Czy żyjemy w cywilizacji śmierci?
Z prof. Teologii Moralnej Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie ks.Marianem Machinkiem rozmawia Łukasz Adamski
Czy żyjemy w cywilizacji śmierci?
Współczesna cywilizacja nosi w sobie znamiona zarówno „cywilizacji śmierci”, jak i wiele pozytywnych znamion „cywilizacji życia”. Jednoznaczne stwierdzenie, że jest to „cywilizacja śmierci” byłoby nietrafne. Jan Paweł II pisał o niej w kontekście ostrzeżenia, jednocześnie nawołując do budowaniu cywilizacji życia. Te dwa sposoby patrzenia na człowieka i społeczeństwo ścierają się i w jakiś sposób konkurują ze sobą. Niestety, obserwujemy tendencje, które jednoznacznie wskazują na inercję w kierunku zła i zagłady.
Prof. Michał Wojciechowski powiedział mi w jednym z wywiadów, że tzw. kompromis w ustawie antyaborcyjnej został zawarty nie z państwem, lecz ze zlaicyzowaną częścią naszych polityków. Zgadza się ksiądz z tym stwierdzeniem?
Pojęcie kompromisu w odniesieniu do ustawy antyaborcyjnej jest błędne, ponieważ nie może być kompromisu między życiem i śmiercią. Nie można odrobinę bardziej żyć i odrobinę mniej umierać. Człowiek jest albo żywy albo martwy. Można mówić o kompromisie jedynie w tym sensie, że ustawa, która nas obowiązuje, była najlepsza z tych, które w tamtym czasie mogły być uchwalone.
Hierarchia polskiego Kościoła nie jest zgodna w sprawie zaostrzenia tej ustawy. Część biskupów twierdzi ,że dyskusja o aborcji zburzy ten tzw. kompromis. Czy nie jest to sprzeniewierzenia się nauce Kościoła o bezwzględnej ochronie życia ludzkiego?
Propozycja wpisania ochrony życia poczętego w konstytucji i w konsekwencji zniesienia zgody na aborcję dziecka upośledzonego lub będącego wynikiem gwałtu, na pewno lepiej chroniłaby życie. To nie jest tak, że hierarchowie kościelni twierdzą, że stan, który mamy obecnie w wystarczającym stopniu chroni życia, bo to po prostu nieprawda. Istnieje jedynie obawa, czy działania w kierunku uściślenia i zaostrzenia tego zakazu nie doprowadzą w efekcie do utraty stanu obecnego na rzecz zupełnej liberalizacji aborcji. Nie może zatem chodzić o jakieś słowne fajerwerki, bo zdanie Kościoła jest w tej materii zupełnie jasne. Chodzi o pytanie, czy rzeczywiście jesteśmy w stanie uzyskać w lepszą ochronę życia poczętego. Jeżeli tak jest, udzieliłbym jak najbardziej poparcia tej inicjatywie.
Kiedy SLD traciło w sondażach wymyśliło w celu zdobycia głosów lewicowych radykałów liberalizacji ustawy. LPR również przypomniało sobie o tym problemie dopiero gdy zaczęło balansować na skraju progu wyborczego. Czy to nie jest tak, że politycy w bezczelny sposób żonglują kwestią aborcji tylko w celu zdobycia elektoratu?
Można rzeczywiście w przypadku tej inicjatywy mieć wrażenie pewnej gry politycznej. Jednak nie ferowałbym tu kategorycznych sądów. Trudno jest udowodnić jakiejś partii, że „gra aborcją” w przypadku spadku poparcia, jeżeli po prostu realizuje ona swój program.
A nie ma ksiądz wrażenia, że przegrywamy jako chrześcijanie wojnę o dusze współczesnego człowieka? Jesteśmy jednym z tylko 3 krajów w Europie, który w miarę zgodny z nauką Kościoła sposób chroni życie ludzkie.
