słodki cukiereczek

Internet i komputery


Biznes | E-biznes | Ekologia | Etyka biznesu | Filantropia | Internet | Media | (Nie)moralność | Pracuj | Reklama | Reklama społeczna |
Sponsoring | Wizerunek = PR |

[.com]pletne szaleństwo

Już niedługo rynek odsieje słabsze spółki internetowe, a silne staną się "zwykłymi" blue chipami.

- Docelowo w tym biznesie w naszym kraju będzie się liczyć kilka firm - uważa Michał Marczak, analityk BRE Brokers. Po zmianie przepisów na giełdzie zaczną debiutować spółki, które powstały tylko po to, by prowadzić biznes ".com". Czas szybko zweryfikuje wartość nowej branży. Kilka z nich z pewnością na stałe dołączy do ekskluzywnego grona blue chipów. Zarobią ci, którzy trafnie przewidzą nowych liderów.

Symbolem powodzenia na amerykańskiej giełdzie NASDAQ stały się wirtualne spółki nieprzynoszące żadnych zysków. Wręcz w modzie jest wykazywanie się jak największą stratą, bo oznacza ona ogromne inwestycje. Nieodłącznym elementem powodzenia wśród inwestorów jest przedstawienie kolejnego znakomitego planu zdobycia sieciowego rynku. Jakby tylko czekali, by złapać się na taki lep.

Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Błyskawicznie rosnące kursy spółek internetowych czy nawet tych dopiero planujących działalność w sieci świadczą tylko o tym, że w przyszłości nie będzie się liczyć firma pozostająca poza wirtualnym rynkiem. Polskie spółki szybko poddały się nowemu trendowi i zaczęły licytacje na planowane inwestycje. Szef Prokomu Ryszard Krauze zapowiedział, że na projekty internetowe chce wydać nawet połowę zysku, czyli 45 mln zł. Nie pozostając w tyle, szefowa Agory Wanda Rapaczyński wycofała się z zeszłorocznych deklaracji i radykalnie podwyższyła środki na rozwijanie sieciowych inicjatyw do 40 mln zł. Na takie wiadomości czekali inwestorzy. Po tych informacjach akcje Agory potrzebowały tylko trzech tygodni, aby wzrosnąć o 100%.

Co więcej, wygląda na to, jakby prowadzona dotąd działalność w ogóle nie miała znaczenia. KGHM-owi wystarczyła informacja o zainteresowaniu spółki inwestycjami w e-biznes, by powiększyć wartość rynkową miedzianego holdingu o miliard złotych. Gdy produkujący buty Ariel ogłosił zakup internetowego providera, firmy Zig-Zac, jego kurs wzrósł siedmiokrotnie. Także Boryszew, specjalista od płynu Borygo, podniósł swoją wycenę, podpierając się sieciowymi planami.

- Wzrost kursów niektórych spółek na warszawskim parkiecie zakrawa na szaleństwo - uważa Robert Karski z HSBC. Motywów próżno szukać w wynikach analizy technicznej czy w rewelacyjnych danych finansowych spółek z wirtualnego rynku.

- Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, to wszystko wydaje się zaskakujące. Przyjmujemy jednak zły punkt odniesienia. Obecne kursy wyceniają już przyszłą działalność internetową spółek, podczas gdy poprzednie ceny akcji odzwierciedlały ich wartość w starych branżach - uspokaja Dariusz Turkiewicz, analityk Centralnego Domu Maklerskiego.

Sceptycy nie dają jednak za wygraną. Hossę na spółki internetowe uważają za spekulacyjną bańkę, która lada chwila pęknie. Szef Amerykańskiego Banku Centralnego Alan Greenspan twierdzi, że zwyżka spółek internetowych przypomina mu bardziej grę na loterii niż na giełdzie. W trwałość tej hossy wątpi również Arthur Levitt, przewodniczący amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych. Nawet Andy Grove, szef rady nadzorczej Intela, mówi, że z tym Internetem to jakaś obsesja.

- Spółki z tej branży nie mogą wciąż zapewniać, jakie są wspaniałe tylko dlatego, że mają znakomite perspektywy rozwoju. Wkrótce rynek odsieje te, które wciąż przynoszą straty, a cierpliwość inwestorów się wyczerpie. Nikt nie wie, kiedy, ale to jest pewne - prorokuje Andy Grove. Tymczasem kursy, a za nimi indeksy giełdowe ustanawiają kolejne rekordy. Co zabawne, nikt tak naprawdę nie wie, za co płaci, kupując te walory. Księgowi bezradnie rozkładają ręce - nie potrafią podać wartości spółek internetowych. Tradycyjne miary się nie sprawdzają. Przy stratach, jakie generuje ta branża, nie ma wskaźnika C/Z (ceny do zysku na jedną akcję). Trudno oprzeć się też o wartość księgową. Tej prawie nie ma. Częstokroć ich jedynym majątkiem jest nazwa, kilka komputerów i błyskotliwe plany na przyszłość.

