słodki cukiereczek

Biznes, społeczeństwo, etyka

Biznes | E-biznes | Ekologia | Etyka biznesu | Filantropia | Internet | Media | (Nie)moralność | Pracuj | Reklama | Reklama społeczna |
Sponsoring | Wizerunek = PR |


Polowanie na Misia

Andrzej Marek

Opracowywaliśmy szczegóły kampanii reklamowej dla dzieci. Znakiem identyfikacyjnym produktu, rozpoznawalnym przez dzieci, był miś. Nie byle jaki miś, ale jeden z tych zastrzeżonych, dostarczony przez Bardzo Ważnego Klienta w katalogu zawierającym kilkadziesiąt ilustracji sylwetek jednego misia zalecanych do wykorzystania w reklamie. Jeden z nich i żaden inny.

Art Director przygotował stronę reklamową produktu, z misiem jak marzenie. Bardzo Ważny Klient był projektem zachwycony i zaakceptował go. My też byliśmy zachwyceni. Kolejnym etapem powinno być przygotowanie materiałów do produkcji poligraficznej: zgranie layoutu na nośnik, wyświecenie separacji itd.

Prosta sprawa: podajemy Bardzo Ważnemu Klientowi numer katalogowy misia, on posługując się numerem prosi o niego w centrali w Niemczech, centrala pakuje misia w kopertę (w formie elektronicznej, na nośniku, już zeskanowanego, oszparowanego i wyretuszowanego w odpowiednim formacie i rozdzielczości) i pocztą kurierską misio trafia bezpośrednio do agencji. Proste? Niby tak, ale...

Art Director zapytany o numer misia odsyła do Grafika. Grafik mówi, że misia to on sobie tak narysował, bo pokazał katalog synkowi. Synek określił katalogowe misie krótkim „be” i poprosił tatę, żeby narysował takiego prawdziwego misia, co też tata i uczynił. Szkic dostał się w ręce Art Directora, który go pokolorował, zeskanował i takie byle co w kolorze wydrukował. Wydruk Accountka pokazała Bardzo Ważnemu Klientowi, a on córeczce. Córeczce misio przypadł bardzo do gustu i cześć: kampania ma ruszać z misiem, który od tego momentu jest nie do ruszenia.

W katalogu misiów od groma, ale żaden z nich nie przypomina naszego, naprawdę słodziutkiego i przez tę swoją słodycz nie do zastąpienia. Mamy problem: zaakceptowany layout z nielegalnym misiem. Mało tego, okazało się, że strona reklamowa trafiła do Niemiec, gdzie się spodobała dzieciom tamtejszych decydentów i Niemcy zamierzają przeprowadzić kampanie w krajach nadbałtyckich na wzór i podobieństwo naszej. A miś jest nadal nielegalny.

Accountka błyskawicznie dostaje ataku histerii, leci do Szefa i oskarża kreację z produkcją o sabotaż połączony z pracą dla konkurencji albo odwrotnie, a to grozi poważnym międzynarodowym konfliktem. Szef z żelaznym uśmiechem oświadcza, że kampania ma się odbyć w ustalonych terminach i uzgodnionych założeniach, bo w innym przypadku to winny będzie musiał się znaleźć i on go znajdzie. Kropka.

Art Director przeprowadza małe śledztwo i znajduje w Hiszpanii czy też we Francji plastyka, który jak się okazało, ma prawo, na zasadzie ryczałtu i wyłączności, jako jeden jedyny plastyk na Ziemi namalować nowego misia, który trafiłby automatycznie do katalogu, dostał numer i sprawa legalizacji byłaby załatwiona, a z nią wszystkie inne. Grafik skontaktował się z owym Hiszpanem (Francuzem). Francuz (Hiszpan) poprosił o przysłanie misia faxem, zaznaczając, że bardzo chętnie pomoże wnosząc ewentualne poprawki i uzupełniając kolorystykę i jest gotów odesłać misia opatrzonego numerem najszybciej jak będzie mógł, czyli za dwa lata, gdyż jest wery bizy. O.K.?

Prasowa emisja reklamy miała rozpocząć się za tydzień, powierzchnia reklamowa w czasopismach wykupiona, częstotliwość reklam telewizyjnych i radiowych skorelowana. Do tego Niemcy i nowa kampania. Kicha. Grafik oznajmia, że on, Grafik, załatwi tego drania, misia, na cacy i dla niego, Grafika, taki miś to mały Pikuś. Bierze misia z katalogiem pod pachę i idzie do domu.

Następnego ranka zebranie. Grafik, zezując, prezentuje cudny rysunek naszego ślicznego misia mówiąc, że się okazało, iż ten Hiszpan czy też Francuz chodził z nim do przedszkola i mu misia w nocy namalował, a wczesnym rankiem pocztą lotniczą z życzeniami dalszych sukcesów przesłał.

Zapada cisza. P o w o l i d o c i e r a d o n a s, ż e j e s t e ś m y u r a t o w a n i.

Przy kampanii prowadzonej z takim rozmachem nikt nie waży się zapytać, skąd się wziął miś. Chyba, że kampania zakończy się klapą. Ale im dłużej patrzymy na promieniujące radosną życzliwością pysio misia, tym większej nabieramy pewności, że wszystko będzie dobrze. Tymczasem misio został błyskawicznie zeskanowany, wyretuszowany i wmontowany w reklamę. Ostateczna akceptacja, świecenie diapozytywów, matchprinty. Powielony misio rusza po redakcjach podbijać świat. Zaczyna żyć własnym życiem. Po roku znajdujemy go w katalogu misiów z bardzo niskim numerem co daje mu bardzo wysoką pozycję w rankingu katalogowym, przyjaźń i szacunek jednych, a zawiść innych misiów.

Jak to w życiu.

opr. MK/PO


Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Nowości na naszych stronach | PDA | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła |