Maria Szamot
CHCĘ WIDZIEĆ JEZUSA
ISBN: 978-83-7318-847-1
wyd.: WAM 2007
Chrzest i kuszenia na pustyni
tedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?" Jezus mu odpowiedział: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe". Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie" (Mt 3,13-17).
Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepos'cił czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: „Jeśli jesteś' Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem". Lecz On mu odparł: „Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych".
Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: „Jeśli jesteś' Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień". Odrzekł mu Jezus: „Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego".
Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: „Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon". Na to odrzekł mu Jezus: „Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz".Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu (Mt4,1-11).
Wiedziony swoistym instynktem religijnym (Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? pytał rodziców, gdy miał lat dwanaście) Jezus podąża nad Jordan, bo tam w tej chwili dzieje się to, co w perspektywie wiary jest najważniejsze. Nie zważając na protesty Jana, który wie o Nim więcej niż On sam o sobie - Ja Go wcześniej nie znałem, ale Ten, który mnie posłał (...) powiedział do mnie..,aw innym momencie przepowiada Oto jest Baranek Boży - przyjmuje chrzest z jego rąk.
Ponieważ sami wykonujemy dziesiątki pustych, czysto rytualnych gestów o charakterze religijnym - chrzcimy dzieci, bo się urodziły, przyjmujemy komunię Św., bo byliśmy u spowiedzi, spowiadamy się, bo już pora wielkanocna, recytujemy akty żalu, choć żalu w nas nie ma, akty uwielbienia, choć nie potrafimy wielbić... -więc zupełnie bez zastanowienia przyjmujemy do wiadomości, że Jezus przyjął chrzest. Nie grzeszył, nie potrzebował nawrócenia, a każe się ochrzcić
- widocznie tak wypadało. Taki się widać wtedy wśród porządnych ludzi utarł obyczaj, a On przecież był porządny, no to też musiał. Sam nawet mówi do Jana: trzeba nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe
- znaczy (chyba) robić to, co porządni ludzie robią...
A przecież kto jak kto, ale On nie dopuściłby się takiej nieprawdy, takiego gwałtu na przestrzeni religijnej. Dla Niego ta przestrzeń była rzeczywistością nadrzędną, obiektywnie i realnie istniejącą, a nie -jak dla nas - okazjonalnie powoływaną do istnienia naszym liturgicznym gestem. Dlatego, jeśli Jezus przyjmuje chrzest Janowy, to na pewno nie jest to powierzchowny, zwyczajowy gest, co najwyżej jakiś przejaw dydaktyzmu wobec obecnych, ale autentyczny akt chrztu z wody. Akt, który ma swój powód, cel i następstwa.
Jezus nie miał win, które mógłby przy chrzcie wyznać, tak jak inni, prosząc Boga o ich odpuszczenie: natychmiast wyszedł z wody. Nie pobłądził w życiu, by błagać o dar nawrócenia, ale miał za sobą trzydzieści lat życia ukrytego i oto stał na progu radykalnego przełomu - miał rozpocząć działalność publiczną. Czy wiedział o tym? Czy już nosił się z zamiarem jej podjęcia -jeszcze tak zwyczajnie, po ludzku, bez Bożego poruczenia, a tylko z potrzeby serca, z miłości do Boga, z pragnienia chwały dla Niego - czy też dopiero tu, nad Jordanem, zobaczył swój cel? Nie potrafię odpowiedzieć. Zapewne, jak w losie każdego człowieka, najpierw przeczucie, a później świadomość powołania narastała w Nim powoli. Tutaj zaś uzyskuje pewność i tutaj otrzymuje misję. Ale to oznacza, że właśnie tutaj wydarzyło się coś niezwykłego w Jego losie. Bo człowiek -a był prawdziwym Człowiekiem (!) - nie dokonuje tak radykalnego zwrotu w sposobie życia bez wyraźnego powodu.
Przywykliśmy trochę patrzeć na Jezusa, jak na kogoś, kto pojawił się na ziemi, by odegrać napisany przez Ojca scenariusz. Kogoś, kim Ojciec bez reszty steruje za pomocą sznureczka (albo bardziej współcześnie: pilota) zwanego „posłuszeństwem". W Listach wielokrotnie powraca motyw Jego bezwarunkowego posłuszeństwa Ojcu. Gdyby rzeczywiście tak się rzeczy miały, Jego ofiara nie miałaby mocy zbawczej, jak nie miałyjej cierpienia niezliczonych istot zadręczonych na śmierć przez oprawców. Jak nie miało jej cierpienie 6000 niewolników ukrzyżowanych wzdłuż Via Appia... Dopóki myśli się o człowieczeństwie Jezusa jak o rodzaju kostiumu, który przywdział na siebie (po co?), dopóty nie sposób Go zrozumieć i nie sposób się Nim zachwycić. Dopiero autentyczny szacunek dla Jego człowieczeństwa i głęboka powaga, z jaką się je traktuje, okazują się być furtką na tej drodze. Spróbujmy w tym duchu spojrzeć na Mateuszową relacj ę.
Jako Człowiek, Jezus odczuwa stałe, konsekwentne pragnienie oddania swego życia Bogu na służbę. Jest w tym głęboko podobny swym rodzicom. To samo pragnienie przed laty stało się fundamentem ich związku. Ten rodzaj wewnętrznego usposobienia, trwałego i sprawczego jest formą nieustannej błagalnej modlitwy. Ta modlitwa zostaje wysłuchana - to jest ukryty motor tych wydarzeń.
Jezus przychodzi nad Jordan, gdzie Jan chrzci rzesze i nawołuje do nawrócenia. Tutaj decyduje się na radykalną zmianę życia. W tym sensie także dla Niego jest to chrzest nawrócenia, to znaczy akt, na który człowiek decyduje się wobec Boga i w którym daje wyraz swemu pragnieniu przemiany życia ze względu na Niego. Przemiany, w efekcie której Bóg stanie w absolutnym centrum. Takie pragnienie wypełnia serce Jezusa i jemu chce dać wyraz przyjmując chrzest Janowy. Odpowiedzią Ojca na to pragnienie/modlitwę jest misja mesjańska Jezusa. Najpierw jednak otrzymuje nowe imię -odkrywa swą tożsamość: Tyś jest Syn mój umiłowany. Obmycie w wodzie chrzcielnej „spłukuje" z Niego syna Józefa odsłaniając Syna Bożego. Taka jest moc sakramentu, a w wypadku Jezusa był to pełny sakrament: namaszczenie Duchem Świętym w obecności Ojca widzialne tylko dla Niego i dla Jana. Dla pozostałych ukryte pod znakiem strużek wody spływających po Jego głowie i, jak pisze św. Łukasz, w postaci cielesnej niby gołębicy.
Wyszedłszy z wody Jezus niemal natychmiast kieruje swe kroki ku pustyni. Zastanawiające, dlaczego? Jego postępowanie ma oczywiście związek z owym sakramentem przemiany, który przyjął w wodach Jordanu, ale sposób, w jaki ten sakrament owocuje, jest jakoś nietypowy. Zdawałoby się, że właśnie teraz powinien lgnąć do ludzi, bo do nich był posłany. Tłum, wśród którego się znajdował, składał się przecież z ludzi wyjątkowo otwartych na Boże słowo, uznających swą grzeszność, pragnących nawrócenia - po to przyszli tu, nad brzeg Jordanu, do Jana. Przyszli z całej Judei i Jerozolimy, bo widzieli w nim wysłańca i proroka Pańskiego. Czyż więc nie było to wymarzone miejsce do rozpoczęcia działalności? Głos Jezusa byłby tu od razu słyszalny dla całej Judei i Jerozolimy, od razu skuteczny... A przy tym u człowieka, który przeżył jakąś formę głębokiej przemiany, byłby to najnaturalniejszy sposób postępowania: rzucić się w przestrzeń, którą ona otwiera, korzystać z niej natychmiast i do dna. Paralityk, doznając uzdrowienia, chwyta łoże i odchodzi - bo nareszcie jest w stanie to zrobić, trędowaci po oczyszczeniu wracają czym prędzej ku społeczności - bo teraz wolno im wśród niej przebywać. Szymon wysłuchawszy nauczania Jezusa, zostawia łódź i sieci, i idzie za Nim - zrywa krępujące więzy ustabilizowanego życia i rzuca się cały ku temu, za czym serdecznie a nieświadomie tęsknił. I każdy niemal neofita, przeżywszy nawrócenie, czuje nieodparty przymus głoszenia swej wiary, nie bacząc na to, jak jeszcze jest słaba.
A Jezus reaguje wbrew tym schematom. Czytamy u Mateusza: Duch wyprowadził Go na pustynię. Ale przecież Duch prowadząc człowieka, nie ciągnie go za rękę, nie zmusza tak, jak poganiacz zmusza powodowane zwierzę, ale Jego działanie ujawnia się w mocy i nie-złomności pragnień ludzkiego serca, pragnień głęboko autentycznych i tożsamych z osobą. Pragnień, których siły i głębi człowiek może w danym momencie nie być do końca świadomy, a jednak, gdy u końca drogi omiata je retrospektywnym spojrzeniem, zdumiewa się, jak bardzo były Jego".
Tak właśnie prowadzony przez Ducha Świętego, a więc sam gorąco pragnąc odosobnienia, Jezus zostawia zgromadzone wokół Jana rzesze i idzie ku pustyni. Idzie naprzeciw bardzo trudnemu i złożonemu doświadczeniu duchowemu. Aby był kuszony przez diabła -pisze o tym św. Mateusz. Lakoniczny język jego narracji, jak zresztą i język św. Łukasza, nie ułatwia zrozumienia tego, o czym tu mowa. Duch Boży wyprowadza Jezusa na pustynię, aby tam był kuszony przez diabła. Jak to? Czy Bóg czerpie satysfakcję z tego, że człowiek znajduje się w opresji? Skądinąd wierzymy, że Bóg, jeśli dopuszcza lub nawet tak jak tu, sam zsyła doświadczenie duchowe na człowieka, to tylko po to, by ten człowiek postąpił w swoim ku Niemu podążaniu. Doświadczenie duchowe, jakkolwiek by nie było trudne i dojmujące, zawsze oznacza konkretny krok naprzód, chyba że człowiek sam się z niego wycofa lub mu się opiera. Tak więc, skoro Duch prowadzi Jezusa ku pustyni, to nie dlatego by Go bezsensownie udręczyć, ale dlatego, że tylko tak można osiągnąć cel zamierzony przez Boga.
Spróbujmy nieco wniknąć w to doświadczenie, na tyle tylko, by zrozumieć jego charakter, a nie naruszyć jego intymności. Doświadczenie pustyni jest typem doświadczenia znanym duchowości chrześcijańskiej od bardzo dawna. Znanym z relacji ojców pustyni, mistyków, bo jest ono nieuniknionym etapem drogi ku Bogu. Drogi, którą otwiera wolna, świadoma decyzja, a która niekoniecznie dokonuje się w odosobnieniu eremu, na bezludziu pustkowia, w oderwaniu od świata. Doświadczenie pustyni może dopaść człowieka w samym środku świata, pośród jego normalnej aktywności, właśnie dlatego, że jest to doświadczenie, w którym Bóg wychodzi naprzeciw człowiekowi, który już jakoś Go przedtem wybrał.
Pełen Ducha Świętego (...) Jezus (...) przebywał w duchu na pustyni. Czterdzieści dni spędził w samotności, na ziemi niegościnnej, nieprzychylnej i wrogiej, w krainie, gdzie -jak sądzono - siedliska swe mają demony i złe duchy. Czterdzieści dni osamotnienia, postu, bezczynności, milczenia - zejścia w siebie. Czterdzieści dni, podczas których cichnie świat zewnętrzny, a coraz pełniejszym głosem odzywa się wnętrze człowieka. Czterdzieści dni uporczywego trwania na przekór wszystkiemu, co wokół - upałowi i zimnu, głodowi, brakowi schronienia, samotności i na przekór temu, co w Nim - nieodstępnemu, nasilającemu się pytaniu: czy tkwiąc tutaj naprawdę idę ku Tobie, czy tylko idiotycznie marnuję życie? Długi ciąg dni, których treścią była nie walka, ale uporczywe trwanie. Dni i noce, w ciągu których nie ma się o co „zaczepić". Pustka, pustynia, bezruch. Tylko pamięć tego, co było - ogarnięcia Duchem -jest jedynym punktem oparcia. Pamięć, której za cenę klęski nie wolno podważyć. Szkoła zaufania i uległości. Szkoła uporczywości i wierności po granice absurdu. Czas obezwładniającej prawdy o sobie i czas oczyszczenia. Czas wyzwalającego działania Boga w skromnych realiach ludzkiego losu. Czterdzieści dni, które Jezus rozpoczynał przejęty, poruszony, olśniony, ale całkowicie władny sobą, a kończył bez reszty uczepiony Ojca, wyzuty z dawnego siebie, za to w pełni świadomy swej bosko-ludzkiej natury, a w konsekwencji w pełni świadomy swego mesjańskiego posłannictwa.
Te czterdzieści dni to okres ochronny. Duch Boży prowadził Go przez nie i osłaniał tak, by mogło się dokonać to, co On w tym doświadczeniu zamierzył. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. A św. Łukasz uściśla: nic w owe dni nie jadł, ani nie pił. Nie mam pojęcia, jaka jest wytrzymałość organizmu ludzkiego na brak pokarmu. Bohaterowie naszych strajków głodowych zwykle po góra dwóch tygodniach popijania soczków pod okiem lekarzy trafiają „skrajnie wyczerpani" w troskliwe ramiona służby zdrowia. Czy więc owa liczba czterdziestu dni jest rzeczywistą, adekwatną miarą czasu, który Jezus spędził głodując na pustyni, czy też jest liczbą symboliczną, to znaczy określeniem, które nie zdradza miary, ale charakter opisywanej rzeczywistości? Zapewne, jeśli nawet człowiek jest w stanie przetrwać bez pożywienia aż tak długo, to już na pewno nie więcej. To jest granica jego biologicznych możliwości. O tyle więc odczytanie cyfry „czterdziestu" dni jako miary tej ascezy pokrywa się z jej znaczeniem symbolicznym -jako okresu pełnego, zamkniętego, dokonanego. Czasu, który się wypełnił. Czasu o takim charakterze, jak czas potrzebny Mojżeszowi, by poznał i pokochał swój naród (czterdzieści lat), a potem uwolnił się od obezwładniającej siły tego przywiązania, by zostać jego wodzem (czterdzieści lat). Jak czas dojrzewania Izraela do przejęcia Ziemi Obiecanej (czterdzieści lat) ijak czas oswajania apostołów z cudem zmartwychwstania (czterdzieści dni).
Wtedy przystąpił kusiciel. Dopiero wtedy: gdy dokonało się, co Bóg zamierzył. Fakt, że Bóg podprowadza nas ku Sobie, że na pewnych etapach życia duchowego nas osłania, nie oznacza, że odtąd wolni jesteśmy od walki. Dla Jezusa ta walka dopiero się teraz rozpoczynała.
I rzekł do Niego: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem ". To przecież zupełnie naturalne - odczuł w końcu głód - więc chciałby go zaspokoić. Czy nie ma do tego prawa? Że złamie post? Przecież nic Go do tego postu nie zmusza, nie nakazuje, a w końcu i tak będzie musiał go przerwać, bo inaczej umrze z głodu. Na czym więc polega ta pokusa? W co uderza?
Gdyby nie było tych „czterdziestu dni", tego czasu dokonanego i już zamkniętego, słowa szatana należałoby odczytywać jako pokusę wyrwania się z duchowego stanu pustyni. To jest najczęstsze, najbardziej elementarne doznanie związane z tym doświadczeniem: zrób coś nareszcie po tygodniach bierności, trwania w bezruchu. Zrób coś najprostszego, coś, co się w oczywisty sposób narzuca- od dawna przecież nie miałeś niczego w ustach - więc zrób sobie chleb z kamieni, wodę z piasku, ale coś zrób. Weź we własne ręce ster tego czasu nieznośnej pustki i zamknij go! A właśnie tego zrobić nie wolno, bo tym czasem zawiaduje Bóg, nie człowiek.
Tu jednak nie o to chodzi, bo dla Jezusa czas pustyni duchowej już się skończył. Minęło czterdzieści dni. Zło nie kryje się więc w samowolnie podjętej, opacznej aktywności. Zresztą po wielu dniach postu człowiek właściwie nie odczuwa już zwykłego doznania głodu. Boli go serce, stawy, mięśnie, głowa, jest osłabiony, źle rozumuje, szwankuje mu pamięć, słabnie wzrok, ale pustki w żołądku właściwie już nie czuje. Potrzeba pożywienia funkcjonuje w jego świadomości bardziej jako wspomnienie pewnej właściwej mu aktywności niż przymus, niż nieusuwalna konieczność. A pokusa zawsze uderza w to, co w człowieku najbardziej żywe, drgające, w to, co go najmocniej porusza, czego głęboko doznaje. Stąd bierze się jej siła. To gwarantuje celność jej ataku. Nie głód, teraz przytępiony, choć obecny przez swe następstwa, jest więc miejscem, w które celuje. Co więc?
Kształt tej pokusy zdradza miejsce intensywnego życia. Zdradza duchową treść minionego czasu pustyni. To jest Syn mój umiłowany... to słowa, które Jezus usłyszał podczas chrztu. Jeśli jesteś Synem Bożym... mówi szatan. Jeśli rzeczywiście Nim jesteś, to powinieneś mieć szczególną moc, powinieneś potrafić robić rzeczy nadzwyczajne. Wypróbuj, co potrafisz. Wypróbuj, jak daleko sięga Twoja moc. Nie, żeby wątpić w słowo Boga, ale żeby eksperymentalnie sprawdzić, co ono właściwie znaczy. Przekonać się, ile Ci dano i co zawiera się w tej niezwykłej formule Syn mój umiłowany...
Jest to więc pokusa skierowana przeciwko słowu Boga. Pokusa polegająca na próbie postawienia nad nim -poprzez oczywisty, zdawałoby się pozbawiony znaczenia gest - specyficznego znaku zapytania. Pokusa uwiarygodnienia go, wbrew temu, że jest ono ze swej natury -jako słowo Boga - w pełni wiarogodne. Jezus odpowiada na tę pokusę słowami z Księgi Powtórzonego Prawa. W losach swego narodu znajduje odpowiedź na pytanie o sens i cel tego, co sam przeżywa. Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi cię prowadził Pan, Bóg twój, przez te czterdzieści lat na pustyni, aby cię utra-pić, wypróbować i poznać, co jest w twym sercu; czy strzeżesz Jego nakazu (!), czy też nie. Utrapił cię, dał ci odczuć głód, (...) bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana (Pwt 8, 2-3). Bo słowo Pana jest życiodajne, o wiele bardziej pożywne niż chleb. Jeśli się je przyjmie takim, jakim ono jest, bez prób jakichkolwiek na nim manipulacji, bez testowania go, to ono do życia wystarczy. Będzie źródłem siły i nieomylnym przewodnikiem. Ono podpowiada właściwą odpowiedź. Nie: zgrabną, nie: wykrętną, bo takich nigdy nie udzielał, ale odpowiedź w pełni adekwatną do treści pokusy: skoro jestem Synem Bożym, to mój pokarm jest boskiej natury.
Trwając przy słowie Pana, które usłyszał u wód Jordanu, Jezus przebył czterdzieści dni na pustyni, choć nic nie jadł, ani nie pił. Żył tylko tym i strzegł tylko tego, co pochodziło z ust Pana. Tak wypróbował i poznał, co jest w Jego sercu. W ten sposób jakby potwierdził i dowiódł swych „kwalifikacji" do wypełnienia misji, którą Bóg Mu powierzył.
Ale kwalifikacje to jeszcze za mało. To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dlapodźwignięciapokoleń Jakuba... (Iz 49, 6). Najwspanialsze nawet uposażenie osoby nie wystarczyłoby, by tę misję wypełnić. Bo celem jej było odwrócenie następstw grzechu, który przez człowieka wszedł w świat i jego struktury. A obecność grzechu, to ciągle rosnący rozziew między Bogiem i człowiekiem. To niczym nie dające się zatuszować wzajemne nieprzy stawanie woli Boga i woli człowieka. To, ze strony człowieka, nieustanna manifestacja woli zbłąkanej. Dla wypełnienia misji mesjańskiej potrzebne więc było, by nie tylko bez reszty zawierzyć słowu Boga (odwracając, pozbawiając mocy czyn Ewy, która pozwoliła je zakwestionować), ale jeszcze, by całkowicie na powrót „zlepić" wolę człowieka z wolą Boga. To zadanie przerastało nasze możliwości. Tego mógł dokonać tylko człowiek absolutnie czysty, człowiek, który nie popełnił żadnego grzechu. Człowiek, w którym nie ma „udziału diabła". Tylko On jeden - Człowiek-Syn Boży. Przeciwko temu skierowana jest druga pokusa.
(...) Wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół. Nic Ci się przecież nie stanie, bo -jak zapewnia psalmista -Bóg pośle aniołów, by Cię osłonili. Diabeł zabiera Jezusa - nieważne, czy chodzi tu o jakąś rzeczywistą zmianę miejsca, czy tylko wizję, skoro rzecz cała zasadza się na wyborze woli - do Miasta Świętego, to jest do Jerozolimy, i tam „stawia" Go na narożniku świątyni. Zabiera Go akurat tam, gdzie jest przybytek Boga. Zabiera Go tam, gdzie On jest, ale nie do miejsca Świętego Świętych, a gdzieś na brzeg, na granicę obszaru świątyni. Stawia Go wysoko -jest Synem Boga - i nie stawia Go w centrum Przybytku - nie jest Bogiem. Nie jest z Nim tożsamy. Na tronie Ojca zasiądzie dopiero za cenę krwi. O tę odległość pozycji tu chodzi. Ją usiłuje diabeł utrwalić mówiąc: rzuć się w dół. Jeśli jesteś Synem Bożym, to poczuj się Nim. Poczuj się kimś, kto ma boskie możliwości. Zamanifestuj swoją niezależność, swoją wolę - nie poprzez akrobatyczny wyczyn, ale poprzez - ostatecznie - zamanipulowanie miłością Ojca. Ty zdecydujesz się na skok, a On postąpi tak, jak będzie musiał w tej sytuacji postąpić, skoro jesteś Jego Synem: każe swym aniołom nieść Cię na rękach.
I znowu zupełnie nieważne jest w tym obrazie, czy skok, do którego zachęca Jezusa diabeł, jest rzeczywistym samobójczym skokiem, czy tylko symbolem czynu o wymowie takiej, o jaką mu chodzi. Osobiście skłaniam się ku drugiej z tych możliwości, jako że nigdzie w ewangelii nie znajdujemy sugestii, że Jezus jako Człowiek miał skłonność do tak nieprzemyślanych postępków, a przecież pokusa, by była kuszącą, musi oprzeć się na czymś, co już w człowieku jest. Inaczej pozostanie bez odpowiedzi. Sądzę więc, że chodzi tu wyraźnie o symbol. Symbol wyboru woli, którego charakter określaj ą słowa rzuć się w dół. Chodzi o taki wybór, który w swej wymowie będzie upadkiem, poniżeniem Jezusa - pozbawi Go mesjańskiej godności, to znaczy uniemożliwi Mu wykonanie Jego misji poprzez rozziew, jaki wprowadzi i utrwali między Jego wolą a wolą Ojca.
Tak więc, te dwie pierwsze pokusy to w gruncie rzeczy próba powtórzenia sytuacji, jaka miała miejsce w edeńskim ogrodzie. Tam właśnie człowiek pozwolił na to, by zakwestionowano słowo Boga
- (Rdz 3, 3) (...) nie wolno wam jeść z niego, (...) abyście nie pomarli - wybierając inne, któremu ostatecznie zaufał: na pewno nie umrzecie, ale (...) otworzą się wam oczy i (...) będziecie znali dobro i zło. Tam też zaistniał ten pierwszy rozziew między wolą Stwórcy
- nie wolno wam jeść z niego - i wolą stworzenia: niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia (...) zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi. W ten prosty sposób, w rytmie dwutaktu, szatan zyskał swój „udział" w naturze człowieka. W ten sam sposób usiłował go zdobyć w naturze Człowieka-Boga. W pewnym sensie nie mógł przyjąć innej strategii, skoro miał przed sobą prawdziwego Człowieka, a jedyną rzeczą, której nie dostawało człowieczeństwu Jezusa, był udział w grzeszności rodzaju.
Ale miał też przed sobą prawdziwego Boga8. Kogoś, do kogo sama natura nie pozwoli mu się zbliżyć, bo on nie ma niczego swojego we Mnie. Kogoś, do kogo z samej Jego istoty należy zwycięstwo, a Kto, by mogło ono stać się udziałem człowieka, stał się Człowiekiem i jako Człowiek złoży z Siebie najdoskonalszą ofiarę przebłagalną. Tej nieubłaganej logice Bożego planu szatan usiłuje się przeciwstawić, formułując trzecią pokusę.
Wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę lub wyprowadził Go w górę. Góra - miej sce wywyższenia ponad zwykły poziom spraw, miej -sce wywyższenia ponad wszystkich ludzi. Tam zabiera Jezusa diabeł w kolejnej wizji: na to symboliczne miejsce, które rzeczywiście jest dla Niego przygotowane10.1 tam w jednej chwili ukazał Mu wszystkie królestwa świata, mówiąc: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego (...) jeśli (...) upadniesz i oddasz mi pokłon.
Na czym właściwie zasadza się ta zaskakująca oferta? Oddaj mi pokłon, a dam Ci potęgę i wspaniałość wszystkich królestw? Dość niedorzeczna propozycja, bo czy Jezus kiedykolwiek zdradzał słabość do władzy lub bogactwa? Czym więc usiłuje Go tu znęcić diabeł? Gdzie jest to, „co w Nim jest", o co ma się zahaczyć to kuszenie?
Ukazuje Mu wszystkie królestwa świata i mówi: mogą być Twoje. Jak? Przecież każde królestwo ma swego własnego króla, chyba że utraci suwerenność. Ale Jezus nie zamierzał być kimś w rodzaju Napoleona czy Aleksandra Wielkiego. Nie wybierał się na orężny podbój świata, a po dniach spędzonych na pustyni wiedział już, że Jego posłannictwem jest objawić światu imię Ojca. Wiedział, że tylko On to potrafi zrobić, bo tylko Jego łączyła z Ojcem tak głęboka, na wspólnocie natury oparta miłość. Z powodu tej miłości przyszedł na świat i z powodu tej miłości gorąco pragnął oddać Ojcu chwałę - to właśnie znaczy objawić Jego imię. Imię, czyli naturę, istotę.
Tak więc to kuszenie zwrócone jest przeciw mesjańskiej misji Jezusa. Jezus jest już w pełni świadom jej kształtu. Dokładnie rozumie drogę, jaką ma przed sobą. Świadectwo ewangelii nie pozostawia tu wątpliwości: nie widzimy procesu zyskiwania świadomości, nie widzimy jak konkretyzuje się Jego posłannictwo. Widzimy natomiast, jak od pierwszych chwil konsekwentnie realizuje swe zamiary. Dla przykładu: już u progu działalności powołuje uczniów, choć Kościół zakłada w j ej ostatnich chwilach, a ich samych obdarza misją dopiero po zmartwychwstaniu. Wyraźnie do głosu dochodzi tu Jego boska natura: to Boży Syn realizuje boski plan, z miłością i mocą, i w całej pełni.
Oddam Ci wszystkie królestwa znaczy: podporządkuję je Tobie. Będziesz niekwestionowanym, największym przywódcąreligijnym, jakiego ziemia nosiła.W każdym z nich doznasz wywyższenia -tak wielkiego, jak w tej chwili kuszenia. Ale oddaj mi pokłon, to znaczy zatwierdź moją pozycję. To znaczy nie podejmuj ze mną walki: zrezygnuj z krzyża!
Jezus mówi do Nikodema: trzeba, aby Syn Boży był wywyższony (J 3, 10), odsłaniając w ten sposób logikę swego posłannictwa, a szatan mówi: upadnij, rzuć się w dół. Mówi czy też tylko mami obrazem odkupienia bez ofiary - wszystko jedno, chodzi mu o upadek. O detronizację Króla - tego, którego przeznaczeniem było wywyższenie.
Czy była to realna pokusa? Czy Jezus rzeczywiście mógł jej ulec? Nie znamy jej przebiegu, znamy tylko jej charakter. Wiemy, co chce osiągnąć, przeciwko czemu się kieruje, a ta wiedza nie wystarczy, by odpowiedzieć na postawione tu pytanie. Ale wiemy coś jeszcze: że Jezus nie brałby udziału w przedstawieniu. Nie demonstrował tu swej przewagi, ale naprawdę się opierał. To była sytuacja rzeczywistej walki, a znając już jej cel, możemy powiedzieć, że była to walka o najwyższą stawkę. I jak w każdej rzeczywistej walce, jej wynik nie był z góry przesądzony. To wyjaśnia zastanawiające słowa proroka Izajasza: jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo. Właśnie: jeśli wyda. Jeśli zwycięży, to złoży siebie w ofierze.
Treść tej pokusy odsłania przed nami rzecz przerażającą: że tak naprawdę nasza religijność wcale diabłu nie przeszkadza. Jest nawet skłonny nas w niej wspierać, dopóki nie zwraca się przeciw niemu. Skoro niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza, to obecności Bożego imienia w świecie nie potrafi on zapobiec. Ale potrafi tak zaanektować nasz zmysł wiary, na tyle rozmydlić nasze głoszenie, na tyle ukołysać nas w bezsile naszej bezkonfliktowej religijności i tak niąposterować, że nie będzie w niej mocy i ducha walki z nim. I to już mu wystarcza.
Przyjrzyjmy się sposobowi, w j aki Jezus odpowiada na kolejne kuszenia. Każdorazowo powołuje się na Księgę Powtórzonego Prawa. Księgę, która prócz pewnych, niezbyt zresztą obszernych fragmentów o charakterze kronikarskim, przynosi przede wszystkim wykład Prawa. Tu znajdują się dwie wielkie mowy Mojżesza, w których wykłada on interpretację dziejów Izraela, tu zostaje sformułowane najważniejsze przykazanie Będziesz miłował Pana, Boga swego..., tu także sprecyzowane, powtórzone i dopowiedziane zostają zasady, na jakich naród wybrany będzie „żył" ze swoim Bogiem, wystrzegając się bałwochwalstwa i Jego Prawem kierując się w każdej sytuacji. Tu też znajduje się praktyczna wykładnia Dekalogu.
Dwie pierwsze (u Mateusza) riposty Jezusa są dokładnymi cytatami słów z tej Księgi. Zauważmy: tam, gdzie pokusa skierowana jest przeciwko Jego ludzkiej naturze, tam zachowuje się dokładnie tak, jak powinien zachować się człowiek wiary: opiera się na słowie swego Boga. Sposób, w j aki odpowiada, nie ma nic wspólnego z zachowaniem kazuisty, który z wprawą cytuje paragrafy „na okoliczność", przy okazji sprytnie się za nimi ukrywając. To postawa wyznawcy, który w każdych okolicznościach życia chce być wierny i posłuszny.
Trzecia odpowiedź nie jest już dosłownym cytatem z księgi biblijnej, lecz przepowiedzeniem wątków zawartych min. w drugiej mowie Mojżesza. W słowach, które tutaj Jezus wypowiada, w sposobie potraktowania narracji Starego Testamentu, w powołaniu się na ducha tekstu z pominięciem jego litery, pobrzmiewa coś z tonu Jego późniejszych wystąpień, a co Mateusz charakteryzuje słowami uczył ich, (...) jak Ten, który ma władzę. I „jak Ten, który ma władzę" Jezus odpowiada szatanowi, gdy próbuje on odwieść Go od misji zbawczej, czyli zwraca się bezpośrednio przeciwko boskiej naturze Syna Bożego.
Ta szczególna adekwatność odpowiedzi Jezusa pośrednio potwierdza przedstawioną tu interpretację kuszeń.
Wtedy opuścił Go diabeł. Opuścił Go, bo przekonał się, że nie zdobędzie w Nim udziału. Nie było sensu mnożyć propozycji, skoro ich cel został rozszyfrowany, a odpowiedź tak jednoznaczna, że nie miały już o co się zaczepić. Ześlizgnął się z niewinności Jezusajak z lodowej góry.
...a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. Te słowa brzmią trochę jak zakończenie baśni: i żyli długo i szczęśliwie. To taka obowiązkowa formułka, której nie należy poważnie traktować, a która ma zapewnić nas, że wszelkie trudy, jakie poniósł bohater opowieści, opłaciły się mu z nawiązką. I odruchowo, w ten sam sposób traktujemy zakończenie tej Mateuszowej perykopy. Tymczasem przynosi nam ona wieść ważną. Przynosi potwierdzenie zwycięstwa Jezusa nad trzecią pokusą, to znaczy potwierdzenie Jego boskości. Bo aniołowie nie służą nikomu, tylko Bogu. Bywa, że kontaktują się z człowiekiem, przynoszą mu wieści, ale nigdy mu nie usługują. Jeśli więc tutaj czytamy, że przystąpili i usługiwali Mu, to znaczy, że widzą w Nim Kogoś współistotnego Ojcu i że sam Ojciec, posyłając ich, potwierdza bóstwo Syna, a nie tylko -jak podczas chrztu - relację rodzicielską z Nim.
opr. aw/aw
Copyright © by Wydawnictwo WAM
wyślij znajomym |
|
|

wyślij znajomym