słodki cukiereczek
Strona główna Opoki | Liturgia na dziś | Baza Mszy św. | Porozmawiajmy o wierze | Życie Kościoła | Jan Paweł II | Dołącz do grona darczyńców

Opoka jest przydatna? Wpłać darowiznę
Zapraszamy do czytelni Według autorów Według dziedzin Według tematów Wyszukaj Na zakupy!





Audiobooki w odcinkach




Wiadomości


 


Święci codziennego użytku

Szymon Hołownia

ŚWIĘTY ANDRZEJ RUBLOW

Prawosławni kanonizowali go w 1988 roku. Zważywszy jednak na to, jak popularne są jego prace (a zwłaszcza jedna, o niej niżej) również wśród katolików, kwestia jego świętości i u nas pozostaje raczej poza sferą wątpliwości.

O ludziach z czasów, gdy na świecie nie było jeszcze Google’a, nie wiadomo wiele pewnego. O Andrzeju możemy powiedzieć więc tyle, że z pewnością był prawosławnym mnichem i genialnym malarzem ikon. Urodził się około roku 1360 na terenach nazywanych dziś Podmoskowiem – peryferiach rosyjskiej stolicy. Zmarł około roku 1430.

Prawdopodobnie przyłączył się najpierw do monasteru założonego przez świętego Sergiusza z Radoneża w nieprzebytych lasach na północ od Moskwy. Później jego talent dostrzeżono i hołubiono w samej Moskwie i w innych miastach, gdzie „rozpisywał” (ozdabiał freskami) cerkwie i kształcił uczniów.

Rosja w czasach Rublowa to stadium pośrednie między koszmarem a widokami na pierwsze światełko w tunelu. Ruskie księstwa, najpierw pustoszone mongolską okupacją, teraz same zaczynają rozgrywać mongolskich przywódców w swoich wzajemnych dąsach.

Wstrząsający obraz tamtego okresu dał Andriej Tarkowski w monumentalnym filmowym arcydziele Andrzej Rublow. Film – uprzedzam – arcytrudny w odbiorze, maksymalnie napakowany alegoriami, surrealistyczny, niesamowity jak jego pierwsza scena, gdy jeden z bohaterów próbuje uciekać przed najazdem wroga, ulatując w przestworza zszytym ze skór, kożuchów i Bóg wie czego jeszcze balonem. Młody Rublow wędruje tu przez ruskie ziemie śladem kolejnych zamówień, a otaczają go gwałt, przemoc, chciwość, brud i ludzka płycizna. W  noc kupały próbują uwieść go nagie wiejskie dziewczęta, przekonując, że chrześcijaństwo chrześcijaństwem, ale prawdziwa religia to religia przodków, że w ziemię trzeba patrzeć, a nie zadzierać głowę do nieba. Gmin, książęta, duchowni  – wszyscy rywalizują, kombinują, mordują się jak popadnie. A nad tym wszystkim, niczym więzienny nadzorca, czuwa Spas Jaroje Oko – „Zbawiciel Straszna Źrenica”, nowy Bóg o spojrzeniu tak twardym, zaciętym, karcącym, że nikt nie jest w stanie Mu sprostać i patrzeć w tę twarz wymalowaną przez ówczesną gwiazdę świata ikonopisów, niejakiego Teofana Greka.

W większości kulturowych wariacji na temat życia Andrzeja to właśnie napięcie między nim a Grekiem wysuwa się na pierwszy plan. Teofan pokazywany jest jako piewca Boga zagniewanego na świat, zachęcającego ludzi, by byli dobrzy, poprzez straszenie ich tym, co się stanie, jeśli będą źli. Zatrważanie Bożym gniewem, Sądem Ostatecznym, szatanami – to była metoda Teofana i jemu pokrewnych malarzy. Człowiek miał spojrzeć na ikonę i truchleć, i kajać się, i błagać, by piekielne płomienie jednak całkiem go nie zgrillowały. W tamtych czasach nie było filmów, książek i gazet. Ikonopisowie byli więc w pełnym tego słowa znaczeniu ewangelizatorami, a także twórcami popkultury. Trzymając się tego porównania: Teofan byłby więc wybitnym twórcą religijnych thrillerów. Andrzej Rublow z kolei miał być jednym z pierwszych „autorów” mądrej powieści obyczajowej. To swoją drogą musiałoby być fascynujące sprawdzić, jak Ewangelię spisałby Harlan Coben, a jak zrobiłby to Wiesław Myśliwski.