W skali europejskiej nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z fatalną tendencją, która dotyczy nie tylko kwestii aborcji. Obecnie toczy się debata dotycząca wykorzystania embrionów dla celów pozareprodukcyjnych. VII Program Ramowy Unii Europejskiej przewiduje, że pieniądze ze wspólnej kasy unijnej będą przeznaczane na badania związanie z embrionalnymi komórkami macierzystymi. W ten sposób np. Niemcy, gdzie nie wolno wykorzystywać embrionów do uzyskiwanie komórek macierzystych, będą poprzez składkę współfinansowały takie badania prowadzone w innych krajach. Generalnie rzecz biorąc w Unii Europejskiej szala w dyskusji dotyczącej ochrony życia poczętego przechylona została całkowicie w stronę autonomii i samostanowienia kobiety oraz wolności badań naukowych, co powoduje, że embrion bądź płód ludzki w sytuacji konfliktu praktycznie zawsze przegrywa.
Nie uważa ksiądz za absurd tego, że obrońcy życia poczętego są często przez lewicowców porównywani do Hitlera, który jako typowy socjalista był przecież zwolennikiem aborcji? Czy nie jest to przykład propagandowej nowomowy, która ma wychować nowego- wolnego od religijności człowieka?
Oczywiście, że tak. Trudno się oprzeć wrażeniu, że człowiek opowiadający się za ochroną życia, nie jest w toczącej się dyskusji medialnej postrzegany jako równorzędny przeciwnik, który po prostu ma inne poglądy, tylko jako oszołom czy faszysta. Nie patrzy się na to, że opowiada się on za życiem nienarodzonych, tylko postrzega się go jako przeciwnika praw kobiet, wolności nauki, czy też szczytnych celów terapeutycznych.
W jaki sposób chrześcijanie mogą walczyć w zachodnim świecie o wychowanie młodzieży w duchu Chrystusowych wartości , skoro szkolnictwo zarówno w USA jak i Europie jest zlaicyzowane i opanowane przez lewicowych ideologów i każdy publiczny przejaw przywiązania do chrześcijaństwa jest odbierany jako atak na rozdział kościoła od państwa ?
Można by zapytać o to, jaki model współdziałania Kościoła z państwem byłby optymalny? Mamy model francuski, który bazuje na totalnej obojętności państwa wobec Kościoła. Kościół nie jest wprawdzie oficjalnie prześladowany, ale jest traktowany jako prywatne „kółko zainteresowań”. Mamy model z dawnych czasów państwa konfesyjnego, który również nie przystaje do współczesności. Mamy w końcu modele pośrednie, w których Kościół i państwo są rozdzielone w takim znaczeniu, że mają swoją autonomię, co jednak nie przeszkadza daleko posuniętej współpracy. Taki model wydaje się być optymalny. Wszystko rozpoczyna się oczywiście od decyzji pojedynczego chrześcijanina, który powinien w codziennej egzystencji powinien konsekwentnie kierować się moralnością chrześcijańską. Tego nie zastąpią żadne struktury, chociaż również one są istotne i potrzebne, bo inaczej decyzje jednostek nie będą miały mocy społecznej. Chodzi o to, byśmy stworzyli sensowne ugrupowania, wspólnoty czy ruchy, które będą dbały o katolickie zasady i wartości na różnych publicznych arenach, począwszy od świata lokalnej polityki i mediów a skończywszy na Parlamencie Europejskim. Wtedy możemy walczyć z laicyzacją i tym, że publiczne wyznawanie swojej wiary jest często w Europie odbierane jako faszyzm.
I wtedy wygramy ze spadkiem Rewolucji Francuskiej?
To nie są procesy jednowymiarowe. Mamy z jednej strony faktycznie owoce pewnego procesu laicyzacji związanego ze skutkami Rewolucji francuskiej. Jednak obok tego mamy pokłosie bolszewizmu i mentalność homo sovieticusa, który zostawił w umysłach ludzkich niezwykle silne piętno. Mamy silne tendencje związane z mentalnością konsumpcyjno-materialistyczną. Mamy też nową sytuację medialną, która sprawia, że sfera prywatna, intymna została drastycznie zawężona. Czy chcemy, czy nie, musimy się z tym liczyć, że wiele dyskusji — także dotyczących Kościoła — jest prowadzonych w otwartej przestrzeni publicznej. To sprawia jednak, że poza argumentami rzeczowymi wchodzą argumenty bazujące na kalkulacji i obliczone nie na znalezienie rozwiązania problemu, a na efekt medialny: „kto nas słucha?”, „ile możemy na tym stracić a ile zyskać?”, „co wolno powiedzieć, a czego nie?” itp. Czysta kalkulacja.
Napisał ksiądz kiedyś, że „To nie dziecko jest agresorem, ale sprawca gwałtu i jeżeli ktoś powinien zapłacić życiem za zaistniałą sytuację, to właśnie on”. Czy dopuszcza ksiądz stosowanie kary śmierci w wyjątkowych sytuacjach?
Te słowa miały być raczej rodzajem „wystrzału z armaty”, który miał ukazać rażące dysproporcje między winą sprawcy, a konsekwencjami, które ponosi poczęte dziecko. Całe obciążenie i wina za tą sytuację spada na niewinne dziecko i to w ten sposób, że jest ono eliminowane. Nie chodziło oczywiście o optowanie za karą śmierci. Sądzę, że byłaby ona dopuszczalna jedynie w ekstremalnych warunkach totalnego chaosu, gdzie byłaby jedyną drogą obrony niewinnych ludzi..
Apokaliptyczna wizja. To skrajne sytuacje.
Tak. Jeżeli chcemy konsekwentnie mówić o tym, że życie człowieka, niezależnie od tego, jak się potoczyło, jest wartością nadrzędną, to nie możemy stosować kary śmierci jako zwykłego środka dyscypliny.
A prewencja? Napisał Ksiądz: „Tam, gdzie obowiązek państwa do ochrony życia i zdrowia obywateli zostaje w poważny sposób zagrożony przez agresora, jego prawo do życia musi ustąpić dobru wspólnemu”. Czy wyeliminowanie ze społeczeństwa mordercy nie jest ochroną dobra wspólnego?
Byłoby nim jedynie wtedy, gdyby się okazało, że w przeciwnym wypadku morderca na pewno będzie mordował. Dopóki możemy w alternatywny (bardziej ludzki) sposób izolować przestępcę i uniemożliwić mu dalsze zbrodnie, musimy wybierać te inne drogi. I nie możemy mówić argumentować, że jest to zbyt kosztowne, ponieważ życie ludzkie nie jest przeliczalne na pieniądze.
Jak więc do tej kary powinien podchodzić chrześcijanin. Katechizm dopuszcza stosowanie kary śmierci. Teologowie również nie prezentują jednoznacznego stanowiska i jej zwolennicy przekonują, że przykazanie „Nie zabijaj” dokładnie znaczy „Nie morduj”, więc nie dotyczy najwyższej kary. Częstym argumentem za są również słowa św. Pawła, że władza nie na darmo nosi miecz.
Przede wszystkim chrześcijanin powinien patrzeć na zasadnicze rozróżnienie obecne w dokumentach kościoła. Aborcja i kara śmierci to nie są kwestie zupełnie paralelne. Zachodzi głęboka różnica między bezwarunkową ochroną niewinnego życia ludzkiego (np. dziecka poczętego) a warunkową ochroną życia zbrodniarza. W tym ostatnim punkcie możemy dostrzec pewną ewolucję w nauczaniu Kościoła pod koniec ubiegłego stulecia, zmierzającą wyraźnie w stronę postulatu zniesienia kary śmierci w tym sensie, że zostaje ona wyjęta spośród zwyczajnych (choć stosowanych rzadko) sposobów karania i umieszczona oddzielnie jako środek absolutnie nadzwyczajny.
Ale niektórzy zwracają uwagę, że bezwzględne dożywocie jest sprzeczne z konstytucją bo czyni człowieka nierównym wobec prawa! Może on zabić współwięźnia czy strażnika i nie grozi mu za to żadna wyższa kara.
Muszę przyznać, że nie rozumiem tej logiki. Dożywocie narusza równość skazanego wobec prawa, więc lepiej go zabić?!
Ostatnio w Polsce rozpętała się dyskusja o eutanazji. Pierwszy Polak domaga się referendum w tej sprawie. W jakim przypadku moralne jest odłączenie człowieka od aparatury wspomagającej życie?
Akurat kwestia Pana Świtaja, który prosił o śmierć pokazuje w niemal klasyczny sposób sedno zagadnienia. Jest nim interpretacja prośby o śmierć. O co prosi człowiek, proszący o śmierć? Czy prosi o skrócenie życia, czy skrócenie takiego życia? Gdy pojawia się nowa perspektywa, gdy chory może uwierzyć w sens własnej egzystencji, prośba o śmierć blednie. Nawet jednak, gdyby chory nadal chciał być uśmiercony, trudno byłoby zaakceptować takie wyjście z etycznego punktu widzenia. Znowu mamy do czynienia zagadnieniem spójności zasad moralnych. Jeżeli nie wolno zabić niewinnego człowieka, to nie mogę zabić siebie, bo jestem dla siebie, jeśli tak można powiedzieć, „najbliższym bliźnim”. Nie wolno mi unicestwić człowieka, którym jestem. Tym bardziej nie mogę się domagać stworzenia pewnej struktury, która zmuszałaby drugiego człowieka do wykonania na mnie wyroku śmierci. Takie stanowisko nie musi oznaczać wcale mentalności przedłużającej życie za wszelką cenę. Jeżeli stosowanie środków nadzwyczajnych jest nieproporcjonalne do spodziewanych efektów terapeutycznych, a przedłuża jedynie trwający już proces umierania, mamy prawo zrezygnować ze stosowania tej, jak się to określa, uporczywej terapii.
W 2000 roku Sąd w Anglii zezwolił na zabicie jednej ze syjamskich sióstr w celu uratowania drugiej. Czy tak jak w przypadku zagrożenia życia matki prawo zezwala na aborcję- możemy mówić tu o wyborze mniejszego zła?
Kto ma dokonać wyboru, która siostra ma żyć? Nie ma takiego autorytetu. Stąd też, jeżeli podjęcie tej operacji łączyło się z bezpośrednim zabiciem jednej ze sióstr po to, by druga mogła żyć, sądzę, że nie powinno się jej podejmować. Jest różnica, czy człowiek akceptuje nieuchronną śmierć, przychodzącą nie z jego powodu, czy też pragnie sam decydować o tym, komu wolno żyć, a kto powinien umrzeć.
Większość młodych ludzi w Polsce jest przeciwko aborcji czy eutanazji. Jednak ta sama większość popiera stosowanie środków antykoncepcyjnych i seks przedmałżeński. Czy tzw. pokolenie JPII nie traktuje wiary wybiórczo?
Jeżeli chodzi o naszą młodzież, jestem trochę niepoprawnym optymistą. W młodych Polakach jest jeszcze dużo dobra, które czeka na ujawnienie. Jednak oczywiście trudno się łudzić, twierdząc, że młode pokolenie akceptuje wszystkie nauki naszego Ojca Świętego, a kwestie związane z etyką seksualną należą tutaj do wyjątkowo opornie przyjmowanych. Myślę jednak, że do tego ścierania się ducha Ewangelii z duchem „wolnej miłości” powoli zaczyna dochodzić jeszcze jeden czynnik. Oto coraz wyraźniej widać owoce tzw. „rewolucji seksualnej”, które są dosyć cierpkie. Młodzież ma jedną cenną cechę: potrafi być krytyczna wobec sposobów na życie, które prowadzą do nikąd. Mam głęboką nadzieję, że również kwestie związane z naprawdę ludzkim kształtowaniem życia seksualnego, będą coraz trzeźwiej widziane przez młode pokolenie i że wtedy pokaże się, jak sensowne reguły w tej dziedzinie są bliskie Ewangelii.
A czy zlaicyzowana kultura, z której wywodzą się również kandydaci do kapłaństwa może być powodem niektórych skandali w Kościele Katolickim? Mam na myśli seks afery w USA czy Europie.
Oczywiście, że tak. Księża nie rosną na drzewach i nie spadają z deszczem. Księża pochodzą z naszych rodzin i funkcjonują w naszym społeczeństwie. Jeżeli mamy wszyscy łatwy dostęp do miernych produktów medialnych, które oparte są na agresywnej propagandzie seksualnej, to nie pozostanie to bez wpływu na kandydatów do kapłaństwa i na sposób życia księży. Upadki obyczajowe księży, chociaż są naznaczone dodatkową winą związaną ze zgorszeniem i rozczarowaniem wiernych, mają tę samą przyczynę, jak podobne wykroczenia świeckich: uległość i słabość wobec sugestywnego i kuszącego uroku zła .
A czy otwarcie się Kościoła na świat po Soborze Watykańskim II może mieć również wpływ na rozluźnienie dyscypliny duchowieństwa?
Sobór był wstrząsem, ale i wielkim błogosławieństwem. Gdyby Kościół sam go nie sprowokował, wstrząs przyszedłby z zewnątrz. Sobór był koniecznym przewietrzeniem i konieczną modyfikacją. Oczywiście tam, gdzie dokonują się wielkie zmiany, tam lecą drzazgi, jak mówi przysłowie. Faktem jest, że po drodze pewne rzeczy zostały zagubione jak np. sacrum w liturgii. Nie mówię tu o projekcie powrotu do liturgii trydenckiej, ale o pewnym poczucie Tajemnicy, jaka dokonuje się we Mszy św. Na szczęście po okresie „radosnej twórczości” niektórych duchownych, przychodzi otrzeźwienie i coraz więcej ludzi wraca do wymiaru tajemnicy paschalnej, odchodząc od jedynie zewnętrznego efekciarstwa.
Czy wierzy ksiądz, że bez jakiegoś wstrząsu cywilizacyjnego możliwy jest powrót mas do chrześcijańskich wartości?
Jestem sceptyczny wobec oczekiwania powrotu mas do Kościoła. Chrześcijaństwo było zawsze zaczynem w cieście. Ewangelia uprawnia nas do nadziei, że „całe ciasto się zakwasi”, ale nie mamy tego w ręku. Przyszłość chrześcijaństwa to nie są ani masy, ani getto. Przyszłością są niewielkie wspólnoty, które jednak mają na tyle zdrowego poczucia własnej wartości i na tyle potrafią stworzyć własne struktury, żeby pokazać alternatywę dla modelu życia bez Boga. To jest jedyna szansa chrześcijaństwa. Jeżeli będziemy chcieli stworzyć prawne ramy, zgodne z Ewangelią, w które wszyscy — wierzący czy niewierzący — mieliby zostać na siłę wtłoczeni, czeka nas porażka. Chrześcijaństwo może zwyciężyć tylko na drodze fascynacji. Trzeba pokazać alternatywę, i to nie tylko na solo, ale na poziomie wspólnoty. To jest wielkie wyzwanie dla naszych parafii i dla naszych struktur, które muszą tworzyć centra, działające w oparciu o Ewangelię. Chodzi o to, abyśmy na pytanie o Chrystusa i Ewangelię mogli odpowiedzieć: Przyjdź i zobacz!
Dziękuję bardzo za rozmowę.
opr. aw/aw
Copyright © by Łukasz Adamski
wyślij znajomym |
|
|

wyślij znajomym
Czy zyjemy w cywilizacji smierci (Stani, 2008-01-10 10:45:17)