Analitycy próbują jednak szukać sprawdzalnej wartości w szacowaniu liczby użytkowników portali czy w udziałach w internetowym rynku. Np. przy wycenie amerykańskich spółek uważa się, że jeden użytkownik portalu wart jest od 8 do 10 tys. dolarów. Europejski klient wyceniany jest na 6 tys. dolarów, a Polak na razie na 1 tysiąc. Niestety, te metody wprowadzają duże rozbieżności w ocenach. Przykładem może być przypadek należącego do Optimusa portalu Onet. pl. Analitycy z CDM wycenili go na około 30 mln USD, ABN Amro szacuje go na jakieś 300 mln USD, a Deutsche Bank uważa, że jest wart nawet 1,04 mld USD. Nie ma się co dziwić temu rozdźwiękowi, skoro chodzi o szacowanie bliżej nieokreślonego potencjału rozwojowego.

Czy rzeczywiście nieokreślonego? W zeszłym roku łączna wartość sprzedaży internetowej wyniosła 30 mld USD. To jeszcze niewiele - takimi obrotami może pochwalić się sieć supermarketów Tesco. Mimo to amerykańska giełda wyceniła spółki z tej branży na ponad 1 bilion dolarów. Wiadomo już po prostu, że internetowy biznes będzie rósł w tempie ponad 50% rocznie. W 2003 r. sam e-handel ma stanowić 3,5% gospodarki globalnej. Kto więc dziś, a najpóźniej jutro internetową ofertą zwiąże ze sobą klientów - ten po prostu będzie ich miał. Inni przestaną się liczyć. Przesunięcie do sieci pozwoli podnieść efektywność światowej gospodarki oraz przyspieszy obrót gotówki. W internetowym biznesie koszty są stałe. A więc po okresie inwestycji każdy nowy e-klient to czysty zysk. Ale na pierwsze profity trzeba poczekać jeszcze kilka lat.

Dlatego 80% inwestorów posiadających akcje amerykańskich firm internetowych jest przekonanych, że rynek jest przewartościowany. A mimo to wolą oni trzymać walory spółek ".com". Jedno z podstawowych praw giełdowych mówi jednak, że jeśli rynek rośnie, to nie należy z tym walczyć. Nie ma więc znaczenia, czy branża technologiczna jest przeszacowana. Ważne, że są chętni, aby akcje kupować. A ośmieleni nowymi falami wzrostu giełdowych indeksów analitycy podwyższają swoje rekomendacje. Ostrzegają jedynie, że nie można liczyć na zarobek tylko dlatego, że inwestuje się w przyszłościową branżę. Liczy się ocena konkretnej firmy.

- Dzisiaj e-biznes jest bardzo konkurencyjnym sektorem. Podobnie było w początkowym okresie rozwoju przemysłu samochodowego, kiedy to istniały setki różnych firm. Wprowadzenie produkcji masowej spowodowało, że słabsi odpadli - mówi Mary Meeker z Morgan Stanley.

W istocie, po boomie w branży transportowej z początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych pozostały tylko trzy wielkie koncerny samochodowe i cztery linie lotnicze. Każda moda kiedyś się kończy, każda coś po sobie zostawia. O giełdowy szczyt walczy ze sobą 400 amerykańskich firm internetowych. Na warszawskim parkiecie w portfelu indeksu WIG-20 już teraz jest aż siedem spółek, które rozwijają taką działalność internetową.

- Docelowo w tym biznesie w naszym kraju będzie się liczyć kilka firm - uważa Michał Marczak, analityk BRE Brokers. Po zmianie przepisów na giełdzie zaczną debiutować spółki, które powstały tylko po to, by prowadzić biznes ".com". Czas szybko zweryfikuje wartość nowej branży. Kilka z nich z pewnością na stałe dołączy do ekskluzywnego grona blue chipów. Zarobią ci, którzy trafnie przewidzą nowych liderów.


www.wallstreet.com
www.nasdaq.com
www.stockpoint.com
www.gpw.com.pl

Piotr Karnaszewski
Współpracownik BM

opr. JU/PO


Benedykt XVI | Biblioteka audio i wideo | Czytelnia | Dane nt. Kościoła | Felietony, komentarze | Filozofia | Galeria zdjęć | Inne nauki |
Integracja Europejska | Internet i komputery | Jan Paweł II | Katalog adresów | Katechetom i duszpasterzom | Kultura | Liturgia - na dziś i na niedziele | Mapa serwisu | Msze św. - gdzie, kiedy? | Nauczanie | Nowości na naszych stronach | PDA | Rodzina | Sekty | Serwis informacyjny | Słownik | Sonda | Święci patroni | Szukaj | Teologia | Twój głos w dyskusji | Varia | Życie Kościoła |