Bardzo ładną powieść o Andrzeju Rublowie napisał w Polsce w latach osiemdziesiątych Andrzej Turczyński – we współczesnej reedycji Wydawnictwa W drodze towarzyszy jej film Tarkowskiego. To historia o tym, jak w mnichu formowanym do lęku przed Bogiem rodzi się miłość do świata. Jak przetrawia on tak rzadko uświadamianą sobie przez nas prawdę: nasza wiara w Boga jest odpowiedzią na to, że On nas kocha. Czyli, że On pierwszy się w nas zakochał. Mówi, że jest szczęśliwy, bo ja jestem na świecie, a moim zadaniem jest na to odpowiedzieć. Lub nie odpowiedzieć, co obecnie w Europie czyni większość ludzi, również tych ochrzczonych. Gdy Andrzej patrzy na Spasa Jaroje Oko, rodzi się w nim bunt. To nie tak! Jak Bóg, który sam stał się człowiekiem, doskonale wie, w jakich warunkach żyjemy, jakim pokusom jesteśmy poddawani, mógłby tego człowieczeństwa tak nie znosić, tak się nim brzydzić?! Andrzej w tym stworzonym z fantazją i rozrzutnością świecie, w zabawie dziecka, w miłości męża do żony, w wietrze, w słońcu znajduje innego Boga – takiego, który przede wszystkim chce dać człowiekowi swój pokój, a nie tylko spokój, czułość bez czułostkowości. Który mówi: ja jestem Panem, ale to nie znaczy, że ty jesteś niewolnikiem, bo Ja cię adoptowałem i teraz jesteś moim synem. A mój Syn jest twoim bratem. Siadaj więc ze mną do stołu.

Kilka prac Rublowa zachowało się do dziś. Najbardziej znaną jest, podobno namalowana w 1425, ikona Trójcy Świętej, która patrzącego na nią właśnie do stołu zaprasza. Jej oryginał znajduje się w moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej i kopiowany był chyba miliony razy. Tchnie z niej nie tylko cała Rublowowska atmosfera, sposób opowiadania świata przez człowieka, przez delikatność i światło. Widać na niej trzech aniołów siedzących przy stole. To goście, którzy mieli odwiedzić Abrahama, a on – nie wiedząc, z kim ma do czynienia – poleciał przygotować dla nich posiłek. Ta ikona przepełniona jest symboliką: coś znaczy wpisanie postaci w plan koła, coś znaczy sposób ułożenia ich palców i skrzydeł, coś znaczą wymalowane za nimi skały, baranek wyłaniający się ze stojącego na stole kielicha. Ikony w ogóle mają to do siebie, że je raczej się czyta, niż ogląda (dlatego też „pisze” się je, nie maluje). Wzrok jest prowadzony jak po sznurku utkanym z harmonii linii, kształtów, na kolejnych przystankach pozwala odcyfrować komunikat nadawany przez światło czy kolor.

Subiektywny wybór fragmentów tej książki
na naszych stronach:

W Trójcy Świętej ten dialog z odbiorcą sięga szczytu. Przepięknie pisał o niej wielki Paul Evdokimov (naprawdę warto przeczytać cały jego esej, ja wrzucę tu dla smaku tylko małe fragmenty): „Trzej aniołowie, o lekkich i wysmukłych postaciach, mają wydłużone ciała (głowa mieści się w długości ciała czternaście razy zamiast siedmiu jak normalnie). Skrzydła aniołów, jak również schematyczny sposób traktowania pejzażu wywołują wrażenie czegoś niematerialnego, zupełnego braku ziemskiego ciężaru. Odwrócona perspektywa obala odległość, głębię, gdzie wszystko znika w oddaleniu i przez odwrotny efekt przybliża postacie, pokazując, że Bóg jest w nich, że jest wszędzie. Radosna lekkość całości, tajemnica geniuszu Rublowa uskrzydla wizję. Trzy osoby rozmawiają ze sobą”. I dalej: „Trzej aniołowie odpoczywają, co wyraża najwyższy pokój Bytu samego w sobie, lecz ten spoczynek jest ťupajającyŤ – jest on autentyczną ekstazą, ťwejściem w siebieŤ. Cały paradoks zawiera się w tej ekstazie, która pozostaje w swej własnej głębi. Św. Grzegorz z Nyssy dobrze określił tę tajemnicę: ťZe wszystkiego największym paradoksem jest fakt, że stałość i ruch są tym samymŤ. Ruch zaczyna się od lewej stopy anioła znajdującego się po prawej stronie obrazu, przedłuża się w schyleniu Jego głowy, przechodzi na anioła w środku, porywa niepowstrzymanie kosmos: skałę i drzewo – i roztapia się w pionowej pozycji anioła z lewej strony, gdzie przechodzi w stan spoczynku jako punkt zborny”. Czy można się dziwić, że – jak pisze Evdokimiov  – gdy „w 1904 roku komisja restauracyjna zdjęła z ikony Rublowa metalowe ornamenty i po oczyszczeniu jej z późniejszych nawarstwień, ukazała się ona w takiej wspaniałości, że członkowie komisji zostali dosłownie porażeni. Nie istnieje nic równego pod względem syntezy teologicznej, bogactwa symbolizmu i niezrównanego piękna artystycznego”.

