lat. Chorował na nowotwór. Wśród wielu, wielu doświadczeń jest jedno, które gdzieś wewnątrz mnie boli i boleć będzie. Jest to świadomość, iż on ostatnie tygodnie swojego życia spędził w szpitalu i spędził je sam. Tyle czasu był sam...

Jakim człowiekiem trzeba być, aby posługiwać w hospicjum. Czy wymagane są jakieś specjalne cechy charakteru, umiejętności, zawód?

D.R.: W Chorzowskim Hospicjum Domowym sami zdobywaliśmy doświadczenie. Początkowo przyjmowało się każdego, kto był chętny. Dzisiaj patrzy się już na predyspozycje osoby. Wśród wolontariuszy mamy psychologa, który ocenia kandydatów pod tym kątem. Coraz chętniej przychodzą do nas młodzi lekarze, co bardzo wzmacnia nasz zespół. Chętnych jest dużo. Później jest nauka, a uczą nas sami chorzy. Niewątpliwie jednak obciążenie psychiczne jakie towarzyszy tej pracy powoduje, iż nie każdy się do niej nadaje.

Pomagacie zarówno osobom, które odchodzą jak i tym, którzy zostają.

D.R.: Tak. Rodziny zmarłych podlegają dalej naszej, już bardziej spokojnej, opiece. W każdej chwili mogą się do nas zwrócić z prośbą o jakąś pomoc, na przykład materialną. Czasem wstydzą się zwracać, ale my i tak im pomagamy.

Kiedy można Was wezwać?

D.R.: Zawsze, kiedy ktoś z członków rodziny jest chory i rodzina potrzebuje pomocy.

Zaczęliśmy naszą rozmowę od refleksji teologicznej, może zakończmy ją w podobny sposób.
Listopadowa Uroczystość Wszystkich Świętych obchodzona jest w tak charakterystycznym dla niej klimacie nostalgii. Czy jest to czas smutku czy radości? Czy jest to święto żywych czy umarłych?

Ks. J.K.: Uroczystość Wszystkich Świętych. W samej nazwie zawarta jest odpowiedź. Jest to czas radości i życia. Ale, jest to na pewno uroczystość, która skłania ku refleksji, a refleksja ma to do siebie, że dokonuje się w milczeniu, w ciszy, w zadumie. Taka atmosfera jest potrzebna. Radości nie trzeba eksponować na zewnątrz. Najistotniejsze jest to, jak ja wewnątrz to przeżywam. Czy ta uroczystość napawa mnie smutkiem czy nadzieją. Jeżeli smutkiem, to znak, że tego blasku Zmartwychwstania jest we mnie za mało, jeżeli nadzieją, to znaczy, że trzeba iść dalej w tym kierunku.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: ANDRZEJ GOŁĄB




Uwaga. W dziale "Materiały nadesłane" publikowane są rozmaite teksty nadesłane przez czytelników Opoki. Fundacja Opoka nie ponosi odpowiedzialności za treść i formę materiałów nadesłanych, w tym ich zgodność z nauczaniem Kościoła, zgodność ze stanem faktycznym i obowiązującym porządkiem prawnym.





opr. mg/mg



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRAWDA śmierć zmartwychwstanie wolontariat smutek wolontariusz umieranie nieuleczalna choroba kapelan szpital hospicjum samotność stan zdrowia