Mnie, gdy na nią patrzę, zawsze wbija w ziemię czwarte miejsce dla tego, kto się przed tą ikoną modli. Sygnał, że Trójca – choć jest doskonałą pełnią – chce czuć się jednak jakoś niepełna bez ciebie. Nie musi, ale chce, żebyś właśnie siadł i jadł. Żebyś rozmawiał, żebyś był.

Chrześcijaństwo nie jest o rachowaniu twoich grzechów, ale o tym że Bóg chce, żebyś już na zawsze był z Nim przy stole. Co to jest grzech? To sytuacja, gdy już tu na ziemi siadasz przy tym stole półdupkiem, co chwila sprawdzasz wiadomości i kursy walut, „scrollujesz” na Facebooku, wychodzisz na papieroska, słowem tracisz kontakt z Tym, Kto cię zaprosił. Kto naprawdę nie będzie cię odpytywał z katechizmu, bo gdy z Nim będziesz, cały ten katechizm sam wejdzie ci w krew. Ten Bóg stworzył cały kosmos, jest tu od początku historii, zna wszystkich ludzi, anioły – cały ten świat. Czy gdybyś naprawdę dostał dziś zaproszenie od Boga na kolację, tobyś go – chociaż z ciekawości – nie przyjął?

O tym była chyba cała sztuka Rublowa. Nie o niebiańskim zamordyzmie, lecz o relacji, której osią jest boskie zaproszenie i decyzja zapraszanego człowieka. Raz w życiu, na pół godziny, wpadnij, by zająć to czwarte miejsce. Usiądź na chwilę z Najfajniejszą Trójką Świata.

Fragment pochodzi z książki:

Szymon Hołownia
Święci codziennego użytku

wyd.: Wydawnictwo ZNAK 2015

Jak zacząć? Wejdź do kościoła, poszukaj najbliższej cerkwi. Zasiedź się tam, nie żałuj kwadransa czy godziny. Mimo że do szpiku jestem katolikiem, radzę jednak: może zacznij od cerkwi. Dlaczego? Znów wołam na pomoc Evdokimova: „Jeżeli kościoły prawosławne są tak bardzo pełne światła, ciepła i jakiejś intymności, dzieje się tak dlatego, że każdy odcinek murów jest ożywiony i przedstawia niebo, stawiając człowieka wobec własnych przodków: aniołów, proroków, apostołów, męczenników i świętych. Człowiek czuje się tak, jakby rzeczywiście był w gościnie u Boga, przebywał w niebie. Dzięki ikonie, liturgii czy rytuałom uczestniczącym tak naturalnie w szczegółach życia codziennego, Biblia staje się zadziwiająco żywa, niebo całkiem bliskie, dotykalne. Jest to jakby rodzaj ťteomaterializmu Ť, widzenia całej natury w Bogu, czyniącego wszystko dokoła przezroczystym, pozwalającego odczuć obecność niewidzialną”. Przebywanie w takim otoczeniu, pisze Evdokimov, samo rodzi w człowieku głód. Człowiek chce płonąć jak świeca, unosić się w powietrzu jak kadzidlany dym, mieć na twarzy pokój, jaki widzi na wymalowanej na murze ikonie świętego.

Piękny kościół potrafi powiedzieć człowiekowi bez słów kazanie dużo bardziej poruszające, niż niejeden popisujący się w nim oracjami ksiądz. Piękno to w ogóle jedno z najbardziej dziś niedocenionych narzędzi do opowiadania światu o dobrym i kochającym Bogu. Może wyczuwają to intuicyjnie ci z moich znajomych, którzy zamiast do kościoła, chcą iść na łąkę lub do lasu? Mam śmiałe przypuszczenie, że jeśli szczerze chcą lgnąć do piękna, prędzej czy później ten las zaprowadzić ich musi do Cerkwi, do Kościoła, do Boga. Pytanie, czy ja, gość z tego Kościoła, potrafi ę, jak Rublow, pokazać im piękno, czy mam w ręku tylko podręcznik, tacę i bat.

opr. ab/ab








 wyślij znajomym

Zobacz także:
Max Huot de Longchamp, Stworzeni w modlitwie, stworzeni dla modlitwy
Słowo wśród nas, Potężny Zbawiciel
Robert Grohs, Sztafeta światła
Lucetta Scaraffia, Dwie kobiety na jedno miejsce
Zdzisław J. Kijas, Jolanta Krasnowska-Dyńka, Święty ma w sobie coś z rycerza
MD, Jakie życie, taka śmierć
Aleksandra Zapotoczny, Renzo Allegri, Giganci wiary i humanizmu
Nicola Gori, Angelo Amato, Pierwsza globalizacja
Krystian Biernacki SJ, Małgorzata Cichoń, Współbrat papieża Franciszka
Papież Franciszek, Nosimy nazwisko Boga
Komentarze internautów: